niedziela, 30 kwietnia 2017

"Stay with me" - Rozdział 2

"Dałem jej szansę"





Rankiem otworzyłem oczy z nadzieją, że cała historia ze szpitalem i chorobą była tylko niemiłym snem. Na moje nieszczęście, przerosłem własne oczekiwania. Było gorzej, niż mógłbym się przypuszczać. Wczoraj zachowywałem się normalnie, nawet nie miałem problemu z ukrywaniem uczuć przed innymi, natomiast dzisiaj chciało mi się krzyczeć. Byłem bliski płaczu.
Dopiero teraz wszystko do mnie dotarło.
Byłem chory na raka.
Ale nie mogłem tego zrobić. Nie, kiedy w pobliżu był Will.
Chłopak wrócił do domu zaraz po ogarnięciu się i zjedzeniu śniadania. Kiedy wreszcie zostałem sam w swoim pokoju, odetchnąłem z ulgą, nie musząc się już obawiać, że chłopak się czegoś domyśli, widząc mój wyraz twarzy.
Po krótszej chwili zadumy, zostałem wyrwany z rozmyślań przez wchodzącą do pokoju rodzicielkę. Chwilę ze mną porozmawiała, a następnie oznajmiła, iż umówiła mnie na spotkanie z psychologiem. Z początku trochę się zdziwiłem tą informacją, ale jak dłużej zastanowiłem się nad tym, stwierdziłem, że to nie taka zła opcja.
Po jakimś czasie ubrałem się i poszedłem do kuchni. Na stole czekał na mnie gotowy obiad. Szybko go zjadłem, a brudne naczynia włożyłem do zmywarki. Umyłem ręce, następnie poszedłem się szykować do wyjścia. Na koniec z szafki zdjąłem swój plecak, do którego szybko spakowałem potrzebne rzeczy, a następnie wyszedłem z mieszkania. Zamknąłem za sobą drzwi, później z kolei pokierowałem się w stronę niedaleko znajdującego się gabinetu psychologa.
Nie spieszyłem się. Szedłem dość normalnym tempem. Wiatr w pewnym momencie zawiał trochę mocniej, rozkopując moje brązowe kłaki. Odczułem lekki chłód, więc włożyłem dłonie do kieszeni bluzy, mając nadzieję, iż pomoże mi to w jakikolwiek sposób. Idąc do celu, rozglądałem się po budynkach miasta. Pomimo tego, że wprowadziłem się tutaj ponad dwa lata temu, to nadal czułem się obco. W dalszym ciągu nie rozpoznałem się doskonale w tym mieście. Często myliły mi się ulice, drogi, miejsca. W sumie wszystko na raz.
Doprawdy, jestem beznadziejny.
W końcu znalazłem się pod ładnie wykonanym budynkiem. Ciemne barwy przeważały, ale zestawienie ich z tymi jaśniejszymi tworzyło milszy klimat. Złapałem większy oddech, po czym wszedłem do środka. Od razu zrobiło mi się cieplej, więc zdjąłem z siebie bluzę. Wszedłem do pokoju, w którym miałem mieć za chwilę spotkanie z psychologiem, po czym rozsiadłem się na wygodnej, białej sofie i zacząłem oczekiwać przybycia mężczyzny, z którym miałem odbyć rozmowę. Nie musiałem długo czekać, ponieważ psycholog przybył po kilku minutach. Usiadł za biurkiem, znajdującym się tuż przede mną, po czym zaczął sprawdzać coś w notesie. Wreszcie założył nogę na nogę, a przedmiot, w którym chwilkę temu coś sprawdzał, odłożył na biurko.
- Jesteś Glenn, zgadza się? – zapytał, spoglądając prosto w moje oczy. Poczułem dziwny dyskomfort, dlatego szybko odwróciłem wzrok, skupiając się na błękitnym kubku, stojącym obok paru segregatorów.
- Tak. – pokiwałem twierdząco łebkiem, splatając ze sobą palce obu dłoni. To na nich w następnej kolejności skupiłem swoje spojrzenie.
- W porządku. – ponownie wziął coś do ręki, lecz nie wiedziałem, co takiego, gdyż na niego nie spoglądałem. Szelest kartek uświadomił mnie w przekonaniu, iż był to jakiś zeszyt lub dziennik. Coś o takiej formie.
Po tym zapadła dłuższa chwila ciszy. Siedziałem spokojnie, czekając, aż mężczyzna ponownie się odezwie. Sam nie miałem zamiaru tego zrobić.
- No dobrze. – westchnął, przyciągając moją uwagę. W dalszym ciągu spoglądał, jak się okazało, w notes, dlatego chwilowo nie musiałem się martwić, że nagle na nowo utworzy ze mną kontakt wzrokowy. W spokoju przyjrzałem się jego twarzy. Moje oczy od razu zarejestrowały niewielką bliznę nad prawą brwią, a także znikome ilości zmarszczek. Wyglądał na około trzydzieści lat, ale mogłem się mylić. Nieraz zdarzało się, że osoby dużo starsze, wyglądały, jakby dopiero osiągnęły wiek dwudziestu wiosen. Zawsze mnie zastanawiało, jak ci ludzie to robili. – Na początek spytam, co cię tutaj sprowadza. – oznajmił, po czym zwilżył dolną wargę. – Więc?
Zmrużyłem patrzałki, na myśl o rodzicielce, z którą jeszcze niedawno rozmawiałem. Kobieta chciała dla mnie jak najlepiej, co wiedziałem i rozumiałem, ale mimo to po prostu nie potrafiłem okazać wdzięczności. Przychodziło mi to z ogromnym trudem.
- Mama mnie tu wysłała. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Mężczyzna zaczął coś notować. Prawdopodobnie będzie zapisywać każde moje słowo. W końcu jest psychologiem.
- Rozumiem. – podrapał się po prostym nosie, po czym cicho odchrząknął i kontynuował wywiad. – Jaki był powód wysłania cię tutaj?
Z nim chyba mogę być szczery. Bo to nie tak, że ten mężczyzna zaraz wyleci i wszystkim wypapla informację, iż jestem chory. Nie na tym polega jego praca.
- Wczoraj dowiedziałem się, że choruję na raka. – odpowiedziałam ze spokojem, na co mężczyzna uniósł wzrok znad kartki i uchylił usta, najprawdopodobniej ze zdziwienia.
- Mówisz to z taką obojętnością, jakby to było coś normalnego. – stwierdził zaskoczony.
Może jestem taki, bo rzeczywiście uważam tę sprawę za nic szczególnego?
Chociaż, jak tak sobie przypominam dzisiejszy poranek, zmuszony jestem odrzucić tę myśl.
To nie tak, że jestem obojętny. Ja po prostu staram się na takiego wyjść.
- Być może. – wzruszyłem ramionami. Postanowiłem zachować tę maskę na dłużej.
Mężczyzna głośno westchnął, zamykając na moment oczy. Złapał się za skronie, intensywnie nad czymś rozmyślając.
- Nie powinieneś postępować w taki sposób. – rzekł twardo, co mnie trochę zdziwiło. Ale koniec końców nie dałem tego po sobie poznać. – Jak złe by nie było twoje podejście do życia, mówienie o śmiertelnej chorobie z taką łatwością jest kompletną przesadą. – posłał mi ostre spojrzenie, które chcąc, nie chcąc, wyłapałem od razu.
Nabrałem nieco grymasu na twarzy.
- Glenn... – westchnął ponownie, kręcąc głową. Musiał być naprawdę zdziwiony moją postawą. Cóż, nie był pierwszą osobą, która reagowała w taki sposób, ale jednak sprawiał, iż szczerze miałem chęć zastanowić się nad sposobem, w jaki postępuję ze wszystkim. – Coś czuję, że nasze rozmowy nie będą należeć do łatwych. – uśmiechnął się lekko, podłapując moje spojrzenie. – Dlatego proszę cię o współpracę.
Współpracę?
To naprawdę mogłoby zadziałać?
- Nie lubię rozmawiać z innymi o tym, co czuję. – wyznałem szczerze, zaciskając łapki na materiale spodni. Naprawdę tego nie znosiłem. Mówienie o uczuciach było ciężkie i zawsze przychodziło mi z trudem. Dodatkowo odczuwałem pewnego rodzaju krępację, co nie było normalne. Ale taki już byłem.
- Zdradzisz mi powód? – spytał, a ja uniosłem brwi.
Powód?
Jaki powód? W tej kwestii nie ma powodu. Tak po prostu mam i już.
Nie odpowiedziałem.
- Rozumiem... – odchrząknął, na nowo spoglądając w kartkę notesu. – Czyli jednak łatwe to nie będzie. – zamilkł na moment, lecz wreszcie odłożył zeszyt na bok i oparł się łokciem o biurko, po czym uśmiechnął się kącikiem i dodał: – Jednak jednego jestem pewien.
- Hm? Czego? – zapytałem znużonym tonem głosu.
Uśmiech mężczyzny poszerzył się, a mi momentalnie przeszły po plecach ciarki.
- Już niedługo to się zmieni. – powiedział pewnie, na co ja uniosłem jedną brew. Nie wiem czemu, ale irytowała mnie taka pewność siebie u innych. Prawdopodobnie przez to, iż ja sam nie potrafiłem taki być i po prostu zazdrościłem tej cechy ludziom, którzy ją posiadali.
Doprawdy, jestem beznadziejny.
- Skąd pan może o tym wiedzieć? – spytałem zupełnie nieświadomie.
- Tajemnica zawodowa. – powiedział, szczerząc się.
Wywróciłem oczami. W głębi spodziewałem się takiej odpowiedzi.
- Myślę, że tyle wystarczy, jak na pierwszą wizytę. – spojrzał na zegarek, prostując plecy. – Czy masz jakieś pytania?
- Nie. – zaprzeczyłem, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce.
- W takim razie możesz iść już do domu. – skinął głową, po czym wyjął telefon z kieszeni i zaczął coś na nim sprawdzać.
Bez słowa podniosłem się z sofy, a następnie opuściłem pomieszczenie, wcześniej zabierając swoje rzeczy.
Tacy ludzie od zawsze przytłaczali mnie swoją obecnością.
~~~
Powrót do domu zajął mi więcej czasu, niż początkowo przypuszczałem. Nim jednak wszedłem na teren swojej posesji, przed drzwiami do mieszkania dostrzegłem znajomą twarz. Will podpierał ścianę, grzebiąc w telefonie. Mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem, podchodząc do chłopaka.
- Cześć. – przywitałem się z radością w oczach, czym nawet ja sam się zdziwiłem. Czy ten chłopak naprawdę potrafił zmienić moje samopoczucie w jednym ułamku sekundy, samą swoją obecnością?
Czarnowłosy oderwał oczy od jasnego ekranu, niemal od razu kierując je na mnie.
- Nowe wieści. – wypalił nagle, biorąc głęboki wdech, a ja ponownie zbaraniałem, nie wiedząc, o co mu chodziło. Ledwo mnie zobaczył i już wyskakiwał z czymś takim? – Postanowiłem jej nie odrzucać!
W jednej chwili cały spokój, którzy trzymał się mnie od momentu wyjścia z domu, uleciał, a na jego miejsce wślizgnęło się przerażenie.
Will jednak nie zauważył tego szoku, więc kontynuował.
- Doszedłem do wniosku, że nie powinienem tak po prostu jej odrzucić. Postanowiłem zacząć od zwykłej znajomości. Chcę ją lepiej poznać. – uśmiechnął się ciepło, wlepiając spojrzenie w czubki własnych butów. Wtedy przez myśl mi przeszło, iż to wreszcie się stało. Pojawiła się osoba, która miała szansę stać się kimś ważnym dla Willa. Zdobyć jego serce. Zająć myśli. Rozdzielić naszą dwójkę.
- Oh. – od razu poczułem się przybity, w związku z czym spuściłem wzrok, układając usta w linię.
- Oczywiście nie nastawiam się z góry na związek, nic z tych rzeczy. – podrapał się w tył głowy, myśląc nad tym, jak określić swoje myśli. – Póki co nie potrzebuję drugiej połówki. – rzekł pewnie, a ja momentalnie odczułem ulgę. Lecz nie na tym odczuciu zatrzymały się moje myśli. Po chwili dopadło mnie rozczarowanie. Dlaczego? – Wystarczy mi to, co mam. – uśmiechnął się pod nosem, obdarowując mnie wyjątkowo specyficznym spojrzeniem. Nie wiedziałem, jak to zinterpretować. – Poza tym... związki to same problemy. – wywrócił oczami teatralnie, na co mimowolnie się zaśmiałem.
- Haha, z pewnością. – pokręciłem głową, nie dowierzając, że to właśnie Will był autorem tych słów. – Masz jakieś plany na resztę dnia? Czy może raczej... wieczoru?– poprawiłem się, spoglądając na ciemne niebo.
- Wrócić do domu i porządnie się wyspać. Jestem padnięty. – ziewnął, co było idealnym dowodem na szczerość jego słów. Nawet przez chwilę nie sądziłem, iż chłopak kłamał.
- No tak, rozmowa z tą dziewczyną musiała cię baaardzo zmęczyć. – umyślnie przeciągnąłem jeden wyraz, uśmiechając się w duchu.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo. – posłał mi rozbawione spojrzenie. Chcąc, nie chcąc, zaśmiałem się, co wyszło mi wyjątkowo melodyjnie. Udało mi się odłożyć na bok zmartwienia. Zasługi znowu przypadały na tę jedną osobę. Na Willa.
Myśląc o tym, poczułem się źle z myślą, iż trzymam przed nim w sekrecie fakt, iż jestem chory. I to poważnie chory.
Chwilę później chłopak poszedł w swoją stronę, a ja zostałem sam, znowu żałując, że nie wyznałem mu prawdy.


sobota, 22 kwietnia 2017

"Stay with me" - Rozdział 1

 

"Zachowujesz się dziwnie"





- To rak płuc. – oznajmił bezuczuciowo jeden z lekarzy.
                Siedząc na skórzanej, czarnej sofie nie dowierzałem słowom tego mężczyzny. Wpatrywałem się w niego wytrzeszczonymi oczyma, zaczynając powoli odczuwać drżenie własnych dłoni. Moja matka upadła na kolana, a z jej dużych, niebieskich oczu wypłynęło kilka łez. Ojciec złapał się za głowę, jednocześnie podpierając ścianę drugą ręką. Spoglądając na wszystkich obecnych tutaj ludzi, powoli przerabiałem sobie wszystko na nowo w głowie. Wczoraj przyjechałem do szpitala na dość kluczowe badania, które miały finalnie pokazać, co mi dolega. Już od jakiegoś czasu zmagałem się z pewnymi problemami zdrowotnymi, które czasami po prostu znikały i na nowo pojawiały się dopiero po czasie, ale już ze zdwojoną siłą. Mama miała dość patrzenia na to, jak się męczę, więc przywiozła mnie na kontrolę. Zrobiono mi trochę badań, a skoro wyniki miały być dnia następnego, postanowiłem zostać na noc w szpitalu. Teraz siedzę tutaj i wysłuchuję szlochu własnych rodziców. Mój umysł nie dopuszcza  do siebie informacji, że choruję… na raka.
- Ale… To coś, co można wyleczyć, prawda? – zaczęła niebieskooka, zapłakana kobieta.
- Cóż… – siwowłosy mężczyzna westchnął, po czym podniósł się z siedzenia i stanął przed nią. – Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Z danych, jakie obecnie posiadam, mogę jedynie powiedzieć, że niestety nie jest to początkowe stadium. To już dość zaawansowany poziom. A dodatkowo pani syn ma lekkie zaburzenia rytmu serca. To tylko potęguje problemy.
                Słuchanie tego wszystkiego tylko sprawiało, że miałem ich serdecznie dość. Gdybyśmy zignorowali te rzeczy, gdybyśmy nie robili tych durnych badań, to nikt by się nie dowiedział o tej chorobie. Szczerze? Byłoby chyba nawet lepiej.
- Ale leczenie nadal ma sens, prawda? – zapytał ojciec.
- Oczywiście. Leczenie ma zawsze sens, proszę pana. – spiorunował ojca wzrokiem. – Nie jestem osobą, która popiera wiarę w cuda, ale czasem trzeba po prostu w nie wierzyć. 
- Więc… jak to będzie wyglądać? – brązowowłosa tylko dopytywała.
- Proszę przyjechać z synem za dwa dni. Do tego czasu ustalimy konkretny stopień rozwoju nowotworu.
- W porządku. – w końcu odważyłem się coś powiedzieć.
- Wtedy również ustalimy odpowiednie leczenie. – dodał.
                Nie miałem już siły odpowiadać, więc aby pokazać swoje zrozumienie, kilka razu pokiwałem głową. Rodzice zabrali swoje rzeczy, a następnie, wraz ze mną, opuścili teren szpitala. Matka starała się na siłę zachować powagę, jednak nawet ja zdołałem dostrzec ten smutek, jak i przerażenie w jej oczach. Nie mówiłem już nic więcej. W ciszy przesiedziałem całą drogę powrotną do domu. Nie chciałem, aby widzieli, jak się tym przejmuję. Żeby widzieli, że jestem przerażony. Nie wiem dlaczego, ale wolę być postrzegany jako obojętna osoba, a zachowywanie się w sposób tak nieadekwatny do tego, raczej nie byłby najlepszym rozwiązaniem.
Ja… po prostu nie chcę pokazywać swoich uczuć innym.

~~~

- W sklepie wpadłam na Willa. Ma przyjść wieczorem. – powiedziała kobieta, chowając zakupy do szafek.
                William był moim najbliższym i jednocześnie jedynym przyjacielem. Traktowałem go, jak członka rodziny, mimo że nim nie był. Nawet, jeśli zachowywaliśmy się, jak bracia, to była jedna kwestia, która niwelowała tę myśl, lecz zapewne tylko w moim przypadku.
                Kochałem go.
                Nie, jak przyjaciela czy brata, za którego on mnie uważał. Uczucie, jakim go darzyłem, było nie tylko czymś niezwykle potężnym, ale też szczerym. Dzięki temu miałem całkowitą pewność, iż to miłość.
- Wiem, sam go zaprosiłem. – odpowiedziałem, wywracając oczami. – Dziś jest nasz wieczór gier, pamiętasz?
- Oczywiście. – westchnęła. – Tylko nie siedźcie za długo. Nie chcę być typem rodzica, który wszystkiego zabrania, ale… chyba sam rozumiesz. – posmutniała, mrużąc oczy. Doskonale zdawałem sobie sprawę, dlaczego kobieta zaczęła tak bardzo dbać o szczegóły, ale mimo wszystko uważałem, iż zabranianie wszystkiego po kolei było straszną przesadą.
- Pewnie, że rozumiem. Ale pomimo to nie chcę, aby było po mnie cokolwiek widać. – wyznałem szczerze, nie mając w zamiarze ukrycia tej kwestii. Nie chciałem, aby Will dowiedział się o mojej chorobie. A na pewno nie w tym momencie.
- Jak to…? – zmarszczyła brwi. – Czy wy nie jesteście przypadkiem najlepszymi przyjaciółmi?
                Oczywiście, że o to spytała. Osobiście zdziwiłbym się, gdyby to pytanie nie padło z jej ust.
- Tak. – zgodziłem się. – Jesteśmy.
- Więc dlaczego? – zmarszczyła brwi w geście niezrozumienia.
- Po prostu… Nie chcę go tym martwic, sama rozumiesz. – przygryzłem dolną wargę, nie będąc pewnym, czy dobrze się określiłem. – Will i tak ma już mnóstwo spraw na głowie. Nie chcę mu nic dokładać.
- Jak możesz w ogóle tak mówić? – załamała się, wzdychając ciężko. – Jestem pewna, że William chciałby wiedzieć o takich rzeczach.
- To może inaczej. – wyprostowałem się, w myślach układając cały monolog. Finalnie wyszło na to, że znowu nie ułożyłem niczego sensownego, dlatego zdecydowałem się na najprostsze wyjaśnienie. – Powiem mu o wszystkim, kiedy będę gotowy, okej? Do tego czasu, proszę, nic nie rób. – poprosiłem ją, utrzymując kontakt wzrokowy, co zawsze mnie przytłaczało, nie wiem czemu. Chyba tylko z Willem nie miałem takich problemów.
- W porządku. – zmrużyła oczy, po czym lekko wywinęła kąciki ust w górę.
                Dawno nie widziałem uśmiechu na jej twarzy.
- W końcu wyglądasz na zadowoloną. – powiedziałem z wyraźną ulgą w głosie.
                Zamieniłem z nią jeszcze kilka słów, po czym udałem się do kuchni. Z lodówki wyjąłem owocowy jogurt, a z szafki małą łyżeczkę. Wieczko wyrzuciłem do kosza, a następnie zająłem się konsumpcją. Moją głowę cały czas zaprzątały myśli, co będzie dalej. Jakby na to nie spojrzeć, rak płuc to niesamowicie poważna choroba. Ot tak się na nią nie choruje, więc… dlaczego?
Moje myśli przerwał donośny dzwonek do drzwi. Odłożyłem jogurt na blat, później z kolei udałem się w stronę drzwi frontowych. Otworzyłem je, a gdy moim oczom ukazała się uśmiechnięta twarz Willa, poczułem nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Chłopak automatycznie wprosił się do mojego mieszkania, od razu rozsiewając wokół siebie tę pozytywną aurę. W tej chwili ponownie pomyślałem o swojej chorobie oraz o tym, czy Will powinien od razu poznać prawdę. Z jednej strony nie chcę, aby traktował mnie pobłażliwie, a z drugiej, jeśli mu nie powiem, czy to nie będzie źle świadczyło o naszej… przyjaźni?
- Co z tobą? – zapytał, zbliżając się do mnie. Przez chwilę przypatrywał mi się w milczeniu, z każdą chwilą poważniejąc, przez co ja sam przeraziłem się, iż coś wyszło na jaw. – Jakiś niemrawy dziś jesteś. – skwitował wreszcie, przechylając głowę na bok. Odetchnąłem z ulgą w duchu. – Coś się stało?
- Nie. – zaprzeczyłem z lekkim uśmiechem. – Nie wyspałem się i tyle.
- Skoro tak mówisz… – powiedział niepewnie, zabawnie układając usta w dziubek, lecz wreszcie wzruszył ramionami i udał się do pomieszczenia, w którym znajdował się jego ulubiony przedmiot, tj. lodówka.
                Will, po wyjęciu kartonu smakowego mleka, oparł się o blat kuchenny i przystawił słomkę do ust. Zerknęłam na niego ukradkiem i na nowo naszła mnie ta sama myśl, co na wstępie – czy na pewno dobrze robię, ukrywając swój stan zdrowia?
- Wiesz… – zaczął, drapiąc się po policzku. Miał taki nawyk, kiedy się czymś denerwował i nie był pewien, czy to powiedzieć. – Dziś pewna dziewczyna wyznała mi, że podobam jej się od dłuższego czasu. – upił kolejny łyk napoju, po czym spojrzał na mnie, wyczekując jakiejkolwiek reakcji.
                Początkowo nie zrobiłem nic. Byłem zbyt przerażony własną reakcją. Poczułem, jak nogi miękną mi w kolanach. To się nigdy przedtem nie zdarzyło. Nie chcąc dać nic po sobie poznać, usiadłem na pobliskim krześle. Na mojej twarzy automatycznie zawitał sztuczny, aczkolwiek już dobrze wyćwiczony uśmiech.
- Tak? I jak? – nawiązałem do tematu, posyłając przyjacielowi pytające spojrzenie.
- Nijak... – odgarnął włosy z czoła, na co od razu zwróciłem uwagę. Uwielbiałem jego czarne, gęste kłaki. Tak wspaniale kontrastowały z jego jasną buzią. – Na razie wstrzymałem się z odpowiedzią.
                Nieświadomie odetchnąłem z ulgą, co z całą pewnością było słychać. Spanikowany zerknąłem na bruneta, lecz ten zdawał się nic nie słyszeć. Po prostu pił czekoladowe mleko, w skupieniu patrząc na swoje skarpetki w jednorożce.
                Chyba poszczęściło mi się.
- Dlaczego? – zapytałem z pełną ciekawością, ręką podpierając podbródek. Naprawdę byłem tego ciekaw. – Nie podoba ci się?
- Nie, nie w tym rzecz. – pokręcił głową, a ja zbaraniałem. – Jeśli chodzi o kwestię wizualną, to jest bardzo w moim typie, ale… sam nie wiem.
- Oh. – spuściłem wzrok, ciesząc się, że to usłyszałem. To znaczy… Nie chciałem życzyć źle Williamowi, bo był świetnym chłopakiem i zasługiwał na dobrą dziewczynę, ale uczucie, jakim go darzyłem, robiło swoje. – Więc to nie wypali? – spytałem z nutką nadziei, co z całą pewnością nie było wyczuwalne w moim głosie.
- Nie mam pojęcia. –  ciemnowłosy spojrzał mi prosto w oczy. Chwilę się w nie tak wpatrywał. Nieświadomie zatraciłem się w ich blasku, zastanawiając się, czy zawsze świeciły tak pięknie.
- W-więc… – zacząłem po nieciekawej chwili ciszy, odwracając spojrzenie, gdyż mogło to wyglądać dość dziwnie. – Jak ci minęła reszta dnia? – zaśmiałem się nerwowo, zdając sobie sprawę, że wybrałem najgłupsze pytanie, jakie mogłem wymyślić. To dorównywało legendarnym zdaniom typu: co tam lub jak tam. Brawo, Glenn.
- Zachowujesz się trochę… – przerwał, mrużąc przy w podejrzliwy sposób. Momentalnie poczułem się, jakby zalewały mnie siódme poty. Zestresowałem się. – Czy coś się stało?
                Przełknąłem głośno ślinę. Nie chciałem kłamać, naprawdę tego nie lubiłem. Nie, jeśli chodziło o Willa. O mojego najlepszego przyjaciela.
                Ale niestety nie byłem gotów na wyznanie prawdy.
- Nie, wszystko jest w jak najlepszym porządku. – zapewniłem, posyłając mu pewne spojrzenie. – Po prostu, jak już wspominałem, nie najlepiej mi się spało.
                Znowu to samo. Chwila ciszy, w trakcie której brunet przypatrywał mi się z nutą niepewności w oczach. W końcu jednak dał sobie spokój i westchnął.
- Eh, zresztą nieważne. – przeczesał dłonią czarne włosy.
                Podziękowałem mu w duchu za to, że nie brnął dalej w temat. Prawdopodobnie coś zauważył, lecz widząc moje zakłopotanie i wykręcanie się, dał sobie spokój. Miał to do siebie, że był cierpliwy i spokojnie czekał, jeśli nie mógł dowiedzieć się o czymś od razu.
                Był cudownym przyjacielem.
- To co, standardowo zaczynamy od horroru na rozgrzewkę? – zapytał wreszcie, stając tuż przede mną z szyderczym uśmiechem na twarzy.
- Jeszcze pytasz? – uśmiechnąłem się szczerze,  w ogóle nie dając po sobie poznać, że chciałbym, aby podszedł jeszcze bliżej. – Oby tylko tym razem było to coś, co rzeczywiście mnie przestraszy. – puściłem mu oczko, po czym poderwałem się z miejsca z zamiarem pójścia do salonu.
- Wyzwanie przyjęte. – dumnie się wyprostował, po czym posłał mi łagodny uśmiech. Już po chwili okupowaliśmy sofę, szukając jakichś ciekawych tytułów w rankingach horrorów. Gdy Will wreszcie coś wyłapał, wyszukał film na laptopie, po czym podłączył urządzenie do telewizora i wrócił do mnie.
                Rozluźniłem ramiona, przechylając łebek na bok. Uwielbiałem chwile, jak ta. Pełne spokoju, ciszy i przede wszystkim spędzane w towarzystwie mojego najwspanialszego przyjaciela.
                Niczego więcej nie potrzebowałem.



podejście numer 3
zmieniłam tytuł z "Eien ni anata to" na "Stay with me"
Imiona bohaterów również zmienione
Ritsu = Glenn
Satoshi = William 
tamte opowiadania usunęłam, bo to były raki w chuj

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic