wtorek, 8 sierpnia 2017

"Stay with me" - Rozdział 7

Wybrałem mniejsze zło


                Powiedzenie, że mnie zamurowało, to eufemizm. W rzeczywistości nie było słów, które potrafiłyby opisać, jak się poczułem, kiedy usłyszałem, że miałem mniej niż pół roku życia. Zawsze wydawało mi się, że po poznaniu takiej informacji ludzie zanoszą się płaczem i odcinają od świata. Tak to przynajmniej wyglądało w filmach, które przyszło mi obejrzeć w ciągu mojego całego żywota. Jednakże mój przypadek był zupełnie inny. Owszem, poczułem się źle. Wprawdzie poznanie tej informacji dało podobny efekt, co rąbnięcie przez samochód.
                Bolało jak diabli.
                Ale… mimo wszystko nie potrafiłem się rozpłakać.
                Byłem zbyt pusty w środku, aby okazać jakiekolwiek emocje na zewnątrz.
                Sam nie wiem, ile czasu minęło, odkąd stanąłem pod tymi drzwiami. Straciłem rachubę czasu. W dalszym ciągu rejestrowałem głosy rodziców, jednak teraz nie przywiązywałem do nich aż tak wielkiej uwagi, jak na początku. Obecnie po prostu słuchałem ich, bo byłem na tyle blisko, aby wszystko słyszeć.
                Niewiedza jest skarbem, huh?
                W pełni się zgadzam.
                Odkleiłem się od ściany, a następnie udałem do swojego pokoju. Zabrałem dwie niezbędne rzeczy – czyli telefon i portfel – po czym pokierowałem się do wyjścia. Nie racząc rodziców najzwyklejszym powiadomieniem, iż wychodzę, szybko wcisnąłem trampki na nogi i wyszedłem, lekko trzaskając drzwiami. Zrobiłem to zupełnie niekontrolowanie.
                Gdy znalazłem się na świeżym powietrzu, spojrzałem w górę. Niebo było szare i samym swoim wyglądem przyprawiało o gorsze samopoczucie, jednakże w tej konkretnej chwili nie potrafiłem odwrócić od niego wzroku. A to dlatego, ponieważ wiedziałem, iż nie mogę poczuć się jeszcze gorzej.
                Odblokowałem wyświetlacz telefonu, w następnej kolejności przechodząc do kontaktów. Chwilkę wahałem się przed wciśnięciem zielonej słuchawki – tej widniejącej tuż obok numeru Willa – lecz wreszcie zrobiłem to i uderzenie serca później przykładałem przedmiot do ucha, wsłuchując się w wyjątkowo przytłaczający sygnał nawiązującego się połączenia. Przełknąłem głośno ślinę.
                Stchórzyłem.
                Nim mój przyjaciel zdążył odebrać, rozłączyłem się, a następnie całkiem wyłączyłem telefon.
                Teraz to do mnie dotarło.          
                Miałem tylko pięć miesięcy życia.
                Nagły podmuch wiatru uderzył mnie mocno w twarz, dodatkowo roztrzepując moje rozkopane i wciąż lekko mokre włosy. Mimowolnie przygryzłem dolną wargę. Nie mogłem się tutaj rozkleić. Nie w centrum, gdzie wokół spacerowali ludzie. Z pewnością zwróciliby uwagę na płaczącego nastolatka, który stoi w miejscu i nie wie, co zrobić, a ja wtedy poczułbym się jeszcze bardziej przytłoczony i być może nawet zemdlał.
                Szybko przetarłem oczy, a następnie obróciłem się na pięcie i zacząłem iść przed siebie. Sam nie wiedziałem, dokąd planowałem się udać. Najprawdopodobniej do jakiegoś zacisza, gdzie będę mógł posiedzieć sam ze swoimi rozmyślaniami i w spokoju dać upust emocjom.
                Brzmiało nadzwyczajnie kusząco.
                Jak fatalnie i jednocześnie lekkomyślnie się zachowałem, nie mówiąc nic nikomu o swoim spacerze oraz na dobitkę wyłączając telefon?
                Prawdopodobnie nie mogłem postąpić gorzej.
                Ale w tak ciężkich sytuacjach trudno nie być lekkomyślnym. W takich chwilach impulsy przeważają nad rozsądkiem i niestety, ale nawet jeśli wiedziałem, że nie powinienem tak robić, na myślach się kończyło.
                Nogi same mnie poniosły do jakiegoś małego parku, znajdującego się na uboczu pobocznych alejek, które z kolei odbiegały od głównej ulicy, która prowadziła do mojego osiedla. To tak w skrócie. Rozejrzałem się dookoła, a kiedy moje oczy nie zarejestrowały żadnej żywej duszy, odetchnąłem z ulgą.
                Wzdrygnąłem się nagle, gdyż na czubek mojego nosa kapnęła kropla wody. Że też teraz zebrało się na deszcz… Wprawdzie mogłem się tego domyślić, bazując na samym wyglądzie nieba, ale potrzeba oddalenia się od ludzi chyba była silniejsza, niż sama niechęć do stania w deszczu.
                Wybrałem mniejsze zło.
                Usiadłem na najbliższej ławce, niemal od razu opierając plecy o drewniane oparcie. Rozluźniłem ramiona i dość dosadnie westchnąłem. Znowu wszystkie emocje ze mnie uleciały. Pytanie: na jak długo?
                Przyciągnąłem nogi do torsu, obejmując je rękami. Skuliłem się na ławce i ukryłem twarz między kolanami, co z całą pewnością dla randomowego przechodnia musiało wyglądać co najmniej dziwnie, ale na szczęście nie musiałem się tym przejmować, gdyż byłem sam. Mogłem korzystać z tej prywatności do woli.
                No i rozpadało się. Cisza, przerywana obijającymi się o ziemię twardymi kroplami deszczu, była naprawdę pogrążająca. Czułem się, jakbym przeradzał się w nicość. W mgnieniu oka całe moje ubrania były przemoczone. Na spokojnie mógłbym wycisnąć z nich litry deszczowej wody. Kosmyki włosów oklapły i posklejały się ze sobą, stając się kolejnym siedliskiem dla deszczu.
                Ponownie westchnąłem.
                Ale beznadzieja.
                Pewnie nawet nie byłoby widać, jakbym się rozpłakał.
                Wszystko fajnie, ale…
                Nie mogłem się do tego zmusić. Ciekawe, czemu.
                Nieznacznie zwęziłem patrzałki, wgapiając się w jeden punkt przede mną. Zrobiło się dość chłodno. Mimowolnie skrzyżowałem ręce na torsie, szybko zaczynając pocierać przemoczone ramiona. Czynność nie dała zamierzonego efektu. Poczułem się jeszcze gorzej. Chwilę później zacząłem lekko dygotać.
                Opady nasiliły się. Znacznie większe krople deszczu z o wiele większą mocą obijały się o moje ciało, stając się głównym obiektem moich rozmyślań. Nie byłem w stanie skupić się na niczym innym, jak na tym szumie, który tworzyła burza.
                Zamroczony uniosłem wzrok. W oddali ujrzałem szybko przemieszczającą się sylwetkę. Przez napływającą mi do oczu wodę, nie widziałem nic wyraźnie. Z ociąganiem przetarłem oczy, lekko przy tym marszcząc brwi, by następnie ponownie spojrzeć na zbliżającego się jegomościa. Momentalnie zamarłem. Z rozdziawioną buzią wpatrywałem się w podbiegającego przyjaciela, na którego twarzy malowało się ogromne zmartwienie, ale też złość. Nawet nie byłem w stanie zareagować, jak znalazł się tuż przede mną i zaczął wrzeszczeć. Zwyzywał mnie od lekkomyślnych głupków, rzucając rękami w powietrzu, co było dostatecznym podkreśleniem jego nerwów. Patrząc na jego rozemocjonowaną twarz, nawet nie wiem kiedy to się stało, ale w pewnym momencie spostrzegłem, iż wzdłuż mojej twarzy zaczęła płynąć nie tylko woda, ale też gorące łzy. Will też nie zauważył tego od razu. Stało się to dopiero wtedy, kiedy postanowiłem coś powiedzieć, a jedyne, co wyszło z moich ust, to załamany krótki dźwięk. Chłopak zamilkł i wytrzeszczył na mnie swoje ślepia.
                Zorientował się.
                Zacisnąłem dłonie na materiale spodni i spuściłem wzrok. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Spiąłem każdy mięsień ciała, by po chwili po prostu głośno się rozpłakać. W okolicy rozbrzmiewał jedynie mój szloch, przebijający się przez wyraźny dźwięk dość intensywnego opadu deszczu. Will spoglądał na mnie z przerażeniem w oczach. Nawet nie wiedział, co zrobić.
                W pewnym momencie powiedziałem to. Jakoś zebrałem się w sobie i wyznałem przyjacielowi, o czym dziś się dowiedziałem. Nie byłem pewny, czy mnie usłyszał, zważywszy na panujący hałas, lecz w momencie, gdy spojrzałem w górę i nawiązałem z nim kontakt wzrokowy, coś wewnątrz mnie pękło.
                Ale nie tylko mnie to się tyczyło.
                Will padł na kolana, nawet na moment nie odrywając ode mnie swojego pustego spojrzenia. Nie był w stanie nic powiedzieć.
                Nie…
                My obaj nie mogliśmy się zdobyć na jakiekolwiek słowo.
                Tkwiliśmy jeszcze w tej dramatycznej sytuacji przez dłuższy czas, kompletnie nie zwracając uwagi na coraz bardziej nasilający się deszcz. To nie on był naszym największym zmartwieniem.

1 komentarz :

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic