piątek, 11 sierpnia 2017

"Stay with me" - Rozdział 8



                Mimo iż deszcz wreszcie przeminął, ja nadal czułem się wstrząśnięty. Pusty w środku. W ciszy siedziałem obok swojego najlepszego przyjaciela, nie pozwalając mu na wykonanie połączenia do moich rodziców. Wciąż nie byłem na to gotowy. Potrzebowałem jeszcze trochę czasu, aby móc to wszystko przetrawić; żeby być w stanie stanąć twarzą w twarz z prawdą.
                Nie mogłem się z tym pogodzić. Nieważne, ile nad tym myślałem, nie potrafiłem powstrzymać obwiniania innych.
                Zostałem okłamany.
                Oszukany przez własną rodzinę.
                Wszystko jest w porządku? Leczenie przebiega zadziwiająco dobrze?
                To brzmiało zbyt pięknie, aby mogło być prawdziwe.
                Zdawałem sobie sprawę, iż ludzie chorujący na raka płuc byli bardzo nieszczęśliwą grupą, ale mimo to nie sądziłem, że mogło być ze mną aż tak źle. Ślepo wierzyłem w słowa lekarzy, które brzmiały aż za dobrze, zupełnie ignorując zbierającą się w myślach obawę.
                To był błąd.
                Ale teraz wszystko stało się zrozumiałe. Powinienem już zacząć snuć jakieś pomysły, kiedy ten podejrzany mężczyzna pojawił się w moim domu i zostawił tę dziwną wizytówkę. Już sama reakcja rodziców na jego osobę była co najmniej niepokojąca, więc dlaczego nie zwróciłem na nią większej uwagi? Czemu ślepo wierzyłem we wszystkie złudne i kolorowe słowa, skoro wewnątrz zdawałem sobie sprawę, iż coś nie grało?   
                Naprawdę byłem aż taki naiwny?
                Ponadto czytałem trochę o raku płuc. Swego czasu przeskanowałem wiele artykułów, co mną trochę wstrząsnęło. Wówczas dowiedziałem się, iż przeżywalność przy tej chorobie była naprawdę kiepska. Wręcz beznadziejna.
                Ale dzięki temu posiadłem jakąś wiedzę.
Stopień rozwoju mojej choroby musiał być naprawdę wysoki, skoro lekarze nie dawali mi więcej, jak pięć miesięcy życia. W takim wypadku zwykłe leczenie operacyjne odpadało – było na nie już za późno. Bez wątpienia miałem pecha.
Cholernego pecha.
Ukradkiem zerknąłem na Williama, który siedział skulony na drugim końcu ławki, mocno ściskając się za włosy. Ich mokre kosmyki splatały się ze sobą między jego palcami, wpadając w lekki nieład.
Przełknąłem gulę, chcąc coś powiedzieć.
Ale nie potrafiłem. Mimo iż miałem w głowie dokładny zarys tego, co pragnąłem wyznać, żadne słowo nie chciało opuścić moich ust. Zapomniałem języka w gębie. Znowu.
Nagle Will odsłonił swoją buzię, niemal od razu zwracając się w moją stronę. Jego smętne i zrezygnowane spojrzenie uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Machinalnie wyprostowałem plecy, dodatkowo nabierając powietrze ze świstem.
Wyglądał gorzej, niż ja sam.
A może nie?
W końcu nie widziałem siebie samego.
Ale jeśli rzeczywiście przebijałem bruneta w kwestii wyglądu i wyglądałem tak żałośnie, jak podejrzewałem, chyba dobrze zrobiłem nie kontaktując się z rodzicami. Z pewnością nie zareagowaliby zbyt wielkim entuzjazmem na ten widok.
Ja sam jakoś niespecjalnie się cieszyłem, pomimo własnej niewiedzy.
- Glenn.
                Głos Willa sprowadził mnie na ziemię. Otrząsnąwszy się ze smętnych rozmyślań, skupiłem na nim swoje zagubione oczy. Poczułem nieprzyjemny ścisk w gardle.
                Który to już raz tego dnia?
                Nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na to pytanie.
- Tak?
                Spytałem, zaczynając odczuwać coraz większe napięcie. Wyraz twarzy, jakim czarnowłosy postanowił mnie obdarować w następnej kolejności, był posępny i bez życia. Nie rozpoznawałem tego chłopaka. Nie wyglądał jak William. Nie ten, którego znałem.
                Jednakże to właśnie on siedział tuż przede mną.
                Czy naprawdę mój stan mógł aż tak wstrząsnąć drugą osobą? Nieważne, ile znałem się z Willem, nigdy nie widziałem go w takim stanie, mimo iż w przeszłości wspólnie przechodziliśmy przez wiele trudnych chwil. To był pierwszy raz, jak jego oczy straciły swój blask; jak uleciał z niego cały entuzjazm.
                Załamał się.
                Autentycznie upadł na duchu.
                I to wszystko stało się przeze mnie.
                Przez tę cholerną chorobę.
                Nagle usta chłopaka zadrżały.
- Nie wiem, co powiedzieć. Przepraszam.
                Mimowolnie rozdziawiłem buzię. Tuż po tym poczułem pieczenie własnych oczu, które jeszcze chwile temu wydawały się suche jak piaski na pustyni.
- Przepraszam. – powtórzył miękkim głosem, który wywołał na moim ciele gęsią skórkę.
                Poczułem się, jakbym dostał w twarz. Wstrzymałem oddech.
- Naprawdę mi przykro. – kontynuował, spuszczając wzrok.
                Zasłoniłem dłonią usta, niemal od razu zaciskając ją na szczęce. Zacząłem się trząść.
                Nie przepraszaj.
                Proszę, tylko nie to.
                To najgorsze, co możesz w tej chwili zrobić.
                To doprawdy beznadziejne, ponieważ…
                …tym sposobem jedynie utwierdzasz mnie w przekonaniu, w jak beznadziejnym położeniu się znalazłem.
                Proszę, nie rób mi tego.
                Tylko nie ty.
                Ale…
                Dlaczego nie mogłem powiedzieć tego na głos?
                Jedyne, co byłem w stanie zrobić, to popaść w pustkę. Poczułem się, jakbym z każdą kolejną sekundą zagłębiał się w jakąś paskudną otchłań – wyjątkowo depresyjny stan, który mnie stopniowo wyniszczał. Psuł mnie. Moje uczucia. Myśli. Emocje. Wszystko, co sprawiało, że byłem sobą. Każda ta rzecz stopniowo zanikała, a na jej miejsce wdzierał się żal i jeszcze większa rozpacz.
                Jęknąłem cicho.
- Wiem, Willy. – mój głos był suchy; wyprany z wszelkich emocji. – Wiem.
                A to był dopiero początek.
                Najprawdziwszy zwiastun mojej zmiany na gorsze.

wtorek, 8 sierpnia 2017

"Stay with me" - Rozdział 7

Wybrałem mniejsze zło


                Powiedzenie, że mnie zamurowało, to eufemizm. W rzeczywistości nie było słów, które potrafiłyby opisać, jak się poczułem, kiedy usłyszałem, że miałem mniej niż pół roku życia. Zawsze wydawało mi się, że po poznaniu takiej informacji ludzie zanoszą się płaczem i odcinają od świata. Tak to przynajmniej wyglądało w filmach, które przyszło mi obejrzeć w ciągu mojego całego żywota. Jednakże mój przypadek był zupełnie inny. Owszem, poczułem się źle. Wprawdzie poznanie tej informacji dało podobny efekt, co rąbnięcie przez samochód.
                Bolało jak diabli.
                Ale… mimo wszystko nie potrafiłem się rozpłakać.
                Byłem zbyt pusty w środku, aby okazać jakiekolwiek emocje na zewnątrz.
                Sam nie wiem, ile czasu minęło, odkąd stanąłem pod tymi drzwiami. Straciłem rachubę czasu. W dalszym ciągu rejestrowałem głosy rodziców, jednak teraz nie przywiązywałem do nich aż tak wielkiej uwagi, jak na początku. Obecnie po prostu słuchałem ich, bo byłem na tyle blisko, aby wszystko słyszeć.
                Niewiedza jest skarbem, huh?
                W pełni się zgadzam.
                Odkleiłem się od ściany, a następnie udałem do swojego pokoju. Zabrałem dwie niezbędne rzeczy – czyli telefon i portfel – po czym pokierowałem się do wyjścia. Nie racząc rodziców najzwyklejszym powiadomieniem, iż wychodzę, szybko wcisnąłem trampki na nogi i wyszedłem, lekko trzaskając drzwiami. Zrobiłem to zupełnie niekontrolowanie.
                Gdy znalazłem się na świeżym powietrzu, spojrzałem w górę. Niebo było szare i samym swoim wyglądem przyprawiało o gorsze samopoczucie, jednakże w tej konkretnej chwili nie potrafiłem odwrócić od niego wzroku. A to dlatego, ponieważ wiedziałem, iż nie mogę poczuć się jeszcze gorzej.
                Odblokowałem wyświetlacz telefonu, w następnej kolejności przechodząc do kontaktów. Chwilkę wahałem się przed wciśnięciem zielonej słuchawki – tej widniejącej tuż obok numeru Willa – lecz wreszcie zrobiłem to i uderzenie serca później przykładałem przedmiot do ucha, wsłuchując się w wyjątkowo przytłaczający sygnał nawiązującego się połączenia. Przełknąłem głośno ślinę.
                Stchórzyłem.
                Nim mój przyjaciel zdążył odebrać, rozłączyłem się, a następnie całkiem wyłączyłem telefon.
                Teraz to do mnie dotarło.          
                Miałem tylko pięć miesięcy życia.
                Nagły podmuch wiatru uderzył mnie mocno w twarz, dodatkowo roztrzepując moje rozkopane i wciąż lekko mokre włosy. Mimowolnie przygryzłem dolną wargę. Nie mogłem się tutaj rozkleić. Nie w centrum, gdzie wokół spacerowali ludzie. Z pewnością zwróciliby uwagę na płaczącego nastolatka, który stoi w miejscu i nie wie, co zrobić, a ja wtedy poczułbym się jeszcze bardziej przytłoczony i być może nawet zemdlał.
                Szybko przetarłem oczy, a następnie obróciłem się na pięcie i zacząłem iść przed siebie. Sam nie wiedziałem, dokąd planowałem się udać. Najprawdopodobniej do jakiegoś zacisza, gdzie będę mógł posiedzieć sam ze swoimi rozmyślaniami i w spokoju dać upust emocjom.
                Brzmiało nadzwyczajnie kusząco.
                Jak fatalnie i jednocześnie lekkomyślnie się zachowałem, nie mówiąc nic nikomu o swoim spacerze oraz na dobitkę wyłączając telefon?
                Prawdopodobnie nie mogłem postąpić gorzej.
                Ale w tak ciężkich sytuacjach trudno nie być lekkomyślnym. W takich chwilach impulsy przeważają nad rozsądkiem i niestety, ale nawet jeśli wiedziałem, że nie powinienem tak robić, na myślach się kończyło.
                Nogi same mnie poniosły do jakiegoś małego parku, znajdującego się na uboczu pobocznych alejek, które z kolei odbiegały od głównej ulicy, która prowadziła do mojego osiedla. To tak w skrócie. Rozejrzałem się dookoła, a kiedy moje oczy nie zarejestrowały żadnej żywej duszy, odetchnąłem z ulgą.
                Wzdrygnąłem się nagle, gdyż na czubek mojego nosa kapnęła kropla wody. Że też teraz zebrało się na deszcz… Wprawdzie mogłem się tego domyślić, bazując na samym wyglądzie nieba, ale potrzeba oddalenia się od ludzi chyba była silniejsza, niż sama niechęć do stania w deszczu.
                Wybrałem mniejsze zło.
                Usiadłem na najbliższej ławce, niemal od razu opierając plecy o drewniane oparcie. Rozluźniłem ramiona i dość dosadnie westchnąłem. Znowu wszystkie emocje ze mnie uleciały. Pytanie: na jak długo?
                Przyciągnąłem nogi do torsu, obejmując je rękami. Skuliłem się na ławce i ukryłem twarz między kolanami, co z całą pewnością dla randomowego przechodnia musiało wyglądać co najmniej dziwnie, ale na szczęście nie musiałem się tym przejmować, gdyż byłem sam. Mogłem korzystać z tej prywatności do woli.
                No i rozpadało się. Cisza, przerywana obijającymi się o ziemię twardymi kroplami deszczu, była naprawdę pogrążająca. Czułem się, jakbym przeradzał się w nicość. W mgnieniu oka całe moje ubrania były przemoczone. Na spokojnie mógłbym wycisnąć z nich litry deszczowej wody. Kosmyki włosów oklapły i posklejały się ze sobą, stając się kolejnym siedliskiem dla deszczu.
                Ponownie westchnąłem.
                Ale beznadzieja.
                Pewnie nawet nie byłoby widać, jakbym się rozpłakał.
                Wszystko fajnie, ale…
                Nie mogłem się do tego zmusić. Ciekawe, czemu.
                Nieznacznie zwęziłem patrzałki, wgapiając się w jeden punkt przede mną. Zrobiło się dość chłodno. Mimowolnie skrzyżowałem ręce na torsie, szybko zaczynając pocierać przemoczone ramiona. Czynność nie dała zamierzonego efektu. Poczułem się jeszcze gorzej. Chwilę później zacząłem lekko dygotać.
                Opady nasiliły się. Znacznie większe krople deszczu z o wiele większą mocą obijały się o moje ciało, stając się głównym obiektem moich rozmyślań. Nie byłem w stanie skupić się na niczym innym, jak na tym szumie, który tworzyła burza.
                Zamroczony uniosłem wzrok. W oddali ujrzałem szybko przemieszczającą się sylwetkę. Przez napływającą mi do oczu wodę, nie widziałem nic wyraźnie. Z ociąganiem przetarłem oczy, lekko przy tym marszcząc brwi, by następnie ponownie spojrzeć na zbliżającego się jegomościa. Momentalnie zamarłem. Z rozdziawioną buzią wpatrywałem się w podbiegającego przyjaciela, na którego twarzy malowało się ogromne zmartwienie, ale też złość. Nawet nie byłem w stanie zareagować, jak znalazł się tuż przede mną i zaczął wrzeszczeć. Zwyzywał mnie od lekkomyślnych głupków, rzucając rękami w powietrzu, co było dostatecznym podkreśleniem jego nerwów. Patrząc na jego rozemocjonowaną twarz, nawet nie wiem kiedy to się stało, ale w pewnym momencie spostrzegłem, iż wzdłuż mojej twarzy zaczęła płynąć nie tylko woda, ale też gorące łzy. Will też nie zauważył tego od razu. Stało się to dopiero wtedy, kiedy postanowiłem coś powiedzieć, a jedyne, co wyszło z moich ust, to załamany krótki dźwięk. Chłopak zamilkł i wytrzeszczył na mnie swoje ślepia.
                Zorientował się.
                Zacisnąłem dłonie na materiale spodni i spuściłem wzrok. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Spiąłem każdy mięsień ciała, by po chwili po prostu głośno się rozpłakać. W okolicy rozbrzmiewał jedynie mój szloch, przebijający się przez wyraźny dźwięk dość intensywnego opadu deszczu. Will spoglądał na mnie z przerażeniem w oczach. Nawet nie wiedział, co zrobić.
                W pewnym momencie powiedziałem to. Jakoś zebrałem się w sobie i wyznałem przyjacielowi, o czym dziś się dowiedziałem. Nie byłem pewny, czy mnie usłyszał, zważywszy na panujący hałas, lecz w momencie, gdy spojrzałem w górę i nawiązałem z nim kontakt wzrokowy, coś wewnątrz mnie pękło.
                Ale nie tylko mnie to się tyczyło.
                Will padł na kolana, nawet na moment nie odrywając ode mnie swojego pustego spojrzenia. Nie był w stanie nic powiedzieć.
                Nie…
                My obaj nie mogliśmy się zdobyć na jakiekolwiek słowo.
                Tkwiliśmy jeszcze w tej dramatycznej sytuacji przez dłuższy czas, kompletnie nie zwracając uwagi na coraz bardziej nasilający się deszcz. To nie on był naszym największym zmartwieniem.

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic