wtorek, 22 maja 2018

"Stay with me" - Rozdział 5

  
             Od momentu, kiedy Will poznał prawdę na temat moich uczuć, minęło już trochę czasu. Z pewnością mogę rzecz, iż między nami nie zmieniło się zupełnie nic. Wciąż jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, co poniekąd mnie dobija, ale też cieszy — i to w dużej mierze. Najważniejsze, że swoim wyznaniem nie popsułem tego, co nas łączy.
W duchu dziękuję Willowi, że nie utworzył między nami dziwnej ściany, choć mógł to zrobić. Dobrze wiem, że nagły dystans mógłby mnie zniszczyć. Może nie od razu, ale z czasem po prostu zacząłbym czuć się źle i w pewnym momencie usunął z drogi.
               Nikt nawet nie zdaje sobie sprawy, jak ogromną ulgą okazały się słowa przyjaciela: „Nigdy nie rzucam słów na wiatr i to, co one zagwarantowały. Doprawdy, to wręcz nie do wyobrażenia dla osoby, która nigdy przedtem nie doświadczyła czegoś podobnego.
***
               Uważnie śledzę wzrokiem wychodzących rodziców, którzy parę dni temu wywołali u mnie parę sprzecznych odczuć, a to wszystko za sprawą tej dziwnej wizytówki, o której postanowiłem im wówczas wspomnieć. Najpierw zareagowali szokiem, od razu upewniając się, czy oby na pewno nie wiem, kim jest ten mężczyzna, a następnie wręcz rozkazali mi, abym nie próbował się tego dowiadywać. Tkwiłem w szoku i jedynie im przytaknąłem, nie rozumiejąc całej tej sytuacji, jednakże teraz, gdy zdążyłem trochę ochłonąć i spojrzeć na tę sprawę z nieco innej perspektywy, zaczynam się zastanawiać, o co w tym wszystkim tak naprawdę może chodzić. Ich reakcja nie była normalna. Tego jestem pewien.
               Kiedy zostaję sam w domu, oddycham z ulgą. Przykładam otwartą dłoń do klatki piersiowej, jednocześnie spuszczając głowę, a następnie zamykam oczy i biorę głęboki wdech. Skupiam się w pełni na biciu własnego serca, które swoją drogą ponoć zaczyna pracować coraz lepiej. Mimo wszystkich nowych — i przede wszystkim pozytywnych — informacji jestem bardzo spięty. Może nawet aż za bardzo. Chcę jakoś temu zaradzić, lecz nie mogę znaleźć złotego środka.
Lekarz doradził mi w trakcie jednej z wizyt, abym w chwilach stesu próbował oddychać równomiernie i myśleć pozytywnie. Cóż, prawda jest taka, że te kontrolowane oddechy przynoszą jedynie chwilowe efekty. Po chwili znowu stoję spięty i zestresowany, nawet nie wiedząc, czemu. Tak po prostu jest i nic nie mogę na to poradzić.
               Najpewniej powodem jest… samotność.
               Bo właśnie tego boję się najbardziej. Nie kłótni z Willem, nie pogorszenia swojego stanu czy choćby jakiegoś wypadku. Najbardziej przeraża mnie wizja życia w samotności; bez bliskich u boku, którzy tak naprawdę odwalają kawał dobrej roboty samą swoją obecnością.
               Mimo że otwarcie o tym nie mówię, w głębi boję się zostawać sam. Martwię się, iż wówczas stanie się coś, z czym nie będę w stanie sobie poradzić; że nie otrzymam od nikogo pomocy, kiedy będę jej potrzebować.
               Strach od zawsze jest normalną i jednocześnie standardową emocją, lecz dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo komplikuje myśli i jednocześnie paraliżuje człowieka.

               Cisza, jaka panuje w domu, jest uspokajająca, ale też w pewien sposób przygnębiająca. Nie chcąc przesiąknąć tą negatywną emocją, postanawiam wyjść na zewnątrz, co poniekąd może wydawać się trochę nierozważne, ale przecież nie planuję przebiec żadnego maratonu. Po prostu chcę się przejść i trochę odetchnąć, przewietrzyć. Mam do tego prawo.
               Narzucam na siebie luźną kurtkę i zakładam pierwsze lepsze trampki, po czym wychodzę z mieszkania, uprzednio zabierając plecak z niezbędnymi przedmiotami. Zamykam drzwi na zamek, po czym odwracam się na pięcie i ruszam przed siebie. Mimowolnie zerkam na niebo, sprawdzając jego stan. Jest czyste, co poniekąd zapowiada świetną pogodę na resztę dnia. Słońce mimo wszystko nie praży, choć jego promienie bez problemu sięgają mojej bladej twarzy. Mam wrażenie, że gdyby nie kurtka, to odczułbym łagodny chłód.
Taką pogodę lubię najbardziej.
               Tylko…
               Dokąd tak właściwie planuję się udać?
***
               Wieczór nadszedł szybciej, niż mógłbym przypuszczać. Nawet nie zauważyłem, jak niebo przybrało nieco ciemniejszą barwę, przez którą zaczęły przebijać się nieliczne, słabe gwiazdy.        
               Jestem taki sam, jak one. Również jestem słaby i niewidzialny. Powoli zanikam. Czuję się malutki. Nie istnieję bez bliskich i wsparcia, które mi gwarantują. Podobnie jak gwiazdy, ja również potrzebuję czyjegoś oparcia, aby móc świecić.
               Oh, cóż za głębia.
               Aż zacząłem się, kiedy zgasnę.
               Z rozmyślań wyrywa mnie dość smętny kawałek, którego wykonawcami są uliczni muzycy. Zatrzymuję się, by móc ich posłuchać. Zespół składa się z czterech osób, co raczej jest takim standardem. Każde z nich wygląda młodo. Osobiście dałbym im maksymalnie po dwadzieścia lat. Jedyna dziewczyna w zespole jest wokalistką o wyjątkowo specyficznej barwie głosu. Początkowo stwierdzam, że nastolatka nie trafia w dźwięki i fałszuje, jednak szybko zmieniam zdanie. Zaczynam czerpać przyjemność z tej melodii. 
               Przekierowuję swoje spojrzenie na jednego z dwóch chłopaków grających na gitarze. Jest wyprostowany i skupiony na swoich dłoniach. Na jego twarzy maluje się ogrom emocji. Sam nie wiem, co myśli. Może to i dobrze? Drugi z gitarzystów jest zupełnym przeciwieńswem mojego poprzedniego obiektu obserwacji. Uśmiecha się radośnie, nie mogąc powstrzymać się od kołysania na boki w rytm muzyki. Aż miło się na niego patrzy.
Trzecim i zarazem ostatnim członkiem zespołu jest klawiszowiec. Dopiero po chwili spostrzegam zabójcze podobieństwo pomiędzy nim a wokalistką.
— Bliźniaki — szepczę nieświadomie. Szybko oglądam się na boki, aby stwierdzić, czy nikt tego nie usłyszał.
Chyba jest dobrze.
Oddycham z ulgą, po czym ponownie spoglądam na muzyków.  
               Powoli i dyskretnie lustruję wzrokiem każdego z nich, lecz w pewnym momencie spotykam się oczami z chłopakiem grającym na klawiszach. Od razu zamieram. Chłopak wprawia mnie w taki stan swoim spojrzeniem, że przez moment odnoszę wrażenie, jakby czas wokół nas stanął w miejscu. Nie widzę kompletnie nic prócz tych jego szmaragdowych oczu — błyszczących wyjątkowo mocno i pięknie, jak na tę porędnia — a także nie słyszę więcej, jak do tej pory. W mojej głowie jedynie rozbrzmiewa dźwięk melodii, która wprawia mnie w coraz większy podziw.
Czuję się, jakby rzucono na mnie jakiś urok.
               Boję się tego uczucia. A to dlatego, że nigdy wcześniej go nie doświadczyłem.
               To, co nieznane, przeraża najbardziej, ale tym samym niezwykle mocno intryguje.
               Spuszczam wzrok, nieświadomie wzdychając. Nagle wyczuwam wibracje w tylnej kieszeni, więc wyjmuję z niej telefon i odbieram połączenie.
— Tak? — mówię cicho, oddalając się od muzyków z myślą, że pewnie już nigdy ich nie zobaczę. Nie wiedzieć czemu, z tego powodu zaczynam odczuwać lekki zawód. Powoli kieruję się w stronę swojego mieszkania.
— Jesteś w domu?
Na moją twarz mimowolnie wpływa uśmiech, a to wszystko za sprawą głosu Willa. Od razu robi mi się lepiej. Ten chłopak naprawdę jest moim złotym środkiem. Niezależnie, jak źle czy dziwnie się czuję, on samym swoim głosem potrafi sprawić, że wszystkie nieprzyjemności wyparowują. Jak on to robi?
— Nie, ale już wracam — odpowiadam szczerze.
— Wiesz, mam dwa bilety do kina — Wspomina Willy. — Szkoda, żeby się zmarnowały. — Śmieje się melodyjnie, na co mrużę oczy w radosny sposób i wywijam usta w łuk. — Masz ochotę na jakiś film? — pyta. Proszę cię, Willy. Przecież odpowiedź jest oczywista. Miałbym ci odmówić i siedzieć w domu? Dobry żart.
— Pewnie — odpowiadam, dodatkowo kiwając głową, czego chłopak nie może zobaczyć. Ale takie gesty są naturalne i przede wszystkim nawykowe, dlatego w ogóle mnie nie dziwią. — Gdzie chcesz się spotkać?
— Mogę po ciebie podejść — proponuje, na co śmieję się krótko.
— Przecież mówię, że nie ma mnie w domu — przypominam.
— Aaa, no przecież!
Kręcę głową z niedowierzania, nie mogąc zdjąć z twarzy uśmiechu.
— Więc może na miejscu? Pod centrum? — pytam, jednocześnie zatrzymując się pod wspomnianym przez siebie budynku. Ukradkiem na niego zerkam.
— W porządku. Będę za parę minut. — Willy zgadza się, co od razu mnie rozwesela.
Rozłączam się, następnie chowając telefon do kieszeni spodni, i rozglądam się wokół siebie. Kątem oka dostrzegam muzyków, którzy zaczynają zbierać swoje rzeczy. Najwyraźniej nie odszedłem tak daleko, skoro wciąż mogę ich dostrzec.
               Szybko odwracam wzrok i ponownie spoglądam na niebo, które zdążyło już przesiąknąć gwiazdami. Teraz są one bardzo wyraźne. Uwielbiam ten kontrast pomiędzy ciemnym niebem a jasnymi punkcikami, które od zawsze przyciągają moje spojrzenie i myśli.
               Uśmiecham się pod nosem, po czym chowam dłonie do kieszeni kurtki i machinalnie kieruję wzrok na ulicę, na której już po chwili dostrzegam znajomą sylwetkę. Chłopak chyba również mnie zauważa, bo od razu zaczyna machać. Powoli unoszę własną dłoń, by odpowiedzieć mu tym samym, lecz obok mnie nagle staje uśmiechnięta dziewczyna, która przedtem śpiewała ze swoim zespołem. Zauważam, że uśmiecha się prosto do Williama.
               Momentalnie gasnę.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic