poniedziałek, 15 maja 2017

"Stay with me" - Rozdział 4




"Nigdy nie rzucam słów na wiatr"



                 Przechodząc przez korytarz, zerknąłem na wiszący na ścianie kalendarz. Powoli zbliżał się nowy rok szkolny. To było niemal pewne, iż w moim przypadku te normalne zajęcia odpadały. Nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby rodzice przepisali mnie na indywidualne lekcje. Wszystko, aby tylko było jak najbezpieczniej.
                W pewnym momencie usłyszałem donośny dzwonek drzwi, a że byłem sam, osobiście musiałem podjąć się zadania otwarcia wrót i sprawdzenia, kto zaszczycił mnie swoją obecnością. Ruszyłem w stronę wejścia powolnym krokiem, a kiedy już znalazłem się w docelowym punkcie, złapałem za klamkę. Po chwili poczułem powiew chłodnego, świeżego powietrza, którym mimowolnie się zaciągnąłem, lekko mrużąc oczy.
- Dzień dobry. – powiedział mężczyzna stojący naprzeciw mnie. Nie kojarzyłem jego głosu ani tym bardziej twarzy. Był młody, o czym świadczyła nieskazitelna cera i dość młodzieńcze rysy twarzy. Zapewne był świeżo upieczonym absolwentem jakiegoś uniwersytetu. Miał czarne, krótkie włosy oraz błękitne oczy. Ubrany był w zwykły garnitur, który dodawał mu niebywałej powagi. Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem, po czym dodał: - Nazywam się Arthur Blake. Zastałem rodziców? – posługiwał się miłym dla ucha tonem. Początkowo pomyślałem, że po prostu był jakimś agentem reklamowym, zważywszy na jego wygląd i nastawienie, aczkolwiek w momencie, gdy spytał o rodziców, poniekąd odrzuciłem tę myśl.
- Nie. – zaprzeczyłem krótko, patrząc na ciemnowłosego. Ten w odpowiedzi skinął głową, po czym sięgnął do niewielkiej, skórzanej teczki, którą przez cały czas trzymał w prawej ręce, by następnie wyciągnąć z niej niewielką karteczkę z danymi. Fachowo mówiąc, wizytówkę. Wręczył mi przedmiot, po czym ukłonił się i odszedł. Zamknąłem drzwi, przelotnie zerkając na kartkę. – Dziwne. – burknąłem pod nosem, nieznacznie marszcząc brwi. Wydawało mi się, że na wizytówkach zwykle zamieszczano podstawowe dane, jakieś numery kontaktowe i miejsce pracy, bo w końcu zwykle ludzie pracujący posiadali wizytówki. Lecz w tym przypadku dokument zawierał jedynie imię i nazwisko mężczyzny, z którym chwilę wcześniej rozmawiałem, jak i numer telefonu komórkowego. Na odwrocie kartki nie było nic. Jedynie puste, czarne pole. Wzruszyłem ramionami, stwierdzając, że do niczego konkretnego nie dojdę, a następnie poszedłem do salonu, gdzie zostawiłem tę tajemniczą wizytówkę. Rodzice na pewno będą wiedzieli, o co chodziło. W końcu ten mężczyzna o nich wypytywał. Nie zrobiłby tego bez powodu.
                Byłem sam do wieczora. Przez cały ten czas oglądałem telewizję, do czego poniekąd się zmuszałem. Nie mogłem przywiązać większej uwagi do żadnego serialu, filmu czy programu. Za każdym razem moje myśli wędrowały w stronę tajemniczego mężczyzny, który odwiedził mnie parę godzin wcześniej i zostawił tę dziwną wizytówkę. Nieważne, ile razy próbowałem zapomnieć o jego wizycie, po pewnym czasie do tego wracałem. Nie panowałem nad tym. Sam nie rozumiałem, czemu.
                Wreszcie przełączyłem telewizję na kanał z muzyką i zamknąłem patrzałki. Odchyliłem nieznacznie łebek do tyłu i całkowicie skupiłem się na przyjemnej dla ucha melodii. Wykonawcą był Sam Smith, którego uwielbiałem, w głównej mierze za jedną z jego piosenek, a mianowicie: Stay with me. Kochałem ten utwór całym sercem.
                Usłyszawszy dzwonek do drzwi, podniosłem tyłek z siedzenia i, z lekką niechęcią wypisaną na twarzy, ruszyłem, by sprawdzić, kto tym razem przyszedł w odwiedziny. Nucąc piosenkę Smitha pod nosem, złapałem za klamkę, by po chwili stanąć twarzą w twarz z Willem. Coś we mnie wówczas uderzyło. Tekst piosenki, którą do tej pory nuciłem pod nosem, nagle przemówił do mnie w nieco inny sposób, przyprawiając mnie o smutek.
                Przypominał mi o tym, w jak beznadziejnym położeniu się znajdowałem.
- Cześć, Glenn. – powitał mnie ciepłym uśmiechem, czego nie byłem w stanie odwzajemnić, a następnie wszedł do środka, wymijając mnie w progu drzwi. Spuściłem wzrok, nieco zdołowany, co mnie niezmiernie zirytowało. Dlaczego zwykła piosenka miała tak ogromny wpływ na moje samopoczucie? – Jak się czujesz? – spytał, ściągając buty z nóg. Nawykowo sięgnąłem po puszyste kapcie z uszami, po czym podałem je przyjacielowi. Ten, widząc niecodzienną ozdobę obuwia, zaśmiał się na głos, ale bez słowa nałożył oba króliczki na stopy.
                Co u mnie…?
                Jestem trochę rozdarty.
                Zdołowany.
                Czuję się, jakby jakaś niewidzialna siła regularnie podbierała mi całą energię.
                Dodatkowo dobija mnie fakt, iż ty nic nie wiesz.
                Boję się tej choroby.
                Boję się, że zniknę.
                Że pewnego dnia zasnę i już nie wstanę.
                Że więcej nie zobaczę twojej uśmiechniętej twarzy.
                Tak bardzo chciałbym móc ci powiedzieć, że cię kocham.
                Ale…
                Ty nie zaakceptowałbyś tego, prawda?
- Dobrze. – zmusiłem się do lekkiego uśmiechu, co wywołało lekkie podejrzenie na twarzy chłopaka. Nie potrafiłem kłamać w takich kwestiach, dlatego szybko odwróciłem wzrok od tego skupionej twarzy, po czym udałem się w głąb swojego mieszkania. Brunet powędrował za mną. – Jestem tylko trochę senny. Ale to nic.
- Nie masz żadnych problemów z oddychaniem? Nie jest ci słabo? – zadawał pytanie po pytaniu, co mimowolnie wywołało uśmiech na mojej twarzy. Tym razem szczery. Chłopak naprawdę się o mnie martwił. Zdawałem sobie sprawę, że pytał o to wszystko, bo byliśmy sobie bliscy i po prostu dbał on o mnie, jak przyjaciel o przyjaciela, ale… nadal cieszyłem się, że coś dla niego znaczyłem. Nawet, jeśli miłość, jaką mnie darzył, nie była takim samym uczuciem, którym to ja darzyłem jego. – Jeśli cokolwiek się dzieje, mów.
                Mimowolnie westchnąłem, posyłając chłopakowi uśmiech pełen wdzięczności.
                Will, gdybyś tylko wiedział, jak wiele dla mnie znaczysz…
- Dobrze. Nie będę nic przed tobą ukrywał. – skłamałem. W życiu, nieważne co, nie wyznam mu, co do niego czuję. Tę kwestię już na zawszę pozostawię dla siebie.
                Jednak, mimo wszystko, niezmiernie mnie ciekawiło, co by się wydarzyło, gdybym zaryzykował i o wszystkim powiedział.
- Nie wolno ci lekceważyć nawet najdrobniejszych kwestii. – nawiązał ze mną kontakt wzrokowy, przez co poczułem się, jakbym został zamknięty w jakiejś klatce. Nie potrafiłem uciec wzrokiem od jego przenikliwych oczu. Oczu, które zawsze potrafiły wyłapać u mnie zawahanie czy inne nieciekawe uczucie. Zestresowałem się. – Wyjdziesz z tego. – zmrużył oczy, a ja dopiero po paru sekundach spostrzegłem, że na tę chwilę wstrzymałem oddech. Nerwowo przełknąłem ślinę, nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa. Will naprawdę zdziwił mnie tym stwierdzeniem. Był tak niebywale pewny siebie, że sam uwierzyłem w jego słowa, mimo iż tak bardzo bałem się tej choroby i podświadomie wróżyłem sobie czarny scenariusz. Na moment zapomniałem o wszelkich obawach, w myślach powtarzając sobie: wyjdziesz z tego. Naprawdę chciałbym móc w to wierzyć. Ale nie potrafiłem. Było jeszcze za wcześnie na pozytywne myśli. Póki co nic nie wiedziałem. Szczerze mówiąc bałem się poszerzyć swoją wiedzę na temat tej choroby i innych ważnych kwestii. Obawiałem się, że to, co wkrótce usłyszę, doszczętnie mnie zniszczy. – Glenn? – powiedział Will zdezorientowanym tonem, po czym zbliżył się do mnie i dokładnie zlustrował moją twarz. Spoglądał na mnie przez chwilę w ciszy, by wreszcie westchnąć i mnie objąć. Zdziwiony, ponownie wstrzymałem oddech, nie wiedząc, co się dzieje ani tym bardziej nie mając pojęcia, co zrobić. – Jestem pewien, że będzie dobrze. – szepnął cicho, łagodnie gładząc mnie po plecach. Dotyk jego dużej dłoni był niczym lek uspokajający. Momentalnie wyciszyłem umysł, upływając gdzieś w odłamki nielicznych myśli, które swoją zawartością nie przyprawiały mnie o zawroty głowy. – Musi być. – zapewnił, na co przygryzłem dolną wargę. – Nieważne, co się wydarzy, będę przy tobie. Dlatego nie martw się. Jakoś przez to przejdziemy.
                Zapragnąłem wyznać mu, co czułem. Jakaś niewidzialna siła pchnęła mnie w tym kierunku, zupełnie niespodziewanie. Nabrałem sporo powietrza do płuc, zastanawiając się, czy naprawdę chciałem to zrobić. Byłem świadom, że najprawdopodobniej tego pożałuję, ale nagle dopadła mnie jakaś dziwna motywacja, która wzięła się znikąd. 
                Nie wierzyłem, że naprawdę zdobyłem się na taką odwagę. I to tak nagle.
- Nieważne, co się wydarzy? – powtórzyłem cicho, po czym wysunąłem się z przyjemnego uścisku przyjaciela. Will spojrzał na mnie pytająco, wyczekując, aż powiem coś więcej. Definitywnie było po mnie widać, iż miałem coś do powiedzenia. Nagle dopadła mnie nadzieja. Coś, co sprawiło, że pomyślałem, iż może jednak mam jakąś szansę.
- Tak. – przytaknął w czasie, kiedy ja odbywałem ostateczną walkę z samym sobą. Brunet nieznacznie zmarszczył brwi, najwyraźniej nic nie rozumiejąc.
- Niezależnie od tego, kim jestem? – spytałem, unosząc jedną brew i dodatkowo podkreślając jeden, konkretny wyraz, co miało na celu dać chłopakowi do myślenia. William jeszcze bardziej zbaraniał, ale nic nie powiedział. Pozwolił mi kontynuować. – Co czuję? – ułożyłem usta w linię, lekko mrużąc oczy. Przełknąłem głośno ślinę, nawet na moment nie spuszczając wzroku ze zdezorientowanej twarzy przyjaciela, by wreszcie powiedzieć najważniejszą rzecz. – Do kogo to czuję? – zamilkłem, starając się wyłapać jakąś emocję z twarzy czarnowłosego. Ten przez chwilę wyglądał, jakby zupełnie nic nie rozumiał. Jakby moje słowa w żaden sposób do niego nie dotarły. Ale tak było tylko przez chwilę.
                Will zrobił głośny krok do tyłu, a następnie kilka kolejnych, przez co między nami utworzył się dystans. Chłopak spoglądał na mnie z niedowierzaniem i szokiem, wyraźnie malującym się w szeroko otwartych oczach. Na przemian otwierał i zamykał buzię, jakby chciał coś powiedzieć, lecz żadne słowo nie chciało wydobyć się z jego ust.
                A ja z każdą kolejną sekundą zaczynałem coraz bardziej żałować swoich słów.
                W pomieszczeniu rozbrzmiała dobrze znana mi melodia. Patrząc na zdruzgotanego Willa, w myślach powtarzałem sobie słowa piosenki, czując, iż powoli zaczynam się rozklejać.
                I don't want you to leave.
                Naprawdę tego nie chciałem.
                Bałem się, że przez tę głupotę stracę cennego przyjaciela.
                głupotę?
                Czy wyznanie własnych uczuć można było nazwać głupotą?
                Nie.
                To nie samo wyznanie było głupotą, a nagły impuls, który pchnął mnie w tym kierunku.
- Glenn… - brunet wreszcie przemówił, przechylając głowę na bok. W jego oczach malowało się nie tylko zdziwienie, ale też coś innego. Emocja, której nie byłem w stanie zidentyfikować. Chłopak uspokoił się nieco, o czym świadczyło równomierne unoszenie się i opadanie jego klatki piersiowej. – Dobrze zrozumiałem? – zwęził powieki, przeszywając mnie nietypowym spojrzeniem. William nie spoglądał na mnie z obrzydzeniem czy odrazą. Nie wychwytywałem żadnych negatywnych uczuć w jego oczach, a mimo to czułem się miażdżony. – Czy ty…? – przerwał, przygryzając dolną wargę. Chyba nie był w stanie tego powiedzieć. Albo po prostu nie chciał tego mówić, w obawie, iż jeśli spyta, otrzyma pozytywną odpowiedź.
                Nie chcąc dłużej trzymać przyjaciela w niepewności, skinąłem głową na potwierdzenie jego niejasnych słów. Gdy to zrobiłem, chłopak momentalnie wytrzeszczył ślepia, jakby dopiero teraz wszystko do niego dotarło.
- Od jak dawna? – pytanie poprzedził głośnym przełknięciem śliny. Zaraz po tym opuścił ramiona wzdłuż ciała, przez cały czas patrząc na moją twarz, przepełnioną ogromem emocji. Byłem przerażony, zdezorientowany, zaskoczony, ale też… dumny. To ostatnie uczucie było najmniej wyczuwalne, ale jednak gdzieś tam się znajdowało.
                Zapragnąłem się roześmiać po usłyszeniu tego pytania.
                Naprawdę, William?
                Pytasz mnie, kiedy się w tobie zakochałem?
                To przecież niemożliwe do stwierdzenia.
                Lecz wiedziałem jedno. To uczucie trzymało się mnie już kawał czasu.
- Już trochę minęło, odkąd sobie wszystko uświadomiłem. – wyznałem szczerze, nie mogąc oderwać oczu od przenikliwych patrzałek bruneta. O dziwo nie czułem przytłoczenia. Już nie.
                Will pokiwał głową, po czym spuścił wzrok, na co odetchnąłem w duchu z pewnego rodzaju ulgą. Mimo że nie czułem się przytłoczony jego spojrzeniem, to nadal trzymał się mnie jakiś stres. Nie było to jakieś specjalnie niewygodne uczucie, aczkolwiek w pewien sposób wprawiało mnie w stan lekkiego podenerwowania.
                Chłopak był opanowany, ale jednocześnie przejęty. Nie wyzywał mnie, nie spoglądał na mnie z obrzydzeniem. Nawet nie dawał mi żadnego znaku, iż jest zdegustowany moim wyznaniem.
                Cały czas trzymał mnie w niepewności.
                Tej cholernej niepewności.
- Ja… - zaczął wreszcie po chwili ciszy, zyskując moją uwagę. Kątem oka dostrzegłem, jak zacisnął obie dłonie w pięści, a policzki przygryzł od wewnątrz. Reagował całym sobą. Wreszcie powiedział to, czego obawiałem się od samego początku. – Przepraszam, Glenn, ale… nie czuję tego samego, co ty. Wybacz, jeśli zrobiłem ci jakąś nadzieję. – zmarszczył brwi, co nie było wywołane złością, a poczuciem winy. Tak. Will poczuł się winny.
- Nie przepraszaj. – westchnąłem, kręcąc głową. – Nie masz za co.
                Bałem się spytać, co teraz. Na myśl, iż miałbym stracić swojego przyjaciela, robiło mi się słabo. Nie poradziłbym sobie, gdybyśmy nagle przestali się odzywać. William był moim oparciem. Pomagał mi w każdej możliwej kwestii. Nie było możliwości, abym był w stanie przetrwać bez jego pomocy.
- Nigdy nie rzucam słów na wiatr. – powiedział nagle, na co uniosłem brwi. Nie rozumiałem, co miał na myśli. Ale, nie wiedzieć czemu, nagle poczułem się niebywale spokojny. Zupełnie, jakby sytuacja sprzed chwili nie miała miejsca. Jakbym nie wyznał Willowi swoich uczuć. Cały stres i obawa uleciały ze mnie. To było aż nazbyt naturalne. Zacząłem się niepokoić.
- Co masz na myśli? – spytałem nieświadomie, nim zdążyłem o tym pomyśleć. Will uśmiechnął się w odpowiedzi, co zbiło mnie z tropu jeszcze bardziej.
- Nieważne, co się wydarzy, będę przy tobie. – powtórzył swoje słowa sprzed chwili, a ja momentalnie rozdziawiłem buzię.
                Nie wierzyłem.
                To było niemożliwe.
                W jednej chwili poczułem się, jakbym dostał palpitacji serca. Wstrzymałem oddech na dłuższy odcinek czasu, dodatkowo nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Zasłoniłem usta dłonią, przez cały czas patrząc na spokojną twarz bruneta.
                Miałem chęć się rozpłakać.
                Czułem zbierające się w oczach łzy.
                Radość. To było to, co mnie wówczas dopadło.
                Szczęście, jakie odczuwałem, było nie do opisania.
                Nie straciłem swojego przyjaciela. Nie zostałem odtrącony.
                Zdołałem się uspokoić po paru minutach, co i tak przyszło mi z ogromnym trudem. Byłem tak przerażony, że przestałem trzeźwo myśleć i zapomniałem o najważniejszym. William nie był typem osoby, która otrącała innych z takiego powodu.
Ale mimo wszystko strach potrafił namieszać w myślach i stworzyć jakiś chory, nieprawdziwy obraz czegoś bądź kogoś.
Jak dobrze, że nie poddałem się jego naciskowi.
Doprawdy… co za ulga.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic