sobota, 22 kwietnia 2017

"Stay with me" - Rozdział 1

 

"Zachowujesz się dziwnie"





- To rak płuc. – oznajmił bezuczuciowo jeden z lekarzy.
                Siedząc na skórzanej, czarnej sofie nie dowierzałem słowom tego mężczyzny. Wpatrywałem się w niego wytrzeszczonymi oczyma, zaczynając powoli odczuwać drżenie własnych dłoni. Moja matka upadła na kolana, a z jej dużych, niebieskich oczu wypłynęło kilka łez. Ojciec złapał się za głowę, jednocześnie podpierając ścianę drugą ręką. Spoglądając na wszystkich obecnych tutaj ludzi, powoli przerabiałem sobie wszystko na nowo w głowie. Wczoraj przyjechałem do szpitala na dość kluczowe badania, które miały finalnie pokazać, co mi dolega. Już od jakiegoś czasu zmagałem się z pewnymi problemami zdrowotnymi, które czasami po prostu znikały i na nowo pojawiały się dopiero po czasie, ale już ze zdwojoną siłą. Mama miała dość patrzenia na to, jak się męczę, więc przywiozła mnie na kontrolę. Zrobiono mi trochę badań, a skoro wyniki miały być dnia następnego, postanowiłem zostać na noc w szpitalu. Teraz siedzę tutaj i wysłuchuję szlochu własnych rodziców. Mój umysł nie dopuszcza  do siebie informacji, że choruję… na raka.
- Ale… To coś, co można wyleczyć, prawda? – zaczęła niebieskooka, zapłakana kobieta.
- Cóż… – siwowłosy mężczyzna westchnął, po czym podniósł się z siedzenia i stanął przed nią. – Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Z danych, jakie obecnie posiadam, mogę jedynie powiedzieć, że niestety nie jest to początkowe stadium. To już dość zaawansowany poziom. A dodatkowo pani syn ma lekkie zaburzenia rytmu serca. To tylko potęguje problemy.
                Słuchanie tego wszystkiego tylko sprawiało, że miałem ich serdecznie dość. Gdybyśmy zignorowali te rzeczy, gdybyśmy nie robili tych durnych badań, to nikt by się nie dowiedział o tej chorobie. Szczerze? Byłoby chyba nawet lepiej.
- Ale leczenie nadal ma sens, prawda? – zapytał ojciec.
- Oczywiście. Leczenie ma zawsze sens, proszę pana. – spiorunował ojca wzrokiem. – Nie jestem osobą, która popiera wiarę w cuda, ale czasem trzeba po prostu w nie wierzyć. 
- Więc… jak to będzie wyglądać? – brązowowłosa tylko dopytywała.
- Proszę przyjechać z synem za dwa dni. Do tego czasu ustalimy konkretny stopień rozwoju nowotworu.
- W porządku. – w końcu odważyłem się coś powiedzieć.
- Wtedy również ustalimy odpowiednie leczenie. – dodał.
                Nie miałem już siły odpowiadać, więc aby pokazać swoje zrozumienie, kilka razu pokiwałem głową. Rodzice zabrali swoje rzeczy, a następnie, wraz ze mną, opuścili teren szpitala. Matka starała się na siłę zachować powagę, jednak nawet ja zdołałem dostrzec ten smutek, jak i przerażenie w jej oczach. Nie mówiłem już nic więcej. W ciszy przesiedziałem całą drogę powrotną do domu. Nie chciałem, aby widzieli, jak się tym przejmuję. Żeby widzieli, że jestem przerażony. Nie wiem dlaczego, ale wolę być postrzegany jako obojętna osoba, a zachowywanie się w sposób tak nieadekwatny do tego, raczej nie byłby najlepszym rozwiązaniem.
Ja… po prostu nie chcę pokazywać swoich uczuć innym.

~~~

- W sklepie wpadłam na Willa. Ma przyjść wieczorem. – powiedziała kobieta, chowając zakupy do szafek.
                William był moim najbliższym i jednocześnie jedynym przyjacielem. Traktowałem go, jak członka rodziny, mimo że nim nie był. Nawet, jeśli zachowywaliśmy się, jak bracia, to była jedna kwestia, która niwelowała tę myśl, lecz zapewne tylko w moim przypadku.
                Kochałem go.
                Nie, jak przyjaciela czy brata, za którego on mnie uważał. Uczucie, jakim go darzyłem, było nie tylko czymś niezwykle potężnym, ale też szczerym. Dzięki temu miałem całkowitą pewność, iż to miłość.
- Wiem, sam go zaprosiłem. – odpowiedziałem, wywracając oczami. – Dziś jest nasz wieczór gier, pamiętasz?
- Oczywiście. – westchnęła. – Tylko nie siedźcie za długo. Nie chcę być typem rodzica, który wszystkiego zabrania, ale… chyba sam rozumiesz. – posmutniała, mrużąc oczy. Doskonale zdawałem sobie sprawę, dlaczego kobieta zaczęła tak bardzo dbać o szczegóły, ale mimo wszystko uważałem, iż zabranianie wszystkiego po kolei było straszną przesadą.
- Pewnie, że rozumiem. Ale pomimo to nie chcę, aby było po mnie cokolwiek widać. – wyznałem szczerze, nie mając w zamiarze ukrycia tej kwestii. Nie chciałem, aby Will dowiedział się o mojej chorobie. A na pewno nie w tym momencie.
- Jak to…? – zmarszczyła brwi. – Czy wy nie jesteście przypadkiem najlepszymi przyjaciółmi?
                Oczywiście, że o to spytała. Osobiście zdziwiłbym się, gdyby to pytanie nie padło z jej ust.
- Tak. – zgodziłem się. – Jesteśmy.
- Więc dlaczego? – zmarszczyła brwi w geście niezrozumienia.
- Po prostu… Nie chcę go tym martwic, sama rozumiesz. – przygryzłem dolną wargę, nie będąc pewnym, czy dobrze się określiłem. – Will i tak ma już mnóstwo spraw na głowie. Nie chcę mu nic dokładać.
- Jak możesz w ogóle tak mówić? – załamała się, wzdychając ciężko. – Jestem pewna, że William chciałby wiedzieć o takich rzeczach.
- To może inaczej. – wyprostowałem się, w myślach układając cały monolog. Finalnie wyszło na to, że znowu nie ułożyłem niczego sensownego, dlatego zdecydowałem się na najprostsze wyjaśnienie. – Powiem mu o wszystkim, kiedy będę gotowy, okej? Do tego czasu, proszę, nic nie rób. – poprosiłem ją, utrzymując kontakt wzrokowy, co zawsze mnie przytłaczało, nie wiem czemu. Chyba tylko z Willem nie miałem takich problemów.
- W porządku. – zmrużyła oczy, po czym lekko wywinęła kąciki ust w górę.
                Dawno nie widziałem uśmiechu na jej twarzy.
- W końcu wyglądasz na zadowoloną. – powiedziałem z wyraźną ulgą w głosie.
                Zamieniłem z nią jeszcze kilka słów, po czym udałem się do kuchni. Z lodówki wyjąłem owocowy jogurt, a z szafki małą łyżeczkę. Wieczko wyrzuciłem do kosza, a następnie zająłem się konsumpcją. Moją głowę cały czas zaprzątały myśli, co będzie dalej. Jakby na to nie spojrzeć, rak płuc to niesamowicie poważna choroba. Ot tak się na nią nie choruje, więc… dlaczego?
Moje myśli przerwał donośny dzwonek do drzwi. Odłożyłem jogurt na blat, później z kolei udałem się w stronę drzwi frontowych. Otworzyłem je, a gdy moim oczom ukazała się uśmiechnięta twarz Willa, poczułem nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Chłopak automatycznie wprosił się do mojego mieszkania, od razu rozsiewając wokół siebie tę pozytywną aurę. W tej chwili ponownie pomyślałem o swojej chorobie oraz o tym, czy Will powinien od razu poznać prawdę. Z jednej strony nie chcę, aby traktował mnie pobłażliwie, a z drugiej, jeśli mu nie powiem, czy to nie będzie źle świadczyło o naszej… przyjaźni?
- Co z tobą? – zapytał, zbliżając się do mnie. Przez chwilę przypatrywał mi się w milczeniu, z każdą chwilą poważniejąc, przez co ja sam przeraziłem się, iż coś wyszło na jaw. – Jakiś niemrawy dziś jesteś. – skwitował wreszcie, przechylając głowę na bok. Odetchnąłem z ulgą w duchu. – Coś się stało?
- Nie. – zaprzeczyłem z lekkim uśmiechem. – Nie wyspałem się i tyle.
- Skoro tak mówisz… – powiedział niepewnie, zabawnie układając usta w dziubek, lecz wreszcie wzruszył ramionami i udał się do pomieszczenia, w którym znajdował się jego ulubiony przedmiot, tj. lodówka.
                Will, po wyjęciu kartonu smakowego mleka, oparł się o blat kuchenny i przystawił słomkę do ust. Zerknęłam na niego ukradkiem i na nowo naszła mnie ta sama myśl, co na wstępie – czy na pewno dobrze robię, ukrywając swój stan zdrowia?
- Wiesz… – zaczął, drapiąc się po policzku. Miał taki nawyk, kiedy się czymś denerwował i nie był pewien, czy to powiedzieć. – Dziś pewna dziewczyna wyznała mi, że podobam jej się od dłuższego czasu. – upił kolejny łyk napoju, po czym spojrzał na mnie, wyczekując jakiejkolwiek reakcji.
                Początkowo nie zrobiłem nic. Byłem zbyt przerażony własną reakcją. Poczułem, jak nogi miękną mi w kolanach. To się nigdy przedtem nie zdarzyło. Nie chcąc dać nic po sobie poznać, usiadłem na pobliskim krześle. Na mojej twarzy automatycznie zawitał sztuczny, aczkolwiek już dobrze wyćwiczony uśmiech.
- Tak? I jak? – nawiązałem do tematu, posyłając przyjacielowi pytające spojrzenie.
- Nijak... – odgarnął włosy z czoła, na co od razu zwróciłem uwagę. Uwielbiałem jego czarne, gęste kłaki. Tak wspaniale kontrastowały z jego jasną buzią. – Na razie wstrzymałem się z odpowiedzią.
                Nieświadomie odetchnąłem z ulgą, co z całą pewnością było słychać. Spanikowany zerknąłem na bruneta, lecz ten zdawał się nic nie słyszeć. Po prostu pił czekoladowe mleko, w skupieniu patrząc na swoje skarpetki w jednorożce.
                Chyba poszczęściło mi się.
- Dlaczego? – zapytałem z pełną ciekawością, ręką podpierając podbródek. Naprawdę byłem tego ciekaw. – Nie podoba ci się?
- Nie, nie w tym rzecz. – pokręcił głową, a ja zbaraniałem. – Jeśli chodzi o kwestię wizualną, to jest bardzo w moim typie, ale… sam nie wiem.
- Oh. – spuściłem wzrok, ciesząc się, że to usłyszałem. To znaczy… Nie chciałem życzyć źle Williamowi, bo był świetnym chłopakiem i zasługiwał na dobrą dziewczynę, ale uczucie, jakim go darzyłem, robiło swoje. – Więc to nie wypali? – spytałem z nutką nadziei, co z całą pewnością nie było wyczuwalne w moim głosie.
- Nie mam pojęcia. –  ciemnowłosy spojrzał mi prosto w oczy. Chwilę się w nie tak wpatrywał. Nieświadomie zatraciłem się w ich blasku, zastanawiając się, czy zawsze świeciły tak pięknie.
- W-więc… – zacząłem po nieciekawej chwili ciszy, odwracając spojrzenie, gdyż mogło to wyglądać dość dziwnie. – Jak ci minęła reszta dnia? – zaśmiałem się nerwowo, zdając sobie sprawę, że wybrałem najgłupsze pytanie, jakie mogłem wymyślić. To dorównywało legendarnym zdaniom typu: co tam lub jak tam. Brawo, Glenn.
- Zachowujesz się trochę… – przerwał, mrużąc przy w podejrzliwy sposób. Momentalnie poczułem się, jakby zalewały mnie siódme poty. Zestresowałem się. – Czy coś się stało?
                Przełknąłem głośno ślinę. Nie chciałem kłamać, naprawdę tego nie lubiłem. Nie, jeśli chodziło o Willa. O mojego najlepszego przyjaciela.
                Ale niestety nie byłem gotów na wyznanie prawdy.
- Nie, wszystko jest w jak najlepszym porządku. – zapewniłem, posyłając mu pewne spojrzenie. – Po prostu, jak już wspominałem, nie najlepiej mi się spało.
                Znowu to samo. Chwila ciszy, w trakcie której brunet przypatrywał mi się z nutą niepewności w oczach. W końcu jednak dał sobie spokój i westchnął.
- Eh, zresztą nieważne. – przeczesał dłonią czarne włosy.
                Podziękowałem mu w duchu za to, że nie brnął dalej w temat. Prawdopodobnie coś zauważył, lecz widząc moje zakłopotanie i wykręcanie się, dał sobie spokój. Miał to do siebie, że był cierpliwy i spokojnie czekał, jeśli nie mógł dowiedzieć się o czymś od razu.
                Był cudownym przyjacielem.
- To co, standardowo zaczynamy od horroru na rozgrzewkę? – zapytał wreszcie, stając tuż przede mną z szyderczym uśmiechem na twarzy.
- Jeszcze pytasz? – uśmiechnąłem się szczerze,  w ogóle nie dając po sobie poznać, że chciałbym, aby podszedł jeszcze bliżej. – Oby tylko tym razem było to coś, co rzeczywiście mnie przestraszy. – puściłem mu oczko, po czym poderwałem się z miejsca z zamiarem pójścia do salonu.
- Wyzwanie przyjęte. – dumnie się wyprostował, po czym posłał mi łagodny uśmiech. Już po chwili okupowaliśmy sofę, szukając jakichś ciekawych tytułów w rankingach horrorów. Gdy Will wreszcie coś wyłapał, wyszukał film na laptopie, po czym podłączył urządzenie do telewizora i wrócił do mnie.
                Rozluźniłem ramiona, przechylając łebek na bok. Uwielbiałem chwile, jak ta. Pełne spokoju, ciszy i przede wszystkim spędzane w towarzystwie mojego najwspanialszego przyjaciela.
                Niczego więcej nie potrzebowałem.



podejście numer 3
zmieniłam tytuł z "Eien ni anata to" na "Stay with me"
Imiona bohaterów również zmienione
Ritsu = Glenn
Satoshi = William 
tamte opowiadania usunęłam, bo to były raki w chuj

1 komentarz :

  1. Wow, podoba mi się baardzo *.* Mam wrażenie, że William czuje to samo co Glenn...ale to tylko moje odczucia >.< Heh, lubię jak szczegółowo opisujesz czynność...takie, fajne to ^.^ Czekam na więcej i więcej i eh...wkręciłam się we wszystko co piszesz xD Życzę weny i pomysłów <3

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic