czwartek, 23 marca 2017

"Desirable blood" - Rozdział 45

Desirable blood


Gatunek: Yaoi, Tajemnice, Nadprzyrodzone, Wampiry.
Numer rozdziału: 45.
Autor: Chizu Chan.





Kiedy tylko Seth znalazł się w swoim pokoju, zdjął z twarzy sztuczny uśmiech, po czym podszedł do łóżka, by następnie na nim usiąść. Zadarł głowę do góry, lekko mrużąc oczy. Doceniał chęć pomocy ze strony Noaha, lecz nie mógł jej przyjąć. Nie zgadzał się z nim do końca.
Runął plecami na miękki materac, po czym westchnął. Wyciągnął przed siebie rękę, skupiając na niej spojrzenie.
- Gdyby tylko istniał jakiś sposób... - szepnął, formując dłoń w piąstkę.
Przewrócił się na lewy bok, przygryzając dolną wargę.
- Z pewnością jest. - zamknął oczy, starając się choć odrobinę uspokoić myśli.
Był zdziwiony swoją determinacją, związaną z chęcią zmiany. Nienawidził w sobie bezsilności, która boleśnie ukazywała mu się na każdym kroku. Nie mógł nic zrobić. Nic, co chciałby uczynić. A na pewno  nie samodzielnie. Nie mógł tak już dłużej. Nie w momencie, kiedy życie jego i jego bliskich było wyraźnie zagrożone. Liam już odszedł. Seth nie potrafił sobie tego wybaczyć.
Z czasem jego oddech trochę się uspokoił. Leżąc tak w bezruchu, wreszcie zdołał zasnąć.
Do jego uszu dotarła cicha melodia. Dźwięk, który przywoływał mu na myśl dzieciństwo, te dobre wspomnienia. W obawie, że kiedy tylko się poruszy, wszystko umilknie, po prostu leżał w bezruchu.
Nie wiedział, ile czasu minęło. Nie obchodziło go. W głowie przewijały się mu same pozytywne obrazy. Nie chciał tego przerywać.
Z czasem zaczął odczuwać lekki chłód. Podobne uczucie do tego, które towarzyszyło mu w  trakcie przebywania w otchłani własnego umysłu, kiedy to został tam wepchnięty przez Sartaela. Chcąc, nie chcąc, otworzył oczy, szybko podnosząc się do siadu, a następnie rozejrzał się po pokoju, w którym się znajdował. Nie znał tego miejsca. Pomieszczenie zachowane raczej w ciemniejszych barwach, którego wyposażenie ograniczało się do niewielkiego, drewnianego łóżka, na którym leżał Seth, jakiejś komody i czarnego biurka, do którego dosunięte było krzesło.
Lekko zmarszczył brwi na myśl, że znowu przeniósł się w jakieś dziwne miejsce, którego ani trochę nie kojarzył. Zszedł z łóżka, a następnie poszedł do drzwi, które, jak się okazało, były zamknięte.
- Co jest...? - nie przestawał szarpać za klamkę. Nieco się poddenerwował.
Raz jeszcze rzucił okiem po pokoju, a kiedy nagle przed nim pojawiła się ciemna postać, krzyknął, wzdrygając się przy tym.
Wziął spory wdech, a następnie posłał zirytowane spojrzenie Sartaelowi, który wyglądał, jakby dobrze się bawił.
- Czy zawsze musisz pojawiać się tak nagle? Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia? - spytał, zakładając ręce na klatce piersiowej.
- Myślę, że przebywanie w miejscu takim, jak to, jest wystarczającym znakiem, iż za chwilę się pojawię. - wyjaśnił z uśmiechem.
- Czyżby? - burknął pod nosem, po czym ruszył w stronę łóżka, by klapnąć na jego krawędzi. Gdy to zrobił, cicho westchnął i na nowo skierował spojrzenie na Sartaela.
Cień wyglądał, jakby czegoś nie rozumiał.
- Dlaczego jesteś taki zdziwiony? - spytał Seth, unosząc brwi. Sartael nigdy nie sprawiał wrażenia zaskoczonego. Zawsze wydawał się być kimś, kto spodziewa się wszystkiego, znając przy tym powód zaistnienia danej sytuacji.
- Cóż, sam do mnie przyszedłeś. - przerwał na chwilę, by w czasie jej trwania zająć miejsce przy biurku. - Po naszej ostatniej rozmowie stwierdziłem, że zbyt szybko się nie spotkamy.
- Powiedzmy, że dzisiejszy dzień był serią zaskoczeń i negatywnych wrażeń. - spuścił wzrok, splatając ze sobą dłonie. Zaczął się nimi bawić, zastanawiając się, dlaczego tak właściwie tutaj przyszedł. Czy to było to, czego tak naprawdę pragnął? Rozmowa z Sartaelem? - Zapewne wiesz o wszystkim, co mnie spotkało.
- Poniekąd tak. W końcu dzielimy umysł, choć jeszcze nie mam do niego pełnego dostępu. - wyznał szczerze, po czym spoważniał i posłał szatynowi pewne spojrzenie. - Pragniesz zemsty na ludziach z Uroboros. Masz teraz idealną okazję na odwet, jednak nie możesz nic zrobić, bo jesteś bezsilnym człowiekiem. - te słowa były niczym mocny cios w twarz dla Setha. Był wszystkiego świadom, jednak kiedy słyszał to od kogoś innego, z automatu na nowo zaczynał odczuwać tę paskudną bezsilność. Bo to była prawda, a on nie był w stanie przekształcić jej w kłamstwo.
Spuścił głowę w dół, przygryzając wargę, która swoją drogą zdążyła już lekko spuchnąć.
- Ale... to nie oznacza, że już zawsze musisz taki być. - Sartael uśmiechnął się w dziwny sposób.
Seth momentalnie podniósł łebek i spojrzał na siedzącego przed nim szatyna. Lekko rozdziawił buzię, chcąc coś powiedzieć, jednak nie mógł nic zrobić.
Nie przesłyszał się. Była szansa na zmianę.
- Co dokładnie masz na myśli...? - spytał, niepewny tego, czy oby na pewno chce wiedzieć.
Sartael odsłonił rząd białych, prostych zębów. Po plecach Setha momentalnie przeszły dreszcze.
- Mogę dać ci siłę. - powiedział, nie przerywając kontaktu wzrokowego z nastolatkiem. - Sprawić, że nie będziesz potrzebować pomocy innych. Sam o siebie zadbasz. Tego pragniesz, czyż nie?
Seth przełknął ślinę. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Prawda, chciał tego, o czym mówił cień, jednak... nie ma mowy, aby mógł to osiągnąć tak po prostu. Musiał być jakiś haczyk.
- Wahasz się. - stwierdził Sartael, patrząc na mocno zbitego z tropu nastolatka.
- T-to przecież oczywiste... - zająkał się, nerwowo przeczesując włosy. - Nie wiem, czego się po tobie spodziewać...
Sartael skinął głową.
- Jeśli nie wierzysz, że mówię prawdę, może powinienem ci przypomnieć o tym, jak jakiś czas temu miałeś dość porządnie wyostrzony węch? - wspomniał, na co Seth spiął ramiona. To była prawda. - Albo sytuacja, kiedy w swojej obronie zabiłeś tamtą trójkę. - na myśli miał narkomanów, którzy chcieli zabić szatyna. - Nie czułeś wtedy dziwnego napływu siły? Że byłeś aż za szybki, jak na człowieka? - przechylił głowę na bok, unosząc jedną brew. - Mogę sprawić, że będzie jeszcze lepiej. Dzięki temu już więcej nie będziesz zależny od innych. A przynajmniej nie w kwestii siły i obrony.
Seth wyprostował plecy, jednocześnie nabierając sporo powietrza do płuc. Chwilę później wypuścił wszystko nosem, jednak nawet po tym nic nie powiedział. Po prostu siedział w ciszy, tocząc zaciętą walkę we własnym umyśle.
Czy oby na pewno powinien działać pod wpływem impulsu?
Czy słusznym było  nazywać jego pragnienia impulsem?
W końcu różniły się one od typowego kaprysu.
- Czas leci, Seth. - zaznaczył Sartael, coraz bardziej chcąc poznać odpowiedź chłopaka.
Szatyn spojrzał na swój cień spod byka, lekko mrużąc oczy.
Jaka odpowiedź będzie dobra?
Dobro to też pojęcie względne. Nie zawsze musisz być dobry dla innych. Czasem bądź taki dla siebie i tylko dla siebie samego.
- Czasem musisz być egoistą. - powiedział sam co siebie, nie odrywając wzroku od podłogi.
- Hm? - mruknął Sartael, układając usta w prostą linię. Nie zdołał usłyszeć tego, co powiedział szatyn, lecz widząc determinację i mnóstwo innych emocji malujących się na jego twarzy, trochę się ucieszył. Czyżby chłopak był gotów?
W momencie, kiedy Seth uniósł głowę i spojrzał na swój cień, wszystko stało się jasne.
- Czego oczekujesz w zamian, Sartaelu?
~~~
W Mysterious Rises sytuacja wydawała się niebywale napięta. Grupa wampirów strzegła granicy miasta, kontrolując, czy nie zbliża się nikt niepożądany, a konkretnie: żaden z członków Uroboros. Parę wampirów pilnowało porządku w mieście. Większość nie była zadowolona z tego faktu, lecz skoro Vior obiecał to Sethowi, nie mógł nagle zmienić zdania, bo innym coś nie pasowało. Chciał się wywiązać ze złożonej wcześniej obietnicy.
Grupa Viora składała się co prawda z niewielu wampirów, jednak bazując na sile każdego z nich, byli niebywale potężną drużyną. Bez problemu poradziliby sobie z większą ilością przeciwników. Tego w sumie Vior oczekiwał. Mnóstwa członków Uroboros. Chciał im pokazać, że nie mają co się mierzyć z potęgą pierwszych wampirów. Że ich metody nigdy nie będą za nic w świecie popierane.
Brunet wiedział, co o tym wszystkim sądził Seth. Domyślał się, że chłopak chciał tutaj być i jakoś pomścić śmierć przyjaciela. Niestety rzeczywistość była brutalna i Vior, mimo iż nie chciał, musiał przypomnieć o niej szatynowi, nawet jeśli było to dość niemiłe. Odesłanie do bazy z pewnością nie ucieszyło Setha, ale co innego mu pozostało. W obecnej sytuacji byłby jedynie kulą u nogi.
Do wieczora nie wydarzyło się nic. Jedynie od czasu do czasu ktoś dawał znaki, iż Uroboros jest coraz bliżej, ale koniec końców nie doszło do żadnej konfrontacji. Wyglądało to tak, jakby członkowie organizacji na coś oczekiwali.
Vior powoli zaczął wątpić, iż w ogóle do czegokolwiek dojdzie. Widząc zniecierpliwienie ze strony swoich towarzyszy, postanowił ich odesłać. Został sam, lecz nie na długo. Po pewnym czasie dołączyła do niego Lydia, która opowiedziała, jak zachowywał się Seth.
- Tak podejrzewałem. - westchnął brunet, po czym posłał rudowłosej niewielki uśmiech. - Mam nadzieję, że nie jesteś przez to na niego zła.
- Nie jestem. - wyznała szczerze, kręcąc głową. Zaraz po tym oparła się plecami o tablicę z nazwą miasta, nieco poważniejąc. - A to dlatego, że doskonale rozumiem jego zachowanie. - zmrużyła oczy. - Po śmierci Aidena zachowywałam się niemal identycznie. - wzruszyła ramionami, uśmiechając się w stronę Viora. - To bardzo naturalne.
~~~
Podczas kiedy ta dwójka rozmawiała ze sobą na temat Setha, w domu Susan panowała martwa cisza. Zielonowłosa zauważyła, iż pod jej domem kręciła się dziwna osoba, lecz kiedy próbowała dowiedzieć się czegokolwiek od mamy, była zbywana. Zupełnie jakby nie mogła się tego dowiedzieć.
Dziewczyna raz jeszcze podwinęła rękawy bluzy, by rzucić okiem na ręce, które jeszcze nie tak dawno były niezwykle poranione. Teraz po cięciach nie było nawet najmniejszego śladu. A to wszystko za  sprawą magicznej, leczniczej właściwości wampirzej krwi.
Nie chcąc dłużej na to patrzeć, opuściła rękawy i usiadła na łóżku. Nic innego jej nie pozostało.
Domu Jane i Andy'ego również pilnował jeden wampir. Kobieta co prawda protestowała, gdyż doskonale znała swoje możliwości i miała pewność, iż wystarczą one w zupełności do poczucia bezpieczeństwa, lecz widząc zawziętość Viora w tej kwestii, wreszcie się poddała.
Tak, jak pragnął Seth. Jego bliscy byli pilnowani. Nie było mowy, aby ktokolwiek ucierpiał.
Prawda?
~~~
Viora wyrwał z rozmyślań charakterystyczny szelest, dobiegający z oddali. Posłał Lydii pewne spojrzenie, a następnie zwrócił się w stronę, z której dobiegły kroki zbliżających się ludzi. Gdy w oddali zauważył zarys trzech sylwetek, zmrużył oczy. To byli oni. Uroboros.
Zbliżali się powolnym krokiem, jakby zupełnie nie zależało im na czasie. Wreszcie, kiedy znaleźli się w odległości paru metrów, zatrzymali się. Wampir przyglądał się nowoprzybyłym w ciszy, dokładnie lustrując sylwetkę każdego z nich.
Trzech mężczyzn. Każdy z nich to człowiek. Nie sprawiali wrażenia jakoś specjalnie potężnych, lecz jak to mówią, nie ocenia się książki po okładce.
Pierwszy z nich był wysokim brunetem o pewnym spojrzeniu złotych oczu, których źrenice momentami przypominały te węża czy innego gada. Coś było z nim nie tak. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, w przeciwieństwie do pozostałych.
Mężczyzna stojący po środku, o włosach podobnych do kolegi obok, nawet nie ukrywał swojej nienawiści. Spoglądał na dwójkę wampirów z pogardą, co wyraźnie irytowało Viora. Wyglądał na lidera. Do tej myśli przekonywało pewne spojrzenie mężczyzny, mimo wyraźnej różnicy w sile między nim, a obecnymi wampirami.
Trzeci i zarazem ostatni mężczyzna nie wyróżniał się jakoś specjalnie. Jedyne, na co Vior zwrócił uwagę, to oczy. Miał martwe spojrzenie. To było bardzo niepokojące.
Żaden z nich nie wyglądał na jakoś wybitnie silnego. Jedynie wzrost mężczyzny o oczach węża wykraczał poza skalę przeciętności, jednak pomijając ten jeden atut, nie było kompletnie nic, co mogłoby zaniepokoić Viora.
- Ładny dziś dzień, nieprawdaż? - spytał lider nowoprzybyłych, na co Lydia wywrociła oczami.
- Błagam, daruj sobie te teksty niezwykle opanowanego bohatera i powiedz, czego tu szukasz, John. - powiedziała dziewczyna z wyraźnymi nerwami w głosie. Ledwo, co nad sobą panowała.
Vior uniósł brwi po usłyszeniu tego imienia.
Czy to mógł być ten mężczyzna, o którym wcześniej wspominał Seth?
I czy rzeczywiście mógł odpowiadać za śmierć Liama?
Pytania nie dawały spokoju wampirowi, lecz nie mógł on tak po prostu o to spytać. Byłby to bardzo niewłaściwy krok. Musiał sam do tego dojść.
- Stałaś się bardzo prawna siebie, Lydio. - John uśmiechnął się szyderczo, a następnie spojrzał na stojącego obok bruneta. - Jak wygląda sytuacja, Isaac?
Kolejne imię, które kojarzył wampir. Aż  poczuł się winny przez fakt, iż nie było  tutaj Setha. Chłopak z całą pewnością ucieszyłby się na wieść, że jego znajomy żyje i ma się dobrze.
Ale... fakt, iż był z wrogiem, nie świadczył najlepiej.
- Wszyscy zieloni. - odpowiedział od razu, na co Vior zmarszczył brwi.
O czym on plecie? - pomyślał, patrząc niepewnie na rudowłosą dziewczynę stojącą tuż obok.
Lydia, widząc pytające spojrzenie Viora, zbliżyła się do wampira, by po chwili wyjaśnić mu słowa Isaaca. Gdy Vior poznał prawdę, uchylił wargi ze zdziwienia. Nie  spodziewał się, że ktoś taki mógłby istnieć. Raz jeszcze spojrzał na oddalonego bruneta, by następnie skierować ślepia na Johna.
- Więc to tak działa ta wasza organizacja? Zabijacie każdego, kto wam się sprzeciwi? Nawet niewinnych ludzi, którzy nie mają z naszym światem kompletnie nic wspólnego? - spytał Vior, zakładając ręce na klatce piersiowej. Po chwili jednak coś odwróciło jego uwagę. Nie chciał dać tego po sobie poznać, dlatego pozostał niewzruszony, choć mimo wszytko nie mógł wyzbyć się pewniej, ważnej myśli. Liczył na to, że nie było nic po nim widać.
- Mylisz się. Ten chłopak miał szansę przeżyć, ale cóż. - wzruszył ramionami, co niezmiernie zirytowało Lydię. - Decyzja Setha go zabiła. Gdyby z nami został i nie  próbował opierać się temu, co jest jego przeznaczeniem, obecna rozmowa nawet nie miałaby miejsca.
Vior westchnął pod nosem.
- Tym sposobem potwierdziłeś moje myśli. - oznajmił, po czym zmrużył oczy. Teraz  nie wahał się przed niczym. Isaac, widząc to, raz  jeszcze użył swojego nietypowego spojrzenia, by określić ich sytuację.
- Jesteś pomarańczowy, John. - powiedział normalnym tonem. Nie było  co szeptać. W końcu ich przeciwnikami były wampiry.
Trzydziestolatek uśmiechnął się w taki sposób, jakby zaistniała sytuacja go cieszyła. Vior nie mógł pojąć jego toku rozumowania.
~~~
Susan starała się zasnąć, lecz ze względu na natłok myśli, nie mogła tego zrobić. Wszystko spotęgował moment, kiedy z zewnątrz zaczęły dobiegać specyficzne dźwięki. Z westchnieniem podniosła się z łóżka, by następnie podejść do okna. Mężczyzna, który od dłuższego czasu stał pod jej domem, bardzo energicznie rozmawiał o czymś z jej mamą i jeszcze inną osobą. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, co takiego się dzieje. Gdzie wywiało Setha i dlaczego nie dawał żadnego znaku życia? Sam mówił, że jej nie opuści, więc dlaczego teraz go z nią nie było? Zielonowłosa postanowiła skorzystać z chwili nieuwagi opiekunów i wyszła z pokoju, od razu kierując się do wyjścia. Stojąc przed drzwiami frontowymi, słyszała zbliżającą się do nich mamę. Gdy usłyszała część rozmowy, aż coś się w niej zagotowało.
Ten potwór, który zabił Liama, wrócił tutaj.
~~~
Vior nawet nie zdążył zareagować, jak John w tempie błyskawicznym wyjął pistolet i strzelił prosto w niego. Dostał w lewe ramię i aż syknął z bólu. Pociski zawierały coś dziwnego. Prawdopodobnie trucizna. Nie chcąc pozwolić mężczyźnie na nic więcej, ruszył prosto na niego.
Coś go niepokoiło. Dlaczego ci ludzie byli tacy pewni siebie? Przecież mierzyli się z jednym z najpotężniejszych wampirów.
Nie zdołał się zbytnio zbliżyć do bruneta. Strzelał on niezwykle szybko i celnie, dlatego wampir musiał się starać, aby nie dostać.
Informacje, które wcześniej Sartael wyjawił Sethowi, były zwykłym kłamstwem. Wampiry nie były nieśmiertelne.
Lydia nie chciała być ciężarem, dlatego postanowiła się zbliżyć do mężczyzny od innej strony. Zapomniała o ważnej kwestii. John nie był sam. Dziewczyna nawet nie miała okazji się nim zająć, gdyż naprzeciw niej pojawił się mężczyzna o martwym spojrzeniu, błyskawicznie biorący zamach długim ostrzem. Wampirzyca musiała odskoczyć do tyłu, aby nie zostać zranioną.
Dlaczego ci ludzie byli tak sprawni i szybcy? Przecież byli tylko ludźmi.
Bronie, którymi się posługiwali, nie były normalne. Coś z nimi zrobili. Vior wyczuł to w ich zapachu. Nie mógł jednak stwierdzić, co konkretnie było z nimi nie tak. Nie miał nawet jak się na tym skupić, gdyż bez  przerwy musiał unikać szybkich strzałów z pistoletu Johna.
Teraz wampir zrozumiał, dlaczego czuli się oni tak pewnie. Nie byli tacy słabi, mimo stwarzanych pozorów.
Vior popełnił błąd, odsyłając swoich towarzyszy.
~~~
- Susan? - matka dziewczyny lekko uchyliła drzwi od jej sypialni, lecz kiedy weszła do środka, przeżyła niemałe zdziwienie. W środku nikogo nie było. Błyskawicznie podbiegła do okna, a kiedy w odpowiednim miejscu ujrzała wysłanego przez Viora wampira, zmieszała się jeszcze bardziej. Niemal biegnąc, sprawdzała każde pomieszczenie w domu. Śladu po Susan nawet nie było.
~~~
Lydia wzięła duży zamach, uśmiechając się zwycięsko, lecz na jej nieszczęście, nic z tego nie wyszło. Przeciwnik błyskawicznie oddalił się od dziewczyny na odpowiednią odległość, zasłaniając się sztyletem.
Dziewczyna nie mogła nic zrobić. Aby załatwić tego faceta, musiała się do niego zbliżyć, a to było nie lada wyzwaniem.
Vior również nie wyglądał na zbyt zadowolonego ze swojej sytuacji. Nie mógł się zbliżyć do Johna. Nic mu nie pomagało.
Rudowłosa w pewnym momencie dostała w ramię, lecz nie wyglądało to tak, jakby jej przeciwnik był silniejszy. Bardziej, jakby celowo dała się zranić. Upadła na ziemię, krzywiąc twarz z bólu. Członek Uroboros błyskawicznie znalazł się tuż nad nią, od razu kierując ostrze sztyletu na jej pierś. Nim zdążył ją dźgnąć, zareagowała, sypiąc piachem prosto w jego twarz. Następnie zepchnęła go z  siebie i już miała skończyć tę walkę, lecz coś jej przerwało. Mimowolnie wytrzeszczyła oczy, kiedy mężczyzna, z którym mierzyła się przez ostatnią dłuższą chwilę, padł na ziemię martwy.
- Co do...? - powiedziała pod nosem, nie ukrywając zaskoczenia. Skierowała spojrzenie na Viora, który wyglądał na równie zaskoczonego, co ona. Nawet John zaprzestał strzelać i spojrzał niepewnie na Isaaca.
Rudowłosa zbliżyła się do ciała byłego przeciwnika, dokładnie je lustrując. W jego szyi tkwił ostry kawałek jakiegoś żelastwa.
Vior skorzystał z chwili zamieszania i szybko unieszkodliwił Johna, wykręcając mu rękę, w której trzymał pistolet, nim zdążył on w jakikolwiek sposób zareagować.
Do Isaaca podeszła Lydia, lecz widząc jego obojętność wypisaną na twarzy, nawet nie podjęła się próby unieszkodliwienia go.
W końcu Vior utwierdził się w swoim przekonaniu. W momencie, kiedy z lasu wyłoniła się znajoma osoba, wszystko stało się jasne, ale zarazem niepokojące.
- Seth. - wampir zmarszczył brwi. Przez chwilę pozostał w ciszy, jedynie patrząc na twarz nastolatka. Nie miał pewności, iż był to właśnie on.
- To ja. - odpowiedział, po czym przełknął ślinę. Skierował spojrzenie na zwłoki mężczyzny, którego chwilę wcześniej zabił. Zrobił dokładnie to, co tamtemu ćpunowi. Uszkodził punkt witalny na szyi.
Ale koniec końców nadal nie mógł zaakceptować faktu, iż odbierał komuś życie. Nawet jeśli ten ktoś na to zasługiwał.
- To w stu procentach ty? Nie działasz pod wpływem namowy Sartaela, jak to było ostatnim razem? - Vior nie ukrywał swoich podejrzeń.
- Nie. - odpowiedział z uśmiechem, kręcąc głową. Uśmiech jednak szybko zniknął z jego twarzy, gdyż oczy przepełnione nienawiścią spoczęły na twarzy Johna. - Spytam wprost: czy śmierć Liama to twoja sprawka?
Vior pomyślał, że nie było najmniejszej możliwości, aby człowiek był w stanie rzucić ostrzem z taką siłą, znajdując się tak daleko. Bo Seth, kiedy to zrobił, stał w lesie.
On nie mógł tego zrobić...
Vior przeraził się na tę myśl.
- A jak myślisz? - odpowiedział John z dumnym uśmiechem. - Widzę, że korzystasz z pomocy pewnego kogoś. Cieszę się. - zaśmiał się na głos, nie ukrywając zadowolenia. - Powinieneś to zrobić na początku i z nami zostać, a twoi bliscy nie musieliby cierpieć. - uniósł dumnie głowę.
- Więc to ty. - zmrużył oczy, poważniejąc. Już wziął zamach ręką, dłoń formując w dziwny kształt, co wywołało spore zdziwienie u Viora, lecz nim zranił Johna, rzucił przelotne spojrzenie na Isaaca stojącego nieopodal. Coś go wtedy dotknęło. Opuścił rękę, oddalając się o parę kroków od tego potwora.
- Seth, coś ty zrobił? - Vior nie ukrywał nerwów. - Co ty tutaj robisz? Gdzie jest Noah? Powinien cię pilnować! - zmarszczył brwi. - To on odpowiada za ten rzut, prawda? - skinął głową na ciało leżące kawałek dalej.
Szatyn ułożył usta w prostą linię.
- Noah pewnie niedługo do nas dołączy. Zapewne szybko zauważył moje zniknięcie. - spuścił łebek w dół.
John raz jeszcze zaśmiał się na głos, lecz tym razem uciszył go Vior, mocnym uderzeniem w tył głowy.
- Seth, błagam, powiedz, że żartujesz. - wampir pokręcił głową. - Że nie poprosiłeś Sartaela o pomoc.
Chłopak pozostał cicho.
- Dlaczego? Czyż nie mówiłem ci, jak ogromnym jest on dla ciebie zagrożeniem? Już nie pamiętasz, do czego doprowadził?
- Wiem. - odpowiedział chłopak, patrząc w dół.
Isaac nagle się wyprostował. Już miał ruszyć w stronę szatyna, lecz powstrzymała go od tego Lydia. Dziewczyna mocno kopnęła go w nogę, na wskutek czego poleciał on na ziemię. Syknął z bólu, podnosząc się do siadu.
Seth zareagował na to.
- Isaac. - powiedział cicho, patrząc na bruneta. - Jesteś cały. - nieświadomie się uśmiechnął.
Lydia nagle zaczęła rozglądać się na boki.
- Ktoś tu idzie. - powiedziała, po czym spojrzała na Viora, który na tę informację skinął głową.
Seth niezrozumiale zmarszczył brwi gdy w oddali ujrzał znajomą sylwetkę. Posłał wampirowi poddenerwowane spojrzenie
- Czy Susan nie miała mieć opieki? - zacisnął dłonie w pięści.
- Tak też było. - rzekł Vior, patrząc na zbliżającą się dziewczynę. Dopiero po chwili spostrzegł, że trzymała ona w ręce nóż. Oczy miała wlepione w czubki swoich butów.
- Susan? - powiedział Seth nieco głośniej, chcąc, aby dziewczyna zwróciła na niego uwagę.
Zielonowłosa powoli uniosła głowę, a następnie skierowała spojrzenie na przyjaciela. Chciała się uśmiechnąć, lecz nie potrafiła tego zrobić. W ciszy podeszła do szatyna.
Seth zobaczył nóż w lewej dłoni dziewczyny.
- Po co ci to? - spytał, marszcząc brwi. - Dlaczego tu jesteś? To niebezpieczne. Powinnaś być w domu.
- Podsłuchałam rozmowę mamy. - zaczęła beznamiętnym tonem. - To prawda, że jest tutaj ta osoba, która zabiła Liama?
Seth nie wiedział, co powiedzieć.
- Obecny. - wypalił John, na co Vior zareagował mocnym szarpnięciem. - No co? - zaśmiał się. - Ma prawo wiedzieć.
- To ty? - spytała dziewczyna jakby dla pewności, podchodząc bliżej mężczyzny. Wszyscy obserwowali ją w ciszy, będąc w pełnej gotowości. Nie bez powodu zabrała ze sobą nóż.
- Zgadza się. - odpowiedział szczerze, nie zdejmując uśmiechu z twarzy. To było najgorsze. Wyglądał, jakby był niezwykle dumny z tego, co zrobił.
Susan zignorowała to. Jedynie skinęła głową.
- W porządku. - rzekła ze spokojem.
Lecz nie było nic bardziej mylnego. To była tylko chwila, jak uniosła rękę, w której trzymała nóż, krzycząc przy tym. Od razu się zamachnęła, ostrze kierując na klatkę piersiową zadowolonego mężczyzny. Seth na szczęście zdążył w ostatniej chwili. Odciągnął ją w porę, dzięki czemu nóż zdołał jedynie lekko drasnąć Johna.
- Puść  mnie, Seth! - krzyknęła, wierzgając się na boki.
Chłopak pchnął dziewczynę do tyłu, jednak ta jak na złość, na nowo ruszyła w stronę Johna. Seth zastawił jej drogę, czego pożałował, gdyż dostał mocnego kopniaka w piszczel. Nie dał jednak za wygraną. Ponownie załapał dziewczynę za rękę i, tym razem z większą siłą, odrzucił ją do tyłu.
W tym czasie Vior trochę się zdekoncentrował, z czego skorzystał John. Wyszarpnął rękę, w której trzymał pistolet, palec wskazujący od razu kierując na spust. Już na niego naciskał, kiedy wampir na nowo chwycił jego rękę, wykręcając ją w dziwny sposób.
Tym razem stało się.
Mężczyzna nacisnął spust, nim ktokolwiek zdążył zareagować.
W okolicy rozległ się głośny dźwięk wystrzału.
Lewe ramię Setha rozdarł przeraźliwy ból. Impet strzału pchnął go w tył, okręcając jego ciało tak, że niezwłocznie runął na twardą ziemię, mocno uderzając o nią tyłem głowy. Jakimś cudem zdołał usłyszeć ponowny, tym razem stłumiony wystrzał z pistoletu, lecz nie miał siły sprawdzić, kto dostał. Czy w ogóle ktokolwiek dostał. Ledwo odchylił głowę w tył. Obraz zaczynał mu się ściemniać.
Ostatnim, co zobaczył, była Susan, bezwładnie padająca na ziemię kawałek dalej.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic