wtorek, 22 maja 2018

"Stay with me" - Rozdział 4



               Przechodząc przez korytarz, zerkam na wiszący na ścianie kalendarz. Powoli zbliża się nowy rok szkolny. To niemal pewne, że w moim przypadku te normalne zajęcia odpadają. Nie ma mowy, aby rodzice puścili mnie do szkoły razem z resztą, mimo że mój stan nie jest jednak tak bardzo krytyczny, jak początkowo podejrzewaliśmy. Mama prawdopodobnie wciśnie mnie na jakieś indywidualne zajęcia. Wszystko dla tego złudnego bezpieczeństwa.
               Poniekąd rozumiem. Jestem chory, więc to logiczne, że inni się martwią i chcą zapobiec niepotrzebnym wypadkom. Głównie z tego powodu nie planuję żadnych głupich scen czy protestów. To nie tak, że zależy mi na uczęszczaniu do szkoły wraz z resztą klasy. Nie jestem do nich jakoś specjalnie przywiązany, więc nie przejmuję się nagłą rozłąką. Jedyne, co mnie martwi, to fakt, iż indywidualnie zajęcia wpłyną na częstotliwość mojego widywania się z Williamem. To tak wprawdzie jedyny problem.
               W pewnym momencie słyszę donośny dzwonek drzwi. Przez wzgląd na to, że jestem sam, muszę podjąć się zadania — które de facto jedynie polega na otwarciu drzwi i powitaniu gościa — osobiście. Ruszam w stronę wejścia powolnym krokiem, a kiedy już staję w punkcie docelowym, łapię za klamkę, na którą od razu naciskam. Mimowolnie zaciągam się świeżym powietrzem, które opatula moją twarz w momencie otwracia wrót.
— Dzień dobry — mówi mężczyzna stojący naprzeciw. Nie kojarzę ani jego głosu, ani twarzy. Dyskretnie lustruję go wzrokiem. Z całą pewnością jest młody. Nieskazitelna cera i młodzieńcze rysy twarzy są idealnymi dowodami popierającymi ten wniosek. Pewnie to jakiś absolwenciak. — Nazywam się Arthur Blake — przedstawia się z uśmiechem. — Zastałem rodziców? — pyta łagodnym tonem.
— Nie — przeczę od razu, patrząc na ciemnowłosego. Ten w odpowiedzi kiwa głową, po czym sięga do niewielkiej, skórzanej teczki, którą przez cały czas trzyma w prawej ręce. Dopiero teraz spostrzegłem tę rzecz. Najwyraźniej słabo go zlustrowałem. Mężczyzna wyciąga niewielką karteczkę z danymi, którą następnie mi podaje. Zaraz po tym kłania się lekko i odchodzi.
Zamykam drzwi, przelotnie patrząc na wizytówkę.
Wydawało mi się, że na wizytówkach zazwyczaj zamieszcza się podstawowe dane na temat firmy czy osoby, dane kontaktowe i jakieś chwytliwe hasła, a tutaj jedynie widzę czarną platkietkę z trzema danymi zapisanymi minimalistyczną czcionką — imię, nazwisko oraz numer telefonu. Na odwrocie wizytówki nie ma kompletnie nic. Dziwne.
Wzruszam ramionami, stwierdzając, że do niczego konkretnego nie dojdę, a następnie idę do salonu, gdzie zostawiam tę tajemniczą wizytówkę. Rodzice na pewno będą wiedzieli, o co chodzi. W końcu ten mężczyzna wypytywał właśnie o nich. Nie robiłby tego bez powodu.
               Do wieczora jestem sam. Standardowo marnuję czas na telewizję, w której wprawdzie nie ma niczego ciekawego. Głównie przez to nie mogę się skupić na ekranie i co chwilę wracam myślami do mężczyzny, który odwiedził mnie przed południem. Dziwnym trafem nie mogę wybić sobie z głowy jego osoby, choć próbuję tego dokonać. Polegam za każdym razem.
               Wreszcie przełączam telewizję na kanał z muzyką i zamykam oczy, chcąc skupić się w pełni na kojącym dźwięku. Odchylam głowę do tyłu i uśmiecham się lekko, gdyż właśnie wyłapuję znajomy wstęp do piosenki Stay with my, której autorem jest mój ulubiony wykonawca — Sam Smith.  Myślę, że pokochałem go właśnie za ten jeden utwór. Jest on bowiem odzwierciedleniem wszystkiego, co czuję. To prawdopodobnie jedyna piosenka, która potrafi do mnie dotrzeć w pełni. Uwielbiam ją.
               Usłyszawszy dzwonek do drzwi, podnoszę tyłek z siedzenia i, z lekką niechęcią wypisaną na twarzy, ruszam, by sprawdzić, kto tym razem przyszedł w odwiedziny. Nucąc piosenkę Smitha pod nosem, łapię za klamkę, by po chwili stanąć twarzą w twarz z Williamem. Coś we mnie nagle uderza. Tekst piosenki, którą jeszcze chwilę temu nuciłem, nagle przemawia do mnie w nieco inny sposób, co z kolei trochę mnie dołuje.
               Głównie dlatego, że te słowa dobitnie pokazują, w jak beznadziejnym położeniu się znajduję.
— Cześć, Glenn. — Willy wita mnie ciepłym uśmieche, czego nie potrafię odwzajemnić, po czym wchodzi do środka. Chłopak wymija mnie w progu, przez co mimochodem spuszczam wzrok.  Nie mogę zrozumieć, dlaczego ta piosenka wpłynęła tak nagle na moje samopoczucie.  — Jak się czujesz? — pyta, ściągając buty z nóg. Nawykowo sięgam po puszyste kapcie z uszami, które następnie podaję przyjacielowi. Ten, widząc niecodzienną ozdobę obuwia, śmieje się na głos, ale bez słowa nasuwa oba króliczki na stopy.
               Co u mnie? Cóż, to całkiem proste. Jestem trochę rozdarty. Zdołowany. Wprawdzie czuję się, jakby jakaś niewidzialna siła regularnie podbierała mi całą energię. Dodatkowo dobija mnie fakt, iż ty nic nie wiesz.
               Boję się tej choroby, Willy. Boję się, że zniknę. Że pewnego dnia zasnę i już nie wstanę. Że więcej nie zobaczę twojej uśmiechniętej twarzy. To mnie przeraża jak diabli.
               Tak bardzo chciałbym móc ci powiedzieć, że cię kocham. Ale… Ty nie zaakceptowałbyś tego, prawda?
— Dobrze — wymuszam lekki uśmiech, co prawdopodobnie wywołuje minimalne podejrzenie u chłopaka, o czym świadczy sam wyraz jego twarzy. Nie chcąc dać nic po sobie poznać, szybko odwracam wzrok, po czym kieruję się w głąb swojego mieszkania. Brunet idzie za mną. — Jestem tylko trochę senny. Ale to nic.
— Nie masz żadnych problemów z oddychaniem? Nie jest ci słabo? — Willy zadaje pytanie po pytaniu, co mimowolnie wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Tym razem szczery.
On naprawdę martwi się o mnie. Zdaję sobie sprawę, że William pyta o to wszystko, bo jesteśmy sobie bliscy i on po prostu dba on o mnie, jak przyjaciel o przyjaciela, ale… nadal cieszę się z faktu, że coś dla niego znaczę. Nawet jeśli miłość, jaką mnie darzy, nie jest takim samym uczuciem, którym to ja darzę jego.
— Jeśli cokolwiek się zacznie dziać, mów.
               Mimochodem wzdycham, dodatkowo posyłając chłopakowi uśmiech pełen wdzięczności.
               Willy, gdybyś tylko wiedział, jak wiele dla mnie znaczysz. Naprawdę. Gdybyś tylko o tym wiedział...
— Dobrze. Nie będę nic przed tobą ukrywać — kłamię.
Nieważne, co się wydarzy, nigdy nie wyznam mu co czuję. Tę kwestię już na zawszę pozostawię dla siebie.
               Mimo wszystko nie mogę powstrzymać ciekawości. Tak to już bywa z niewiadomymi. Intrygują nas. Przyciągają. Sprawiają, że momentami gorączkujemy się nad nimi, a i tak nie potrafimy wymyślić niczego sensownego. Tak jest właśnie tym razem. Nieważne, ile razy zastanawiam się nad tym, w jaki sposób Willy zareagowałby na moje wyznanie, nie mogę znaleźć żadnej odpowiedzi. Mimo że znam Williama lepiej niż dobrze, nie mam najmniejszego pojęcia, co chłopak pomyślałby sobie w takiej sytuacji. Niektórych teorii nie można wysuwać tylko i wyłącznie na podstawie, co wie się samemu.
— Nie wolno ci lekceważyć nawet najdrobniejszych kwestii. — Nagle William nawiązuje ze mną kontakt wzrokowy, przez co machinalnie odnoszę wrażenie, jakbym został zamknięty w jakiejś klatce. Nie potrafię uciec wzrokiem od jego przenikliwych oczu. Oczu, które zawsze wyłapuję u mnie zawahanie czy inną pierdołę. Dopada mnie stres. — Wyjdziesz z tego — zapewnia, mrużąc oczy.
               Dopiero po paru sekundach spostrzegam, że wstrzymuję oddech. Nerwowo przełykam ślinę, nie potrafiąc wydusić z siebie ani jednego słowa.
Will naprawdę zdziwił mnie tym stwierdzeniem. Aż za bardzo. Przez tę wysoką pewność siebie sam zaczynam wierzyć w jego słowa. Mimo iż świadomie wróżę sobie czarny scenariusz, w tej jednej chwili pokładam pełną nadzieję, że uda mi się wyzdrowieć. W końcu cuda się zdarzają.
Na moment zapominam o wszelkich obawach. W myślach powtarzając powtarzam sobie słowa przyjaciela, co automatycznie podnosi mnie na duchu. Naprawdę chciałbym móc w to uwierzyć. Tak szczerze. Nie na chwilę. Nie na dzień czy dwa, ale na dłuższy okres.
Jednakże nie potrafię. Wciąż jest za wcześnie na pozytywne myśli. Nadal tak naprawdę nic nie wiem i, szczerze mówiąc, boję się poszerzyć swoją wiedzę na temat choroby i innych ważnych kwestii z nią związanych.
Boję się, że to, co wkrótce usłyszę, doszczętnie mnie zniszczy.
— Glenn? — mówi Will zdezorientowanym tonem, po czym zbliża się do mnie i dokładnie lustruje moją twarz. Spogląda na mnie przez chwilę w ciszy, by wreszcie westchnąć i mnie objąć. Zdziwiony, ponownie wstrzymuję oddech, nie wiedząc, co się dzieje ani tym bardziej nie mając pojęcia, co zrobić. — Jestem pewien, że będzie dobrze — szepcze cicho, łagodnie gładząc mnie po plecach. Dotyk jego dużej dłoni jest niczym lek uspokajający. Dzięki niemu bez problemu wyciszam umysł, upływając gdzieś w odłamki nielicznych myśli, które swoją zawartością nie przyprawiają mnie o zawroty głowy. — Musi być — dodaje po chwili, na co zagryzam wargę. — Nieważne, co się wydarzy, będę przy tobie. Dlatego nie martw się. Jakoś przez to przejdziemy.
               Nagle dopada mnie nieuzasadnione pragnienie. Nie wierzę, że to się dzieje, ale... naprawdę mam chęć wyznać mu wszystko, co myślę; co czuję. Nim nadążam z ułożeniem sobie pewnych spraw w głowie, niespodziewanie zostaję  pchnięty w tym kierunku przez jakąś niewidzialną siłę. Nabieram sporo powietrza do płuc, zastanawiając się, czy naprawdę chcę to zrobić. Jestem świadom, że najprawdopodobniej tego pożałuję, ale nagle dopada mnie jakaś dziwna motywacja, która wprawdzie bierze się znikąd. 
               Nie wierzę, że naprawdę planuję to zrobić. Naprawdę nie mogę w to uwierzyć.
— Nieważne, co się wydarzy? — powtarzam cicho, a następnie wysuwam się z przyjemnego uścisku przyjaciela. Will spogląda na mnie pytająco, wyczekując, aż powiem coś więcej.
Bez wątpienia widać po mnie, że mam coś do powiedzenia. Nie ma szans, aby William tego nie zauważył.
Dopada mnie nadzieja. Coś, przez co zaczynam myśleć, iż może jednak mam jakąś szansę.
— Tak — Willy przytakuje.
W dokładnie tym samym czasie ja odbywam ostateczną walkę z samym sobą. Brunet nieznacznie marszczy brwi, najwyraźniej nic nie rozumiejąc.
Daj spokój, Glenn. Możesz jeszcze się wycofać. Pomyśl tylko, ile stracisz, jeśli coś nie wyjdzie. Nie chcesz tego. Naprawdę tego nie chcesz.
Mimo sprzecznych myśli nie mogę zamknąć jadaczki.
— Niezależnie od tego, kim jestem? — pytam, unosząc jedną brew, i dodatkowo podkreślając jeden, konkretny wyraz, co ma na celu dać chłopakowi do myślenia.
William jeszcze bardziej baranieje, ale nic nie mówi. Pozwala mi na kontynuację.
— Co czuję? — Układam usta w linię, lekko mrużąc oczy. Przełykam głośno ślinę, nawet na moment nie spuszczając wzroku ze zdezorientowanej twarzy przyjaciela, by wreszcie powiedzieć najważniejszą rzecz. — Do kogo to czuję? — Naglę milknę i próbuję wyłapać jakąś emocję z twarzy czarnowłosego. Ten jednak wygląda, jakby kompletnie nic nie łapał; jakby moje słowa w żaden sposób do niego nie docierały.
Ale to wrażenie odnoszę tylko przez chwilę.
               Will robi głośny krok do tyłu, a zaraz po nim stawia kilka kolejnych, przez co między nami tworzy się dystans. Chłopak spogląda na mnie z niedowierzaniem i szokiem wyraźnie malującymi się w jego szeroko otwartych oczach. Na przemian otwiera i zamyka buzię, chcąc coś powiedzieć, lecz żadne słowo opuszcza jego ust.
               A ja z każdą kolejną sekundą zaczynam coraz bardziej żałować swoich słów.
               W pomieszczeniu ponownie rozbrzmiewa dobrze znana mi melodia. Patrząc na zdruzgotanego Willa, w myślach powtarzam sobie słowa ukochanej piosenki, którą nagle zacząłem na nowo słyszeć.
               I don't want you to leave.
               Naprawdę tego nie chcę. Ale co mi z moich chęci?
               Zrąbałem po całości. Boję się, że przez tę głupotę stracę cennego przyjaciela.
               Chwila, głupotę? Czy wyznanie własnych uczuć można nazywać głupotą? Nie. To nie samo wyznanie jest głupotą, a nagły impuls, który popycha w tym kierunku.
— Glenn — Willy wreszcie zabiera głos, po czym przechyla głowę na bok. W jego oczach tli się nie tylko zdziwienie, ale też coś niezrozumiałego. Emocja, której nie jestem w stanie zidentyfikować. Chłopak zaczyna się uspokajać, o czym świadczy równomierne unoszenie się i opadanie jego klatki piersiowej. — Dobrze zrozumiałem? — Zwęża patrzałki, mimochodem przeszywając mnie swym intensywnym spojrzeniem.
To spojrzenie nie jest przepełnione ani odrazą, ani obrzydzeniem. Sam nie wiem, co ono wyraża. Nie wyłapuję żadnych negatywnych emocji w jego oczach, a mimo to czuję się miażdżony. To frustrujące.
— Czy ty…? — Przerywa nagle. Domyślam się, że nie jest w stanie powiedzieć tego na głos.
Albo po prostu nie chce tego mówić w obawie, iż jeśli spyta, otrzyma pozytywną odpowiedź.
               Nie chcąc dłużej trzymać przyjaciela w niepewności, kiwam głową na potwierdzenie jego niejasnych słów. Chłopak momentalnie wytrzeszcza ślepia i rozdziawia buzię. Sytuacja wygląda tak, jakby dopiero teraz wszystko do niego dotarło.
               Willy przełyka gulę.
— Od jak dawna? — pyta cicho. Zaraz po tym opuszcza ramiona wzdłuż ciała, przez cały czas patrząc na moją twarz, którą wypełnia ogrom emocji.
Jestem nie tylko przerażony, zdezorientowany i zaskoczony, ale też… poniekąd dumny. To ostatnie uczucie jest co prawda najmniej wyczuwalne, ale jednak gdzieś tam się znajduje. To się liczy.
               Przypominam sobie, o co spytał William, przez co cudem powstrzymuję śmiech.
               Naprawdę, William? Pytasz mnie, kiedy się w tobie zakochałem? To przecież niemożliwe do stwierdzenia.
               Lecz wiem jedno. To uczucie trzyma się mnie już kawał czasu.
— Już trochę minęło, odkąd sobie wszystko uświadomiłem — wyznaję szczerze, nie mogąc oderwać spojrzenia od tych pięknych, niebieskich oczu bruneta. O dziwo nie czuję przytłoczenia. Już nie.
               Will kiwa głową, a następnie spuszcza wzrok, na co oddycham w duchu z pewnego rodzaju ulgą. Mimo że nie czuję się przytłoczony jego spojrzeniem, to nadal trzyma się mnie jakiś chory stres. To uczucie nie jest jakoś specjalnie niewygodne, aczkolwiek w pewien magiczny sposób wprawia mnie w stan lekkiego podenerwowania.
               Ukradkiem spoglądam na Williama, który w ciszy kalkuluje sobie wszystko w głowie. Wygląda na opanowanego, ale ja doskonale wiem, że wcale nie jest taki spokojny, na jakiego uchodzi. Ale mimo wszystko nie ucieka ode mnie; nie spogląda na mnie od razą.  To już coś.
               Cały czas stoi w ciszy i trzyma mnie w niepewności.
               Tej cholernej niepewności.
— Ja... — zaczyna wreszcie, zyskując moją uwagę. Kątem oka dostrzegam, jak chłopak zaciska obie dłonie w pięści, a policzki zagryza od wewnątrz, na skutek czego na jego twarzy pojawiają się lekkie zapadnięcia. — Przepraszam, Glenn — mówi to, czego obawiałem się od samego początku. — Przepraszam, ale… nie mogę powiedzieć, że czuję to samo. Wybacz, jeśli zrobiłem ci jakąś nadzieję. — Marszczy brwi, co nie jest wywołane złością, lecz poczuciem winy. Tak. Will czuje się winny.
— Nie przepraszaj. — Wzdycham, zaczynając kręcić głową. — Nie masz za co.
               Ale co teraz? Boję się o to spytać. Na myśl, iż mam stracić swojego przyjaciela, robi mi się słabo. Nie ma mowy, że poradzę sobie, jeśli nagle przestaniemy się odzywać. William jest moim oparciem. Pomaga mi w każdej możliwej kwestii. Nie ma możliwości, abym mógł przetrwać choćby dzień bez jego pomocy.
— Nigdy nie rzucam słów na wiatr — mówi nagle, na co mimochodem unoszę brwi.
Chyba nie rozumiem, co to oznacza. Ale, nie wiedzieć czemu, nagle zaczynam czuć się niebywale spokojnie. Zupełnie, jakby sytuacja sprzed chwili w ogóle nie miała miejsca. Jakbym nie wyznał Willowi swoich uczuć. Cały stres i obawa ulatują ze mnie, a na ich miejsce wdziera się spokój. To aż nazbyt naturalne. Zaczynam się niepokoić.
— Co masz na myśli? — pytam nieświadomie. Will uśmiecha się w odpowiedzi, co do reszty zbija mnie z tropu.
— Nieważne, co się wydarzy, będę przy tobie — powtarza swoje słowa sprzed chwili, a ja momentalnie rozdziawiam buzię.
               Nie wierzę.
               To wręcz niemożliwe.
               Nagle czuję, jakbym dostał palpitacji serca. Wstrzymuję oddech na dłuższy odcinek czasu, dodatkowo nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Zasłaniam usta dłonią, przez cały czas patrząc na spokojną twarz bruneta.
               Mam chęć się rozpłakać. Już teraz czuję zbierające się w oczach łzy.
               Radość. Właśnie to mnie dopadło. Szczęście, które właśnie teraz zacząłem odczuwać, jest nie do opisania.
               Nie tracę go. Nie tracę Williama.
               Po prostu w to nie wierzę.
               Uspokajam się dopiero po paru minutach, co i tak przychodzi mi z ogromnym trudem. Wciąż jestem przerażony, przez co nadal nie mogę trzeźwo myśleć.
Zapomniałem o najważniejszym. William nie jest typem osoby, która odrtąca innych z różnych głupich powód powodu. Wiem o tym najlepiej ze wszystkich, ale mimo to...
Eh. Jestem głupi. Jednakże to nie jest w pełni moja wina. Strach potrafi nieźle namieszać w myślach i stworzyć jakiś chory, nieprawdziwy obraz czegoś bądź kogoś.
Jak dobrze, że nie poddałem się jego naciskowi.
Doprawdy… co za ulga.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic