wtorek, 2 maja 2017

"Stay with me" - Rozdział 3



"Jestem chory"



Z każdym dniem czułem się coraz gorzej. I nie chodziło o stan zdrowia, lecz o kondycję psychiki, która ostatnio bardzo ucierpiała. Informacja o chorobie stopniowo mnie wyniszczała. Dodatkowo nie potrafiłem się zebrać w sobie na wyznanie prawdy Willowi, co jedynie potęgowało negatywne myśli, wyjątkowo intensywnie psujące moje samopoczucie. Wygadanie się mogłoby mi bardzo pomóc, a mimo to nie potrafiłem się zdobyć na choćby odrobinę szczerości. Brakowało mi odwagi.
Tego dnia miałem jechać na kolejną konsultację z lekarzem. Dostałem również informację od swojej rodzicielki, iż na godzinę siedemnastą mam umówioną kolejną wizytę u psychologa. Szczerze wątpiłem w sens tych spotkań. Wczoraj spędziłem w jego gabinecie raptem dziesięć minut, co i tak ledwo zniosłem. Ponadto niczego korzystnego mu nie zdradziłem i, szczerze mówiąc, nie zamierzałem tego robić przy kolejnej okazji.
- Glenn! – usłyszałem z dołu, co wyrwało mnie z rozmyślań. – Pospiesz się! Niedługo musimy jechać! – tyle mi wystarczyło, aby zebrać w sobie energię i ruszyć tyłek z siedzenia.
Podniosłem się z łóżka z lekkim kaprysem, następnie w trybie natychmiastowym uszykowałem ubranie, przemyłem się, a także zdążyłem coś zjeść. Po wszystkim zszedłem na dół, do salonu, gdzie czekała na mnie mama. Brązowowłosa zabrała odpowiednie dokumenty, po czym, zgarniając mnie po drodze, opuściła mieszkanie. Wsiedliśmy do samochodu, później z kolei ruszyliśmy do szpitala.
- Pamiętaj, nie stresuj się. – kobieta rozpoczęła rozmowę, co mnie trochę zdziwiło. – Jestem pewna, że wszystko się ułoży i podąży tą dobrą ścieżką.
Zmrużyłem oczy, nieznacznie rozdziawiając buzię.
- Za dużo o tym myślisz. – wypaliłem bez chwili namysłu, za co miałem chęć ugryźć się w język. Może i powinienem był to zrobić, bo już po chwili dodałem coś, czego od razu pożałowałem. – Nie zadręczaj się tak.
Kobieta otworzyła szeroko oczy, a na jej twarz błyskawicznie wpełzł smutek.
- Jak mogę o tym nie myśleć? To... nie jest takie proste. – poczułem, że sprawiłem jej sporą przykrość. Ból był bardzo wyczuwalny w jej głosie. Miałem przez to chęć walnąć się w twarz. – Mój syn jest chory. – wyraźnie podkreśliła ostatni wyraz, a ja poczułem nieprzyjemne mrowienie w dłoniach. Zacisnąłem łapki w pięści, spuszczając na nie wzrok. Nie miałem odwagi, by spojrzeć matce w twarz.
- Przepraszam, nie chciałem. – powiedziałem cicho.
- Nic nie szkodzi. – przetarła oczy, a mnie dopadło poczucie winy. Nie chciałem jej doprowadzać do płaczu. Nie miałem do tego prawa.
Resztę drogi przesiedzieliśmy w ciszy. Nie chciałem się odzywać. Kolejne dobicie jej słowami tego typu byłoby nieuniknione. Powoli traciłem kontrolę nad tym, co mówiłem. Pewne kwestie po prostu zaczęły mnie przytłaczać, niektóre aż za bardzo.
Ku mojemu zdziwieniu, lekarz nie załamał mnie jeszcze bardziej. Powiedział, że nowotwór nie rozrósł się jeszcze na tyle, aby leczenie było bezsensowne. Co prawda moje serce mogło sprawiać problemy, ale na start dostałem tabletki, które, według słów lekarza, miały przygotować mój organizm, w tym serce, do dalszych zabiegów. Mężczyzna jednak ostrzegł, że po pierwszym zażyciu mogę czuć się niezbyt dobrze. Po tym zacząłem się bać, co mnie czeka.
Lekarz doradził, abym tabletkę zażywał regularnie wieczorem, co najmniej trzy godziny po ostatnim posiłku. Wziąłem sobie jego radę do serca. Pierwszą kapsułkę zjadłem dopiero późnym wieczorem. Spodziewałem się nagłej fali mdłości, zawrotów głowy i tym podobnych, ale nie stało się kompletnie nic. Dzięki temu trochę się wyluzowałem, co było kompletnie bezmyślne, a następnie włączyłem telewizor i skupiłem się na programie. Mama, widząc, że nie czuję się źle, wyszła po zakupy, gdyż zadzwonił ojciec z prośbą o pomoc. Ponoć samochód mu padł parę przecznic dalej i nie miał jak się zabrać ze wszystkim. W razie czego miałem dzwonić. Nie myślałem o tym na poważnie. W końcu nic mi nie było.
Bo wprawdzie nie było.
Ale to tylko przez pierwsze kilka minut. Dopiero po tym rozpoczęło się prawdziwe piekło. Zaczęło się od niewinnych zawrotów głowy, które zaczęły się przeradzać w niewyraźny, zamazany obraz. Spanikowałem i podniosłem się do pionu. W tym momencie popełniłem błąd. Wszystko zaczęło się wokół mnie kręcić, a ja, nie wiedząc, co się dzieje, zacząłem iść przed siebie. A tak przynajmniej myślałem. W rzeczywistości kręciłem się w kółko, co jedynie pogarszało mój stan. W końcu poczułem niesamowicie intensywny przypływ dreszczy. Zacząłem się trząść. Straciłem siłę w nogach, czego wynikiem był upadek na kolana. Huk był dość mocny, jakby coś ciężkiego spadło z szafki. Złapałem się za ramiona i wziąłem mocny wdech. Teraz nawet oddychanie sprawiało problemy.
- Glenn?! – krzyknął ktoś wchodzący do domu. Nie słyszałem, aby ktokolwiek otwierał drzwi. Musiałem być aż za bardzo roztrzęsiony całą sytuacją. Lecz teraz miałem świadomość wszystkiego. Wyraźnie słyszałem, jak nowoprzybyła osoba stawiała parę kroków w moją stronę. – Co się stało?!
Podniosłem głowę do góry, aby dowiedzieć się, kto zaszczycił mnie swoją obecnością. Obraz był tak zamazany, że byłem w stanie stwierdzić, kim był mój gość. Jego głos roznosił się niemrawym echem w mojej głowie, w związku z czym jego tonem też nie mogłem się sugerować. Widziałem jedynie bladą twarz i ciemne włosy. Tylko jedna osoba kojarzyła mi się z tymi cechami wyglądu.
- Willy...? – zapytałem niepewnie, zdrabniając jego imię i jednocześnie mrużąc oczy. Od dawna go tak nie nazywałem.
- Tak! – złapał mnie za ramiona, patrząc na mnie z przerażeniem w oczach. – Co jest?! Jesteś blady, cholernie blady! – dotknął mojej dłoni, na co się wzdrygnąłem. Jego ręka była tak przyjemnie ciepła, że miałem chęć trzymać ją w nieskończoność. – I w dodatku masz lodowate dłonie!
I co niby powinienem mu teraz powiedzieć?
- To nic. – wydusiłem z siebie, gdyż poczułem, że zawroty głowy zaczęły ustępować. Znacznie straciły na swojej intensywności. Ale mimo to nie brzmiałem wiarygodnie. Co ja gadam, przecież przede wszystkim wyglądałem, jakbym miał za moment wyzionąć ducha. Nie było możliwości, aby Will uwierzył w moje słowa. Nie był głupi. Lecz mimo to postanowiłem kontynuować. – Naprawdę... to nic takiego.
- Nic!? Żartujesz sobie?! – nagle podniósł głos, czym mnie mocno zaskoczył. Jego twardy ton głosu sprowadził mnie na ziemię. Przeraziłem się na samą myśl, że już nic przed nim nie ukryję. Wszystko się wyda. Bałem się tego. – Czy ty wiesz, jak przerażająco w tej chwili wyglądasz?!
Głośno przełknąłem ślinę, nie potrafiąc na to odpowiedzieć. Coś mnie blokowało. Jakaś niewidzialna siła trzymała mnie za gardło, sprawiając, że nawet najkrótszy wyraz był problemem.
- Spokojnie, zaraz mi przejdzie. – zapewniłem łamiącym się tonem głosu. Nie wiedziałem, że naprawdę dalej w to brnąłem. Przecież wszystko było już jasne. Dlaczego musiałem być taki beznadziejny? – O nic się nie martw.
Will zmierzył mnie surowym wzrokiem. Odczuwając wyraźne przytłoczenie, oderwałem oczy od jego poważnej twarzy i skupiłem się na jego torsie. Lecz to mi nie pomogło. W dalszym ciągu czułem się, jakbym był na jakimś strasznym przesłuchaniu, mimo że brunet wcale nie zalewał mnie stosem niewygodnych pytań. On po prostu martwił się o mnie.
- Nie wierzę ci. Zachowujesz się dziwnie już od dłuższej chwili. – zorientował się. Poczułem, jak pocą mi się dłonie. I co ja miałem teraz zrobić? Przecież nie mogłem dłużej kłamać. Nie miałem do tego prawa. – Glenn, co się z tobą dzieje?! – zmarszczył brwi, zdenerwowany, ale też przerażony swoją niewiedzą. – Czy nie jesteśmy przyjaciółmi? – spytał cicho, siłą starając się uspokoić myśli i jakoś opanować emocje. – Chyba możesz mi powiedzieć, co się dzieje. Wiesz, że możesz na mnie liczyć, prawda?
Przygryzłem wargę, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Spuściłem łebek, by Will nie mógł dostrzec spływających po mojej twarzy łez. Ja nie chciałem już tego dłużej ukrywać. Nie potrafiłem. Czułem się źle z myślą, iż mam przed nim jakieś sekrety. On nie zasługiwał na takie traktowanie. Nie, kiedy zawsze był wobec mnie szczery i fair. Powinienem odwdzięczyć mu się tym samym, a nie ukrywać prawdę na swój temat.
W duchu pragnąłem, aby Will mnie objął i powiedział, że wszystko będzie w porządku. Tak bardzo chciałem to usłyszeć.
- Jestem... – zawahałem się, lecz nie zaprzestałem. Musiałem to zrobić. Nie było już odwrotu. – Jestem chory. – cicho pociągnąłem nosem. Było mi tak źle na duszy. Miałem chęć się rozpłakać, ale zdawałem sobie sprawę, że nie mogę tego zrobić. Nie teraz.
- Przecież widzę, że jesteś chory. – nie zrozumiał. Czułem ciepło jego dłoni, spoczywających na moich ramionach. Pragnąłem, aby nigdy ich nie zabierał. By już zawsze przy mnie był. – Dlatego szybko zadzwonię po pogotowie i...
- Will. – przerwałem mu, po czym spojrzałem prosto w jego oczy
William, widząc ogrom łez spływających po mojej twarzy, przeraził się. Rozdziawił buzię, chcąc coś powiedzieć, lecz nie pozwoliłem mu na to. Byłem gotów na wyznanie prawdy.
- Jestem chory. – powtórzyłem, mając nadzieję, iż ta informacja wreszcie dotrze do chłopaka. – Chory... na raka. – ponownie spojrzałem w dół, jednak tym razem z moich oczu wypłynęło o wiele więcej łez.
Chciałem przetrzeć oczy, ale nie zdążyłem, gdyż w ułamku sekundy chłopak mocno mnie objął. Głośno nabrałem odrobiny powietrza, zastygając bez ruchu. Byłem w szoku. Ten czyn jedynie pogorszył mój stan. Już po chwili zaniosłem się donośnym płaczem, przepełnionym rozpaczą i bólem, którego nie potrafiłem uspokoić. Łzy nie przestawały wypływać z moich oczu, mocząc koszulkę bruneta, ale on nie zważał na to. Martwił się tylko o mnie.
Naprawdę go kochałem.
A on przypominał mi o tym na każdym możliwym kroku.
- Przepraszam. – zaczął, na co zmarszczyłem brwi. Za co mnie przepraszał? Jedynym, który powinien wypowiadać tego typu słowa, jestem ja. – Zostańmy tak przez chwilę.
Dałem odejść masce obojętności. Nie potrzebowałem jej. Posiadałem coś znacznie ważniejszego. Osobę, przy której nie miałem prawa udawać kogoś, kim nie jestem.
- Już dobrze. – szepnął, łagodnie głaskając mnie po głowie. To było bardzo uspokajające.
- To jest... takie trudne... – przygryzłem dolną wargę, mocno zaciskając powieki.
- Wiem, wiem. – oddalił mnie od siebie, po czym spojrzał na moją spuchniętą od płaczu twarz. Nie wstydziłem się tego. Nie czułem się źle z faktem, iż brunet widział mnie w takim stanie. Byłem tak pewny, bo to właśnie on był osobą, która przy mnie tkwiła. I właśnie dlatego, że to był Will, nie bałem się okazać swoich szczerych uczuć. – Ale nie powinieneś się przemęczać. – powiedział, na co skinąłem głową, zgadzając się z jego słowami. – Gdzie jest twoja mama? – rozejrzał się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu mojej rodzicielki. Teraz sobie przypomniałem, że przecież kobieta wyszła po zakupy. Powinna pojawić się w domu w mgnieniu oka.
- Za chwilę wróci. Poszła po zakupy. – wyjaśniłem, starając się wyrównać oddech. Szło mi dość opornie, ale koniec końców jakoś udało się osiągnąć zamierzony cel.
- Połóż się i spróbuj przespać. – zaproponował, pomagając mi się podnieść. Skorzystałem z jego pomocy i już po chwili stałem na prostych nogach, czując, jak ręka bruneta oplata mnie w talii. Naprawdę go kocham. – Zostanę przy tobie, więc się nie bój. – zapewnił, na co ja skinąłem łebkiem.
Położyłem się na sofie, gdyż nie miałem siły, aby gdziekolwiek pójść. Byłem bardzo przerażony. Z trudem zamknąłem oczy i obróciłem się na drugi bok. Nim zasnąłem, poczułem dużą dłoń, która uspokajająco przeczesywała moje włosy.
~~~
Zbudziły mnie dwa głosy dobiegające z kuchni. Rozejrzałem się po salonie. Moje oczy zarejestrowały pustkę i ciemność. Byłem sam w pomieszczeniu. Zacząłem się zastanawiać, którą godzinę wskazywał zegarek. Przez ciemność panującą w pokoju, nie byłem w stanie dostrzec tarczy zegarowej, a co dopiero wskazówek. Bez chwili wahania wstałem, lecz przez gwałtowność tej czynności, odczułem lekkie zawroty głowy, które na szczęście szybko minęły. Następnie udałem się w stronę kuchni. Zatrzymałem się przy samych drzwiach prowadzących do pomieszczenia, gdyż usłyszałem dwa głosy: jeden, należący do mamy oraz drugi, którego właścicielem był nie kto inny, jak Will. Oboje rozmawiali o mnie, a dokładniej o chorobie, która mnie dopadła. Wysłuchiwanie tych wszystkich rzeczy sprawiło, że znów posmutniałem. Oparłem się plecami o ścianę, zadzierając łebek ku górze. Byłem ciekaw, o czym ci bliscy mi ludzie będą dalej rozmawiać. Julie, moja mama, powiedziała Willowi całą prawdę. Słuchając tego wszystkiego, nieświadomie osunąłem się po ścianie w dół, a dłońmi zakryłem twarz.
Myślałem, że będę w stanie to wszystko ukryć. Myślałem też, że ta sztuczna maska, którą tworzyłem przez tak długi czas, wytrzyma i jeszcze zadziała na moją korzyść. Niestety, jeden, prosty gest ze strony bruneta wszystko zniweczył.
Ale... prawda była taka, że nie żałowałem. Odczuwałem ulgę. Tak bardzo się ociągałem z wyznaniem prawdy, że teraz czułem się po prostu głupio przez fakt, iż nie zrobiłem tego wcześniej. Gdybym wiedział, jak wielką ulgę przyniesie mi bliskość przyjaciela, do prawdy przyznałbym się od razu. Nie powinienem lekceważyć tej istotnej kwestii – faktu, iż mam przyjaciela. Osobę, która zawsze przy mnie jest, nie zważając na okoliczności i własne pragnienia.
Podniosłem się na nogi i wszedłem do kuchni, gdzie od razu zostałem obdarowany dwoma zatroskanymi spojrzeniami. Już się nie bałem pytań i odpowiedzi. Po prostu zrobiłem to, co powinienem zrobić od początku. Szczerze porozmawiałem z osobami, które kocham.
Żałowałem, że zdecydowałem się na to tak późno. Ale czasu nie cofnę. Mogę potraktować tę decyzję jako nauczkę, dzięki czemu szansa, iż w przyszłości nie popełnię podobnego błędu, będzie wysoce prawdopodobna.


1 komentarz :

  1. O Jeju...popłakałam się ;_; Mam nadzieje że Glenn z tego wyjdzie :< Życzę weny i serio, twoje opowiadania są świetne.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic