czwartek, 30 marca 2017

"Shukuteki" - Rozdział 13

Shukuteki


Gatunek: Yaoi, Szkolne.
Numer rozdziału: 13.
Autor: Chizu Chan. 

 




Momentalnie wryło mnie w ziemię. I nie, nie było to wynikiem słów, które skierował w moją stronę, bo szczerze miałem gdzieś, jak mnie nazywał. Sam nie wiem dlaczego zareagowałem w taki sposób. Chyba po prostu doświadczyłem stanu szoku. Nie spodziewałem się go tutaj zobaczyć.
Przypomniałem sobie, w jaki sposób zwracał się do starszego od siebie mężczyzny, który dodatkowo był jego sąsiadem, i aż się we mnie zagotowało. Ten bezczelny dzieciak naprawdę mnie wkurzał. I to samą swoją facjatą.
Nie odpowiadając mu, prychnąłem pod nosem, a następnie obróciłem się na pięcie i ruszyłem przed siebie. Na moje nieszczęście, Yoon Jae dorównał mi kroku i podążał tuż obok mnie, z tym swoim chytrym uśmieszkiem na twarzy.
- Dokąd się wybierasz, pedałku? - spytał, nie zdejmując z gęby zadowolenia nawet na sekundę.
- Kurcze, nie wiem. Gdzie mogę iść w trakcie trwania zajęć, znajdując na terenie uniwersytetu, którego jestem uczniem. - uniosłem jedną brew, sztyletując go spojrzeniem. Spędziłem z nim tylko chwilę, a naprawdę miałem go dość.
Wcześniej nie miałem okazji mu się przyjrzeć, bo pomijając fakt, iż było wówczas ciemno, to przez irytację wywołaną jego sposobem odzywania się bez szacunku do osób, którym ten szacunek się należał, naprawdę nie miałem ochoty na niego patrzeć.
Teraz, chcąc nie chcąc, musiałem to zrobić, bo przecież ten natręt nie chciał mi dać spokoju.
Yoon Jae był Koreańczykiem w pełnej okazałości. Był ode mnie wyższy, co akurat nie powinno nikogo zadziwiać, oraz szerszy w ramionach, co również było rzeczą normalną. Prócz tego posiadał ładny uśmiech, który zdobił szereg jasnych, prostych zębów, czego, rzecz jasna, przyznanie przyszło mi z trudem. Miał duże, ciemne oczy, na które opadały niesforne kosmyki lekko pofalowanych, kasztanowych włosów.
Zasrany pudel.
On mi naprawdę działa na nerwy. I to jeszcze bardziej, niż Ryou.
Momentalnie zatrzymałem się w miejscu, a na moją twarz wdarło się rozczarowanie zmieszane z bólem. Naprawdę nie chciałem teraz myśleć o tym blond-pacanie. Mimo wszystko słowa, które jakiś czas temu wypowiedział do swoich zidiociałych przyjaciół, nadal sprawiały mi ból. Bo tu nie chodziło o byle co. To nie było żadne udawanie przyjaciół czy chociaż głupi pocałunek. On się ze mną przespał. Wykorzystał mnie.
A ja głupi myślałem, że naprawdę coś jest na rzeczy.
Uśmiechnąłem się kącikiem, będąc rozbawionym swoją głupotą i naiwnością, a następnie uniosłem głowę i momentalnie zmarkotniałem. Zapomniałem, że byłem w towarzystwie tego pudla. Ale chociaż pocieszę się tym, że tej chwili wyglądał on całkiem podobnie do mnie.
Dobra, to chyba jednak żaden powód do radości.
- Wszystko w porządku? - spytał łagodnym tonem, co mnie trochę dziwiło, ale na całe szczęście nie dałem tego po sobie poznać.
- W jak najlepszym. - przewróciłem oczami, a następnie ruszyłem przed siebie, kierując się na salę wykładową, w której powinienem się znajdować od jakichś dziesięciu minut.
Całkiem zapomniałem o kubku kawy, który trzymałem w dłoni. Przystawiłem go do ust, po czym zasmakowałem gorzkiej cieczy, lekko marszcząc brwi. No tak, zapomniałem posłodzić. Nie pierwszy raz zresztą.
Po dotarciu na zajęcia, cicho usadowiłem się na miejscu, gdzie szybko dopiłem niedobrą kawę, a następnie wyjąłem telefon z tylnej kieszeni spodni, gdyż poczułem wibracje. Dostałem jakąś wiadomość. Wyświetliłem ją, nie patrząc wcześniej, kto był jej adresatem, a kiedy wreszcie przeczytałem treść, głośno uderzyłem pięścią w stół, zwracając tym na siebie uwagę wszystkich obecnych. Przeprosiłem profesora skinięciem głowy, chowając z powrotem telefon do kieszeni. Do samego końca siedziałem jak na szpilkach. W głowie cały czas powtarzałem sobie treść tej wiadomości.

Od: Ryou
Shun, możemy się spotkać i pogadać? Błagam Cię o to. Naprawdę mamy sporo do wyjaśnienia.

Nie chciałem się z nim widzieć. Wiedziałem, że to nie przyniesie nic dobrego, ale mimo to jakaś głupia część mnie sprawiała, iż naprawdę miałem chęć mu odpisać: dobrze, możemy się zobaczyć i pogadać.
Nie, nie możemy.
Nim zajęcia dobiegły końca, spakowałem się i opuściłem salę wykładową, zbierając tym kilka ciekawskich spojrzeń, lecz zignorowałem je i, kiedy znalazłem się na korytarzu, głośno westchnąłem. Oparłem się o ścianę i odchyliłem głowę do tyłu, bezwładnie opuszczając ręce wzdłuż ciała.
Nad czym ja się jeszcze zastanawiam? Kiedy stałem się taki niepewny? To do mnie przecież nie pasuje. Muszę jak najszybciej się ogarnąć.
Niepewnym ruchem wysunąłem komórkę z kieszeni, a następnie uniosłem ją dostatecznie wysoko, aby widzieć wszystko, co znajdowało się na jej ekranie. Napisałem krótką wiadomość do osoby, która wcześniej poprosiła mnie o spotkanie i ją wysłałem, następnie chowając telefon.

Do: Ryou
Nie.

Odetchnąłem z ulgą, szczerze ciesząc się ze swojej decyzji. Nie czekając na nic więcej, ruszyłem korytarzem w stronę klatki schodowej, którą pokierowałem się na sam dół, a następnie do wyjścia. Stojąc na świeżym powietrzu, nabrałem większą ilość powietrza do płuc, by po chwili głośno je wypuścić.
- Naprawdę jest z tobą źle, pedałku. - usłyszałem nagle, przez co zwróciłem się w stronę autora tych słów.
Eh, znowu on.
- Czego chcesz? - warknąłem, lecz po chwili uspokoiłem się, zdając sobie sprawę, iż zbyt przesadnie reaguję. - Śledzisz mnie? - uśmiechnąłem się niemrawo, patrząc na chłopka spod byka.
- No przecież. - przewrócił oczami, poprawiając ucho od torby, gdyż zaczęła mu ona zjeżdżać z ramienia. - Można z ciebie czytać, jak z otwartej księgi. - spojrzał na mnie z politowaniem. - A mimo to za wszelką cenę starasz się ukryć wszelkie uczucia. Współczuję ci.
Mimowolnie zacisnąłem dłonie w pięści.
- Nic ci do tego. - spuściłem wzrok, odwracając się tyłem do chłopaka.
- O tym mówię. - usłyszałem kroki. Zapewne zaczął zmierzać w moją stronę. Już po chwili stał obok mnie i mierzył mnie tym swoim pewnym spojrzeniem, co w pewnym stopniu mnie niepokoiło. Nie wiedzieć czemu, nie chciałem znajdować się w jego towarzystwie. Czułem się przy nim jeszcze mniej pewnie, jak przy...
Ryou.
Rozdziawiłem buzię, zastanawiając się, czy to, co widzę, jest prawdziwe, czy może jest najzwyklejszym wynikiem mojej wyobraźni.
Blondyn szedł w moją stronę, patrząc prosto w moje oczy, co ja, oczywiście od razu, odrzuciłem. Jakoś nie miałem ochoty na niego patrzeć.
- To, co robisz, jest głupie. - kontynuował Yoon Jae, prawdopodobnie nie zauważając nadchodzącego Ryou. - Jaki jest sens w udawaniu za wszelką cenę twardego i niewzruszonego, kiedy w rzeczywistości coś cię boli?
Cicho westchnąłem, powoli zaczynając panikować. Spojrzałem na brązowowłosego chłopaka, który wydawał się nie ustępować. O co mu, do jasnej cholery, chodziło? Nawet mnie nie znał, więc skąd wiedział, że tylko udaję? Skoro nikt inny tego nie zauważał, dlaczego on już tak?
- Wiem, do czego zmierzasz, ale wybacz, nie skorzystam. - rzuciłem pod nosem, po czym raz jeszcze się obróciłem na pięcie i zacząłem szybko iść naprzód, w myślach błagając sam nie wiem kogo, aby Ryou dał sobie spokój i przestał za mną iść.
- Shun, zaczekaj! - krzyknął dobrze znanym mi tonem głosu, lecz ja, zamiast posłuchać, zacząłem biec przed siebie, jak skończony tchórz, którym w rzeczywistości byłem.
Bałem się tego, co nastąpiłoby w czasie naszego spotkania. Że wyszłoby, jak bardzo czuję się zraniony. Jak strasznie jest mi przykro z powodu tego, co się wydarzyło. A nie chciałem tego okazywać.
Zgadza się, wolałem wychodzić na obojętnego i niczym niewzruszonego człowieka. Yoon Jae się nie pomylił. Może i jestem głupcem, ponieważ decyduję się na udawanie kogoś, kim nie jestem, ale dobrze mi z tym. Dzięki temu maskowaniu się jakoś przetrwałem te wszystkie lata.
Cały ten okres cierpienia nie bolał mnie aż tak.
I ja miałem z tego zrezygnować na rzecz jakichś uczuć? Nie rozśmieszajcie mnie.
Biegnąc, nie zważałem na nic dookoła mnie. Sprawnie wymijałem ludzi, cały czas mając wrażenie, że Ryou podąża za mną. Ale tak nie było. Mimo to nie chciałem się zatrzymywać. Wdałem się w ucieczkę przed swoimi uczuciami, które z każdym kolejnym krokiem naprzód, znajdowały się jeszcze bliżej mnie.


"Shukuteki" - Rozdział 12

Shukuteki


Gatunek: Yaoi, Szkolne.
Numer rozdziału: 12.
Autor: Chizu Chan. 





Mimo iż początkowo byłem sceptycznie nastawiony do tego miejsca, z bólem muszę przyznać, że nawet mi się spodobało. I nie, nie było to przyczyną działania alkoholu, gdyż nie wypiłem ani kropli tego, co oferowali w barze czy też przypadkowi faceci, starający się mnie zaczepić. Koniec końców jestem rozsądną osobą. Muszę się pilnować. Naprawdę nie chciałbym się jutro obudzić obok jakiegoś nieznajomego typa, nie pamiętając kompletnie nic z poprzedniego wieczoru. A nie ukrywajmy, ludzie nieraz coś dosypują do drinków, a następnie je komuś podają.
Klub z zewnątrz wyglądał na typowe, pedalskie miejsce, głównie przez ten rażący po oczach róż i napis w kolorach tęczy, lecz wewnątrz było zupełnie inaczej. Pomieszczenia w kolorze ostrej czerwieni, ciemne kafle na podłodze i przede wszystkim wspaniałe oświetlenie, czyniły z tego klubu idealne miejsce na zabawę czy odstresowanie się. Aż się dziwię, że sam to przyznaję.
Co prawda nie uniknąłem dziwnych, w pewnym stopniu zalotnych spojrzeń, ale starałem się je ignorować, mimo że momentami miałem ochotę strzelić w gębę któremuś z tych facetów. Szczególnie w momentach, kiedy bezwstydnie patrzeli mi się na tyłek i nawet nie próbowali tego ukrywać. Aż traciłem wszelką chęć na dalszą zabawę, co i tak ograniczałem do minimum.
Hisato był moim zupełnym przeciwieństwem. I to mnie kompletnie zaskoczyło. Bo jakby to powiedzieć, chłopak na co dzień jest raczej typem poważnej osoby, a tutaj? Krótko mówiąc - wcześniej nie miałem okazji zobaczyć go takiego roześmianego. Nie wiem, czy to kwestia rozbawienia całokształtem, w sensie że perfidnie wyrywający go homoseksualiści, czy po prostu dobrze się bawił, ale wniosek był jeden. Czerwonowłosy z całą pewnością się nie nudził.
Kiedy tak obserwowałem tańczących ludzi, stwierdziłem, że sam chętnie bym do nich dołączył, ale... no cóż, samemu trochę głupio, a jestem zbyt drętwy, aby tak po prostu do kogoś podejść i zabrać do tańca. Zamiast tego, podniosłem tyłek z barowego krzesełka i udałem się do łazienki. Szczerze spodziewałem się najgorszego syfu, bo na imprezach niestety łazienki zazwyczaj nie wyglądały najlepiej, ale jakie to zdziwienie przeżyłem, kiedy po wejściu do wcześniej wspomnianego pomieszczenia, zastałem czystość i przede wszystkim pustkę.
Podszedłem do kranu, a następnie odkręciłem chłodną wodę. Przemyłem nią twarz, po czym zwróciłem spojrzenie na swoje odbicie w sporym, wiszącym nad umywalką lustrze. Pod moimi oczami standardowo gościły lekkie sińce, ale nie narzekałem na nie. W ciągu tych dziewiętnastu lat życia, zdołałem się już do nich przyzwyczaić. No i nie wydawało mi się, aby mnie szpeciły. Miałem wrażenie, że dodawały mi pewnego rodzaju barwy. Bo cóż, byłem niezwykle blady, co w połączeniu z moim chudym ciałem, często skutkowało podejrzeniami anoreksji u mojej osoby. A tutaj ludzie się mylili. Lubiłem siebie i na dodatek jadłem całkiem sporo, a że miałem dobrą przemianę materii, to już nie moja wina. Naprawdę nie miałem na co narzekać.
Chwilę tak stałem w miejscu, przypatrując się swojemu odbiciu, aż wreszcie z transu wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Zwróciłem głowę w stronę osoby stojącej w ich progu, a następnie spuściłem wzrok, widząc jakiegoś starszego mężczyznę, który ewidentnie był podpity.
Stwierdziłem, że błędem byłoby pozostanie w tym miejscu na dłużej, głównie przez tego mężczyznę, dlatego nic nie przeciągając, zakręciłem wodę i udałem się do wyjścia z łazienki. Kiedy mijałem mężczyznę w progu drzwi, trochę się obawiałem, że mnie zatrzyma czy coś, ale tylko się uśmiechnął, co chyba było tutaj standardem, a następnie wszedł w głąb pomieszczenia, zataczając się po drodze. Gdy znalazłem się na korytarzu i nic nie wskazywało, że zostanę gdzieś zaciągnięty, odetchnąłem z ulgą. Chyba przesadzałem.
Zauważyłem, że momentami zachowywałem się, jakby ci wszyscy homoseksualni mężczyźni byli diabłami wcielonymi, za wszelką cenę chcącymi zaciągnąć mnie w jakieś ustronne miejsce. A przecież tak nie było. Może powinienem wyluzować?
Wróciłem do głównej sali, gdzie znajdował się największy i jednocześnie najbardziej zapełniony parkiet, a następnie podszedłem do baru i zamówiłem jakiegoś słabszego drinka na początek. Kątem oka dostrzegłem, jak Hisato pomaga jakimś dwóm dziewczynom, które prawdopodobnie się o coś pokłóciły. Nieważne gdzie, chłopak jest sobą. Naprawdę go za to szanuję.
Gdy dostałem swojego drinka, z zawahaniem upiłem łyk zimnego napoju. Nie lubiłem alkoholu, ale raz na jakiś czas mogłem się napić. Na dodatek ten smakował jak uwielbiany przeze mnie deser Monte, dlatego nie narzekałem, tylko szybko wypiłem całą zawartość szklanki. Od razu zamówiłem kolejny, całkiem zapominając o swoim wcześniejszym postanowieniu.
Zastopowałem, kiedy spostrzegłem, że kończyłem opróżniać piątą szklankę, a od wzięcia pierwszej porcji minęło może dwadzieścia minut. No tak, mimo że w tego typu drinkach zawartość alkoholu jest niewielka, to i tak nie warto przesadzać. A ja to chyba zrobiłem.
Odłożyłem puste naczynie na blat baru, a następnie oddaliłem się w stronę parkietu. Niepewnie zacząłem poruszać się w rytm muzyki, co z czasem zaczęło wychodzić mi coraz lepiej. Przyznam, że nawet dobrze się bawiłem. Nawet przestałem zwracać na te wszystkie zalotne spojrzenia. Naprawdę miałem je gdzieś. I wierzcie mi, to nie kwestia procentów. Póki co nic na mnie nie działało.
W pewnym momencie zacząłem odczuwać dziwną duchotę, w związku z czym poczułem, jak robi mi się słabo. Znałem to uczucie. Duchota, nieprzyjemne ściski w okolicach dolnej partii brzucha i takie dziwne, nie do opisania uczucie, dzięki któremu wiedziałem, iż to właśnie to. Była to swego rodzaju zapowiedź na omdlenie. W przeszłości zdarzało mi się często mdleć. Jak temu zapobiec? To proste, wystarczy wyjść na świeże powietrze i trochę na nim posiedzieć.
Powoli udałem się w stronę wyjścia, do samego końca wzrokiem szukając Hisato, aby mieć tę pewność, iż z chłopakiem jest wszystko w porządku. Niby nie musiałem się o niego martwić, bo był pełnoletni, w sumie to starszy ode mnie o parę lat, no i odpowiedzialny. Ale jednak trochę się przejmowałem, dlatego stwierdziłem, że kiedy mi przejdzie, poszukam go, aby się upewnić, iż wszystko jest w porządku. W sumie to moglibyśmy już wrócić do domu. Niby przyjechaliśmy tutaj w jednym, konkretnym celu, którego de facto nie udało mi się spełnić, ale to szczegół. Będą inne okazje.
Odetchnąłem z wyraźną ulgą, kiedy wyszedłem z klubu. Czułem się źle z myślą, że stoję przy różowym, neonowym wejściu, obok którego normalnie przechodzili ludzie, a co niektórzy nawet się podśmiewali. Z głową spuszczoną w dół, zszedłem po niewielkich stopniach, a następnie oddaliłem się kawałek od tego budynku i stanąłem przy stalowej barierce, oddzielającej chodnik od ulicy. Oparłem się o podłużny kawałek stali i westchnąłem pod nosem.
Rzeczywiście zaczęło mi przechodzić.
Przez parę minut podziwiałem ulicę, przez którą co chwilę przejeżdżały pędzące samochody, lecz wreszcie ktoś mi przerwał. Zwróciłem swoje ciekawskie spojrzenie w stronę osoby, która mi przerwała, a kiedy rozpoznałem twarz tego mężczyzny, momentalnie się zestresowałem.
- Papierosa? - spytał, wyciągając w moją stronę dłoń, w której trzymał paczkę serwującą raka płuc. Grzecznie odmówiłem, a następnie zlustrowałem oczami sylwetkę faceta. Tak, to z całą pewnością ten gość, na którego wpadłem w toalecie. Wygląda, jakby trochę wytrzeźwiał. - Pierwszy raz w takim miejscu?
Nie chciałem z nim rozmawiać, bo jeszcze mógłby sobie coś ubzdurać, ale tym samym jakoś tak nie potrafiłem go całkiem zlać. Dziwne, kiedyś wychodziło mi to bez problemu. Chyba się zmieniłem.
- Tak. - odpowiedziałem zwięźle, zaciskając chude dłonie na barierce.
- To widać. - zaśmiał się krótko, a następnie na mnie spojrzał, czego na całe szczęście nie odwzajemniłem. - Masz naprawdę ładne kości policzkowe.
...co?
- Dzięki? - uniosłem jedną brew, niepewnie zerkając na mężczyznę. Ten jednak ponownie obdarował mnie swoim dziwnym śmiechem. Zaraz po tym zaciągnął się papierosem, a mnie aż zemdliło, gdy ten paskudny dym dotarł do moich nozdrzy. Naprawdę nienawidziłem tego smrodu.
- Sądząc po twojej minie, to miejsce nie przypadło ci do gustu. - obrócił się na pięcie w tył, a następnie oparł plecami o barierkę. Zrobiłem to samo.
- Nie było tak źle, chociaż fakt, imprezy to raczej nie moje klimaty. - wyznałem szczerze, na co mężczyzna pokiwał głową, jakby chciał mi dać tym znak, iż zrozumiał.
- Moje też. Ale cóż, dopiero, co zerwałem z chłopakiem, więc poczułem jakąś taką potrzebę odstresowania się.
O dziwo nie rozmawiało mi się z nim źle. Rozmowa była lekka i w sumie jakoś płynęła. Mężczyzna trochę się zestresował, kiedy obok nas przechodziło trzech chłopaków, w wieku podobnym do mojego, i jeden z nich zwrócił na niego uwagę. Mógłbym przysiąc, że mój towarzysz się wtedy przeraził. Chciałem spytać, o co chodzi, lecz nim zdążyłem to zrobić, jeden z chłopaków przemówił.
- Co tam, Yoi-chan, już znalazłeś sobie pocieszenie po ostatnim niewypale? - spytał chamskim tonem, patrząc na mężczyznę z wyższością.
- Znasz go, Yoon Jae? - pytanie zdał drugi z chłopaków, najniższy z całej trójki.
- Taa, to ten sąsiad pedał, o którym wam wspominałem. - zaśmiał się krótko, a następnie spojrzał na mnie. Wydawało mi się, że przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, lecz nim zdążyłem stwierdzić, czy rzeczywiście tak jest, na nowo umieścił na swojej twarzy ten szyderczy uśmieszek, po czym kontynuował. - Widzę, że teraz bierzesz się za młodych, Yoi-chan.
Zmarszczyłem brwi.
- Przepraszam, że cię w to wciągnąłem. - powiedział starszy mężczyzna, najwyraźniej do mnie i, nie czekając na żadną odpowiedź, poszedł w swoją stronę.
Chłopak, do którego zwracali się Yoon Jae, rzucił jeszcze kilka chamskich tekstów w stronę oddalającego się ciemnowłosego, a następnie wrócił do swoich kolegów, wyśmiewając się z orientacji i życia sąsiada. Nie mogłem tego słuchać. Homofobia i prostactwo w jednej postaci. Ruszyłem w stronę wejścia do klubu.
- Dobra, chodźmy już, bo jeszcze zarazimy się pedalstwem. - to było ostatnie, co usłyszałem przed wejściem do budynku, nie licząc rechotu tych trzech przygłupów.
Będąc już wewnątrz klubu, zająłem się poszukiwaniami Hisato. Nie trwało to zbyt długo. Czerwonowłosy stał przy barze, rozmawiając z jakąś młodą dziewczyną. Kiedy mnie zauważył, powiedział coś do nastolatki, a następnie się podniósł i do mnie podszedł.
- Gdzie zniknąłeś? - spytał, patrząc na mnie z troską.
- Poszedłem się przewietrzyć, bo źle się poczułem. - wyjaśniłem zwięźle.
- Chcesz już wracać? - przechylił głowę na bok, nie odwracając wzroku od mojej twarzy.
- W sumie to moglibyśmy. - skinąłem głową na zgodę, gdyż naprawdę chciałem już wracać.
Po krótszej chwili zajmowałem miejsce pasażera w samochodzie Hisato, czekając, aż ten ruszy. Powrót do domu był szybki. Czerwonowłosy w międzyczasie opowiedział mi, jak to robił za kupidyna na imprezie. Zaśmiałem się na wyobrażenie przyjaciela w pieluszce z dużym, białym łukiem w ręce.
Samochód wreszcie zatrzymał się na parkingu, znajdującym się pod wieżowcem, w którym mieszkał Hisato. Ja teraz zresztą też. Powoli zwlekłem tyłek z siedzenia, by po chwili opuścić samochód, zamykając za sobą drzwi. Czerwonowłosy zrobił to samo i już po chwili obaj staliśmy w windzie, czekając, aż ta dojedzie na właściwe piętro. Nie miałem już na nic siły. Kiedy tylko znalazłem się w mieszkaniu przyjaciela, zdjąłem buty z nóg i rzuciłem się na sofę, nawet nie fatygując się zdjęciem ubrać. Tak po prostu poszedłem spać, wcześniej informując Hisato, iż jutro normalnie pójdę na zajęcia.
Obudziłem się po dobrych czterech godzinach od czasu zaśnięcia i, o dziwo, byłem całkiem wypoczęty. Stwierdziłem, że powrót do drzemania nie ma sensu, dlatego przetarłem oczy, po czym podniosłem się z sofy i udałem się do łazienki, gdzie następnie wziąłem długą kąpiel, napawając się miłym, fiołkowym zapachem, który przepełniał całą wannę. Kiedy wreszcie wyszedłem z wody i się wytarłem, przewiesiłem ręcznik przez biodra, na końcu go zawiązując, a później z kolei wyszedłem z pomieszczenia, wcześniej spuszczając wodę z wanny. Poszedłem do kuchni, gdzie z lodówki wyjąłem jakiś jogurt. Już po chwili go konsumowałem. Puste opakowanie wyrzuciłem do kosza, a pozornie brudną łyżeczkę włożyłem do zmywarki.
Stwierdziłem, że przyda mi się kofeina, bo nawet jeśli teraz tryskałem energią, znając siebie, odpadnę gdzieś jakoś w połowie wykładów, a tego raczej nie chcę. Dlatego już po chwili wstawiłem wodę, a w czasie oczekiwania, aż ona się zagotuje, zająłem się przygotowaniem dwóch kubków, w których zaparzę zamierzoną kawę.
Kiedy wszystko było gotowe, dwa kubki zostawiłem na stole, a następnie poszedłem obudzić przyjaciela. Trochę się ucieszyłem, kiedy po wejściu do jego pokoju, zastałem go wyciągającego jakieś ubrania z szafy.
Właśnie.
Ubrania.
Dopiero teraz zorientowałem się, że przez cały ten czas paradowałem w ręczniku. Ale jakoś się nie krępowałem. Ciekawe czemu. Powiadomiłem czerwonowłosego, iż zrobiłem kawę, a kiedy ten opuścił pokój, wyjąłem z chwilowo swojej szafki ciemne rurki i jakąś luźną koszulkę, dodatkowo chwytając czystą parę bokserek, i poszedłem do łazienki, gdzie się przebrałem.
- Wyspałeś się? - spytał Hisato, kiedy usiadłem obok niego.
- O dziwo tak. - potwierdziłem, przeczesując dłonią jeszcze mokre kosmyki włosów.
Obaj wypiliśmy kawę w ciszy, całą uwagę skupiając na kreskówce lecącej w telewizji, a kiedy spostrzegłem, że już pora opuścić dom, szybko spakowałem potrzebne rzeczy do torby i biegiem ruszyłem w stronę uniwersytetu.
Chwilę się spóźniłem, ale nauczyciele nie zwrócili na to uwagi. Po cichu zająłem wolne miejsce na sali wykładowej, po czym wypakowałem z torby notatnik wraz z długopisem, by za chwilę zacząć sporządzać potrzebne notatki.
Pierwsze godziny minęły mi szybko. Na dłuższej przerwie nie wiedziałem, co z sobą zrobić, gdyż padła mi bateria w telefonie i na dodatek zacząłem odczuwać skutki zbyt krótkiego snu. Wygrzebałem jakieś drobne z portfela, po czym udałem się w stronę stołówki, gdzie znajdowały się różne automaty, w tym jeden, który serwował kawę. Tego teraz potrzebowałem.
Przecisnąłem się przez tłumy, które z czasem zaczęły maleć. Chyba przerwa dobiegła końca. Całe szczęście. Olewając nauczyciela filozofii, który mówił mi, abym zaraz udał się na zajęcia, zrobiłem sobie kawę i, wcześniej biorąc plastikowy kubeczek z gorącym napojem w środku, poszedłem w swoją stronę.
Szedłem tak korytarzem i w końcu trafiłem na grupę uczniów, czytającą jakąś listę, która była wywieszona na sporej tablicy korkowej. Rzuciłem na nich przelotne spojrzenie, by po chwili wznowić wędrówkę w jakimś tam kierunku. Szybko jednak się zatrzymałem i na nowo spojrzałem na jednego z chłopaków, którzy stali przed tablicą.
Chwilę się tak w niego wpatrywałem, zastanawiając się, skąd kojarzę jego twarz. W sumie wszystko stało się jasne, kiedy chłopak również zwrócił na mnie uwagę i uśmiechnął się w ten swój specyficzny sposób.
Już sobie przypomniałem.
- No cześć, pedałku. - powiedział, przechylając głowę na bok.



Obserwatorzy

Hope Land of Grafic