niedziela, 16 kwietnia 2017

"Desirable blood" - Rozdział 57

Desirable blood


Gatunek: Yaoi, Tajemnice, Nadprzyrodzone, Wampiry.
Numer rozdziału: 57.
Autor: Chizu Chan.





Isaac przez chwilę stał w bezruchu, nie dowierzając własnym oczom. Nie wydawało mu się. Nie było nawet mowy, aby się pomylił. Ta umiejętność nigdy go nie zawodziła i zawsze się sprawdzała.
To właśnie był jeden z kilku powodów, przez które mężczyzna tkwił w szoku.
Był z Uroboros od małego, dzięki czemu doskonale znał ich cele, podejście czy zamiary. I to właśnie przez to niepokoił się jeszcze bardziej. Bo wiedział, że ci ludzie nie mogliby tak po prostu skrzywdzić chłopaka, a co dopiero pozbawić go życia.
Kto w takim razie chciał tego dokonać?
- Seth, musimy iść. - powiedział z wyczuwalnymi nerwami w głosie, klepiąc nastolatka w plecy. Ten ani drgnął. Cały czas przypatrywał się swoimi dużymi, szeroko otwartymi oczami na dymiące pozostałości po ich domu. Dla niego to było zbyt wiele. - Seth. - powtórzył nieco bardziej stanowczo.
Szatyn niepewnie obrócił łebek w stronę poddenerwowanego szatyna, posyłając mu spojrzenie pełne bólu i goryczy. Jakby chciał mu tym przekazać, iż ma dość tego wszystkiego. Jakby... prosił się o koniec.
Isaac nie mógł na to patrzeć.
- Wstawaj, Seth. - powtarzając w ten sposób imię chłopaka, sprawiał wrażenie nieco bardziej poważnego. Nastolatek domyślił się, że coś było na rzeczy. W innym wypadku Isaac nie zachowywałby się w taki sposób.
Zrobił to, co zalecił mu brunet. Zachwiał się nieznacznie, kiedy się uniósł, lecz szybko uzyskał równowagę i otrzepał spodnie. Niepewnie zadarł łebek do góry, nawiązując kontakt wzrokowy z czarnowłosym.
- Wyczułeś coś, prawda? - spytał, na co Isaac mimowolnie spiął ramiona. Nie chciał martwić chłopaka jeszcze bardziej, mówiąc mu, iż jest zagrożony. I to w niezwykle poważnym stopniu. Bo w końcu czerwona aura zwiastowała nic innego, jak śmierć osoby, która ją wytwarzała. Za nic nie mógł o tym wspomnieć chłopakowi. - Ale... ja nie mogę iść dalej. - ułożył usta w linię, by po chwili przygryźć ich dolną wargę. - Idź beze mnie. - powiedział stanowczo.
- Chyba sobie żartujesz. - zmarszczył brwi. - To nie pora na rezygnację. Jeśli tam wrócisz, źle skończysz. - już myślał, że powiedział za dużo, lecz kiedy zauważył łagodniejącą twarz nastolatka, odetchnął z ulgą, gdyż zdał sobie sprawę, iż chłopak nie zinterpretował tego w jakiś bardziej złożony sposób.
- Doceniam twoją troskę, ale musisz zrozumieć, że nie mogę tak po prostu odejść. - przełknął głośno ślinę, kątem oka zerkając na miejsce, w którym jeszcze niedawno żył. Chciał tam wrócić. Nie zaznałby spokoju, gdyby nie dowiedział się, że z jego przyjacielem jest wszystko w porządku.
- Wiem, dlaczego chcesz tam wrócić i wierz mi, rozumiem to. - nabrał większą ilość powietrza do płuc, po czym wypuścił je nosem, mrużąc oczy. - Ale to nierozważne.
- Nie dbam o to! - puściły mu nerwy. Nie chciał krzyczeć na Isaaca, ale nie potrafił inaczej. W tej chwili emocje wzięły nad nim górę. Wyrzucił z siebie wszystko. Całą frustrację i przerażenie, co ani trochę nie zezłościło bruneta. Mężczyzna rozumiał nastolatka i ani trochę nie miał mu za złe tego, jak zachowywał się w chwili obecnej. Lecz nie mieli czasu na coś takiego. Musieli uciekać. W innym wypadku Seth...
- Wiem, że chcesz tam wrócić przez wzgląd na Noaha, ale zastanów się. Naprawdę myślisz, że on dałby się tak łatwo zabić, nie upewniwszy się, że dotarłeś do bezpiecznego miejsca w jednym kawałku? Noah z całą pewnością nie zginął. - powiedział pewnie, co uciszyło Setha. Nastolatek zaczął słuchać starszego w ciszy i skupieniu, dokładnie analizując każde jego słowo głowie. Brunet znów miał rację. I raz jeszcze to Seth był w błędzie, chcąc działać impulsywnie, co mogłoby zagrozić im wszystkim. Nadal nie nauczył się nad tym panować, nawet jeśli przeszedł już przez tak wiele paskudnych sytuacji.
Widząc, że szatyn zaczął się wahać, skorzystał z momentu jego nieuwagi ponownie użył swojej umiejętności. Mimowolnie zacisnął zęby.
Nic się nie zmieniło.
Życie Setha nadal było zagrożone.
Isaac miał teraz tylko jedno wyjście.
Coś, co ani trochę nie spodoba się żadnemu z nich.
Nie czekając na nagłe ożywienie ze strony nastolatka, złapał go za przedramię i zaczął za sobą ciągnąć. Wolał działać, aniżeli czekać na najgorsze, co z całą pewnością by wreszcie nadeszło. Zdawał sobie sprawę, że gdyby nic nie zrobił, później by żałował, dlatego wolał od razu coś zrobić. Cokolwiek, co mogłoby im dać chociażby cień szansy na przetrwanie.
Na przeżycie ich obu.
Bo właśnie to liczyło się teraz dla Isaaca najbardziej.
- Zmieniliśmy kurs. - zauważył Seth, rozglądając się na boki. - Dokąd idziemy? Znasz ten las?
- Niezbyt. - zaprzeczył, co było prawdą.
Nie znał tego lasu, aczkolwiek wiedział, gdzie spodziewać się pomocy.
A raczej gdzie jej oczekiwać.
- Więc... - chłopak już chciał coś dodać, lecz Isaac zagłuszył go głośnym gwizdnięciem. Seth momentalnie uniósł brwi, kierując zdziwione spojrzenie na profil poważnej twarzy bruneta. Mężczyzna nie uraczył go choćby najdrobniejszym wyjaśnieniem. Po prosto kontynuował wędrówkę, co parę metrów ponawiając gwizdnięcie. Szatyn zaczął się zastanawiać, co to wszystko mogło oznaczać.
Wreszcie zatrzymali się w jakimś łysym miejscu, którego natura zbyt hojnie nie obdarzyła. Chłopak pomyślał, że byłoby to idealne pole na namioty i biwak ze znajomymi. W jednej chwili posmutniał, przypominając sobie, że jeden z jego przyjaciół nie żył, a kolejna bliska osoba teraz go nienawidziła. Był jeszcze Noah, ale...
Czy szatyn posiadał gwarancję, że jego przyjaciel jeszcze żył?
Nie chciał mieć takich smętnych myśli. Nie o swoim przyjacielu. Ale mimo to momentami nie był w stanie się powstrzymać zadręczaniem, że nie powinien zostawiać go samego.
Chłopak został wyrwany z rozmyślań przez powtórne gwizdnięcie, którego autorem o dziwo nie był Isaac. Dźwięk dobiegał z bardzo niewielkiej odległości.
Brunet spuścił głowę.
- Przepraszam. - szepnął, co cudem wyłapał Seth, błyskawicznie zwracając łebek w stronę mężczyzny.
- Eh?
Mimowolnie wytrzeszczył oczy, gdy nagle jego łydkę przeszył niewielki pocisk, poprzedzony stłumionym wystrzałem z pistoletu. Niemal od razu zgiął się w pół, łapiąc się za obolałe miejsce. Nieznacznie obrócił głowę w stronę lasu, z którego wyłoniły się trzy sylwetki. Na czele niewielkiej grupy stał ktoś, kogo Seth nienawidził całym sercem. Teraz to uczucie jedynie się nasiliło.
- Wybaczcie nam zwłokę, ale przez echo nie mogliśmy stwierdzić, skąd dobiegały te gwizdy. - uśmiechnął się lekko, po czym spojrzał na stojącego obok Setha mężczyznę i skinął w jego stronę głową w geście podzięki. - Cieszę się, że dokonałeś właściwego wyboru, Isaac.
Szatyn od razu skupił swoje przerażone ślepia na kamiennej twarzy bruneta, w duchu mając nadzieję, iż to wszystko jest po prostu najzwyklejszym koszmarem.
Niestety paskudny ból, dający wrażenie jakby wyżerania wszystkiego wokół rany po pocisku, utwierdzał chłopaka w przekonaniu, że to wszystko działo się naprawdę.
- Dlaczego? - wydukał cicho, nie odrywając oczu od starszego. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, Seth poczuł, jakby wewnątrz niego coś pękło. Isaac był śmiertelnie poważny. Teraz wyglądał jak jeden z nich. Jakby był prawdziwym członkiem Uroboros.
Bezwładnie opuścił głowę, lekko otwierając usta, jakby chciał coś powiedzieć.
Niestety żadne słowo nie chciało opuścić jego buzi.
Znów został zdradzony.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic