czwartek, 26 stycznia 2017

"Desirable blood" - Rozdział 27

Desirable blood


Gatunek: Yaoi, Tajemnice, Nadprzyrodzone, Wampiry.
Numer rozdziału: 27.
Autor: Chizu Chan.


Na początek odpowiedzi na pytania. BTW: jeśli coś jest jeszcze dla was niezrozumiałe, a z pewnością jest, nie wahajcie się spytać. Postaram się to w miarę zrozumiale wyjaśnić. B|
No to jedziem.

1. Z kim będzie Seth?
u'll see.
2. Dlaczego tak łatwo poszedł z Uroboros?
Gdyby tego nie zrobił, coś poważnego mogłoby się stać z Liamem i ciotką Jane. Ponadto miał spory mętlik w głowie przez to wszystko, to głównie dlatego tak łatwo uwierzył tym ludziom. Dodatkową sprawą jest naiwność chłopaka, bo jakby nie patrzeć, dość szybko przychodzi mu obdarzanie zaufaniem innych. 
3. Co się stało z wampirami, które pojawiły się po pierwszym spotkaniu Setha i Viora?
Ja nie pamiętam, żebym wspominała, iż to wampiry, ale mniejsza. Rzeczywiście były to grupy wampirów, które miały na celu sprawdzenie, że Seth jest tym, kogo tak każdy pożąda. Coś tam było, że po uściśnięciu dłoni z Viorem, wampir zareagował jakoś specyficznie i po tym się zaczęło. Chodziło o to, że Vior po tym nie miał tej stuprocentowej pewności co do pochodzenia Setha etc, dlatego przydzielił członkom swojego rodu, aby to sprawdzili. Kiedy to zrobili, zniknęli, bo zadanie było wykonane. 





                Seth obudził się dość wcześnie. W nawyku sięgnął po telefon, jednak jego dłoń nic nie napotkała pod poduszką. Cicho westchnął, po czym podniósł się do siadu i ziewnął przeciągle. Był trochę spięty, ale też podekscytowany. Pomysł ucieczki wydawał się poniekąd nierealny, w końcu chłopak był jakby nie patrzeć sam przeciwko całej organizacji. Całe szczęście, że miał po swojej stronie Lydię. Ale mimo to i tak obawiał się, iż sprawy nie będą tak kolorowe, jakby chciał.
                Nim zdążył zejść z łóżka, ktoś zapukał w drzwi, a następnie wszedł. Widok Johna mimowolnie wywołał w szatynie odruchy wymiotne. Mężczyzna podszedł do łóżka, na którym siedział Seth, a następnie lekko się uśmiechnął.
- Dobrze się spało? Poprosiłem, aby wymienili twoją pościel na świeżą.
                Seth wpadł na pewien pomysł.
- Jasne, miło z twojej strony. – na jego twarz wpłynął wymuszony uśmiech – Ale jest mały problem.
- Problem? – powtórzył zdziwiony – Jaki?
- Zniknął mój telefon. – starał się nie brzmieć podejrzliwie.
- Jak to?
- Był pod poduszką. – podrapał się w tył głowy – Myślisz, że mogli go zabrać razem z pościelą?
                John odwrócił się tyłem do chłopaka.
- Możliwe. – podszedł do drzwi – Jeśli się nie znajdzie, w ramach rekompensaty załatwimy ci nowy.
- Byłoby super. – podniósł się na nogi – Chociaż nie pamiętam numerów do znajomych. – zmartwił się.
- Ojoj. – wyszedł, a Seth zaraz za nim – Dokąd idziesz? – spytał, obdarowując szatyna dość podejrzliwym spojrzeniem.
- Coś przekąsić. – złapał się za brzuch – Umieram z głodu.
- Oo, to dobrze się składa. Też tam zmierzam.
                Brązowowłosy przygryzł dolną wargę, trochę się denerwując, jednak szybko wymienił to zmartwienie na udawane zadowolenie, po czym udał się z brunetem na stołówkę. Już na samym początku kątem oka dostrzegł Lydię, która siedziała samotnie przy jednym ze stolików. Chłopakowi zrobiło się jej żal. Nie zważając na Johna, podszedł do niej i się przywitał. Dziewczyna zauważyła zmierzającego w ich stronę trzydziestolatka i uznała, że to idealna chwila na rozpoczęcie działania. Kiedy mężczyzna znalazł się tuż przy nich, rudowłosa zwróciła się do Setha:
- Mógłbyś zostawić nas samych? – zabrzmiała poważnie – Jest coś, o co chciałabym go spytać. – przeniosła spojrzenie na Johna, co go trochę zdziwiło.
- Jasne. – skinął głową – I tak miałem pójść po coś do jedzenia. – uśmiechnął się do bruneta – Co jej zrobiłeś, że jest taka wkurzona? – zaśmiał się teatralnie, a następnie odszedł, zostawiając tę dwójkę.
                Nie słyszał, co Lydia mówiła, jednak wnioskując po wyrazie twarzy bruneta, poruszyła jakąś ciężką kwestię. Nie chciał jednak stwarzać dziwnego pozoru, dlatego odwrócił uwagę od rozmowy tej dwójki. Zajął się wybieraniem śniadania. Nawet nie zauważył, jak obok niego stanął Isaac.
- To o której chcesz odwiedzić kolegę? – spytał nagle.
- Hmm... – kątem oka zerknął na dziewczynę, która póki co prowadziła spokojną rozmowę – Może jak zjemy?
- Nie jestem głodny. – oznajmił bez wyrazu – Ale dzięki za propozycję.
                Seth westchnął.
- No jak chcesz.
                Zajął miejsce przy wolnym stoliku i zajął się konsumpcją. Starał się jeść wolno, ale też zbytnio się nie babrał, bo byłoby to dziwne. Czekał, aż Lydia da mu jakiś znak, że to właściwa pora, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Spokojnie rozmawiała z Johnem, który swoją drogą powoli zaczynał sprawiać wrażenie podirytowanego.
- Skończysz kiedyś ten posiłek…? – spytał Isaac, kręcąc głową.
- A co? Spieszy ci się gdzieś? – odpowiedział z pełną buzią, unosząc widelec.
                Brunet zasłonił dłonią usta, co na nic mu się nie zdało, gdyż zaczął się trząść przez powstrzymywanie śmiechu. Seth nadął policzki i zaczął jeść nieco szybciej. Przerwało mu głośne i potężne uderzenie w stół. Nieco zdziwiony, obrócił łebek w bok. Teraz Lydia już nie sprawiała wrażenia spokojnej i opanowanej. Wyglądała na niezwykle rozwścieczoną.
- Nie musisz mi nic mówić! Sama dojdę do prawdy! – podniosła głos na tyle, że dosłownie każdy w stołówce zwrócił na nią uwagę.
                Zapadła dość nieciekawa cisza.
- Wychodzę. – powiedziała pewnie, a następnie skierowała się do wyjścia, wcześniej posyłając Sethowi znaczące spojrzenie.
                Chłopak przełknął ślinę, a następnie przekierował wzrok na siedzącego przed nim Isaaca.
- Nieźle się wkurzyła, co…? – udał zmieszanego – Ciekawe, o co mogło pójść…
                Wrócił do posiłku.
- Nie rozmawialiście wczoraj o tym? – spytał poważnie.
                Seth wypuścił widelec z rąk. Spojrzał niepewnie na bruneta, jednak kiedy zobaczył, że ten jest równie zdziwiony, co on sam, zdał sobie sprawę, iż źle zrozumiał to pytanie.
                Cholera, spartoliłem sprawę. – spiął ramiona – Przecież on zawsze odzywa się w ten sposób.
- Prawdziwa gapa z ciebie. – brunet westchnął – Ale chyba już skończyłeś, co? Mam wrażenie, jakbyś wmuszał w siebie to jedzenie.
- T-ta... – lekko się uśmiechnął – Chyba się najadłem. – przechylił głowę na bok – To idziemy?
- Jasne.
                Obaj odeszli od stołu i ruszyli w stronę wyjścia. Zanim jednak to nastąpiło, do pomieszczenia wparowało dwóch innych kolesi, którzy od razu podeszli do Johna i zaczęli o czymś rozmawiać.
                Wampiry. – pomyślał Seth, przygryzając dolną wargę – Oby Lydii nic nie było.
- Więc? Skoro nie o tym rozmawialiście, to o czym? – spytał brunet.
- Hm? – z początku nie zrozumiał – Aa, chodzi o nią.
                Isaac czekał na ciąg dalszy.
- O Aidenie. – zmrużył oczy.
- Oh. – spojrzał na szatyna z troską – No tak. W końcu oboje byliście mu dość bliscy.
                Seth nic już nie powiedział. W ciszy podążał obok Isaaca wzdłuż korytarza. W windzie również żadne z nich się nie odezwało. Finalnie szatyn nie powiedział ani słowa do końca. Kiedy znalazł się przy grobie blondyna, przykucnął i skupił wzrok na kamiennym nagrobku. Miejsca takie jak to wywoływały w nim jedynie smutek i rozpacz, a mimo to lubił do nich przychodzić.
                Minął jakiś kwadrans, jak Isaac odchrząknął. Skupił tym na sobie uwagę Setha. Ciekawość szatyna spotęgowała się, kiedy brunet zaczął się rozglądać. Chłopak posłał mu niepewne spojrzenie. Trochę się zdezorientował, kiedy Isaac podszedł naprawdę blisko. Niemalże na niego wchodził. Lekko się pochylił, po czym szepnął mu do ucha:
- Dobra. To może teraz mi powiesz, co takiego planujecie?
                Seth wytrzeszczył oczy.
                Zauważył? – pomyślał, po czym przełknął ślinę – Niemożliwe…
                Poczuł, jak nogi miękną mu w kolanach. Isaac się wyprostował i spojrzał na szatyna.
- Zachowuj się naturalnie. – zmarszczył brwi – Przez takie zachowania jak to możesz wpędzić się w kłopoty. – westchnął – Jesteś w ogóle świadom, jak bardzo dajesz po sobie znać, że masz coś na sumieniu?
                Seth lekko rozdziawił buzię. Bał się o cokolwiek spytać.
- Połączenie sił z Lydią to całkiem niezły plan, jednak pytanie brzmi, czy się powiedzie? – przechylił głowę na bok – Jak myślisz?
                Szatyn zacisnął dłonie w pięści. Nie mógł przerwać kontaktu wzrokowego z Isaaciem.
- W tej chwili podąża za nią dwóch dobrze wytrenowanych wampirów. Jeżeli się nie pospieszysz i wraz z nią nie znikniesz gdzieś daleko, możesz mieć kłopoty. – jego spojrzenie bardzo przytłaczało Setha, zwłaszcza w tak napiętej sytuacji, jak obecna – Przyjmijmy hipotetycznie, że wam się udało. Co wtedy? Będziecie ciągle uciekać? Uroboros nie da wam spokoju.
                Chłopak nabrał spory wdech, zamykając przy tym oczy. Wystarczyła chwila, aby się uspokoił.
- Pójdę do ludzi, którym ufam. – powiedział pewnie – Uwierzyłem niewłaściwym osobom i oto wynik. Mam zamiar wrócić do tych, którzy od początku wiedzieli, co dla mnie dobre.
                Isaac splótł ze sobą dłonie.
- Co, jeśli to kolejna podpucha i znowu zostaniesz wykorzystany?
- To się nie wydarzy.
                Brunet odwrócił wzrok.
- W porządku.
                Seth zmarszczył brwi. Nie rozumiał.
- Jednak musisz uważać. Twoja aura miejscami przenika w zgniłą żółć i pomarańcz, a to oznacza, iż może grozić ci niebezpieczeństwo.
- Domyślam się. – dał radę trochę rozluźnić ramiona – W końcu robię coś niebywale głupiego.
- Nie sądzę, aby walka o własne prawa była czymś głupim. – odwrócił się i zaczął iść przed siebie.
- To dlatego mi pomagasz…? – zapytał, powoli podążając za brunetem.
- Nie lubię metod Uroboros, nawet jeśli sam jestem jednym z nich.
- Czemu z nimi jesteś? – zmarszczył brwi – Nie jesteś taki, jak oni.
- Taki, czyli jaki? – zatrzymał się i spojrzał na Setha.
                Chłopak ułożył usta w prostą linię.
- Pozbawiony emocji. – opuścił bezwładnie ręce – Mimo że ich nie wyrażasz, posiadasz je i nieświadomie okazujesz. Różnisz się od tych ludzi.
                Isaac lekko się uśmiechnął.
- Idź już. – spuścił głowę w dół.
                Seth jednak nie dał za wygraną.
- Chodź ze mną. – podszedł do bruneta – Gwarantuję ci, że tego nie pożałujesz.
- Daj spokój. – pokręcił głową, poważniejąc – Idź, bo się jeszcze rozmyślę i nici z twojej ucieczki.
                Szatyn posmutniał. Nie chciał jednak bardziej irytować Isaaca, dlatego błyskawicznie obrócił się na pięcie i ruszył w swoją stronę.
- Żegnaj w takim razie. – zacisnął zęby i zaczął biec.
                W momencie, kiedy przekroczył granicę odznaczającą barierę, poczuł nagły przypływ adrenaliny. Nabrał sporo powietrza do płuc i przyspieszył. Zszedł ze ścieżki, gdyż podążanie nią było zbyt ryzykowne. Starał się trzymać jakieś sto metrów obok, jednak nie było to takie proste. Największym zdziwieniem dla chłopaka to, iż bardzo szybko się męczył. Aż za szybko. W pewnym momencie zatrzymał się i zgiął w pół, po czym zaczął zaciągać spore hausty powietrza. Był wykończony.
                Co jest? – pomyślał, przecierając czoło – To nie powinno mieć miejsca. – zmarszczył brwi i wznowił chód.
                Mimo że nie miał sił na bieg, nie chciał się opóźniać, dlatego szedł przed siebie w miarę przystępnym tempem, sporo oddychając, aby jak najszybciej odzyskać siły.
                Lydio, gdzie jesteś? – rozejrzał się dookoła – Czy wszystko z tobą w porządku?
                Trochę się martwił o dziewczynę. Nie wybaczyłby sobie, gdyby wyszedł stąd bez niej. Plan obejmował ich dwójkę, nie jego samego. Po przejściu ćwierć kilometra, zaczął na nowo biec, co jednak nie było takie proste, jak mu się wydawało. Chłopak miał pewne podejrzenia względem swojej kondycji. Prawdopodobnie była to sprawka dziwnych ziółek, które mu podawano, a może i nawet dosypywano do posiłków.
                Wszystko po to, aby mnie trzymać pod kloszem, co? – ponownie się rozejrzał, jednak jego oczy nikogo nie wyłapywały.
                Biegł już dobre pół godziny. Pewnym był fakt, iż w bazie już zdążyli zauważyć jego zniknięcie. Chłopak zaczął się martwić, że Isaac może mieć przez to kłopoty. Szybko jednak porzucił te myśli i skupił się na sobie. Miał teraz o wiele większy problem i  nie miał czasu na zadręczanie się błahostkami.
                Błahostka.
                Bo można to było nazwać błahostką, prawda?
                Zatrzymał się. Do jego nozdrzy trafiła wyraźna woń krwi. Momentalnie zakręciło mu się w głowie. Już przewijał mu się przed oczami najgorszy scenariusz. Po chwili w oddali usłyszał szelest liści, a następnie natrafił wzrokiem na burzę rudych włosów. Odetchnął z ulgą, padając na kolana. Ubrania dziewczyny pokryte były czerwoną mazią. Seth domyślał się, skąd ona się wzięła, jednak miał to gdzieś. Ważne, że Lydia była cała. Podniósł się na nogi.
- Wszystko z tobą dobrze? – spytał dla pewności.
                Gdy otrzymał pewne kiwnięcie głową w odpowiedzi, mocno uściskał dziewczynę.
- Ruszajmy. – powiedziała.
- Pewnie.
                Starali się biec dość szybko, jednak też nie przeginać, zważywszy na szybkość męczenia się Setha, jednak to nie był problem. Zdążyli już przebiec ponad połowę lasu. Póki co nikt im nie deptał po ogonie, więc nie mieli się czym stresować. Jednak ten moment wreszcie nadszedł. Do uszu Lydii dotarł charakterystyczny dźwięk. Ktoś się zbliżał.
- Seth, złap mnie za rękę.
- Co? Dlaczego?
- Możemy mieć mały problem, jeśli nie przyspieszymy.
                Chłopak bez wahania złapał dłoń rudowłosej. Przeżył niemałe zdziwienie, kiedy go do siebie przyciągnęła i przerzuciła przez ramię, jakby był jakimś workiem. Lekko nadął policzki, jednak nic nie mówił, gdyż wiedział, że tego wymaga sytuacja.          
                Ale beznadzieja. Żeby dziewczyna musiała mnie nieść… – westchnął, uśmiechając się pod nosem.
                Obraz zaczął przelatywać znacznie szybciej przed jego oczami. Wampiry zdecydowanie były znacznie szybsze od ludzi. Prawdopodobnie poruszały się równie szybko, co samochody o większej prędkości. Chłopak już się bał myśleć, jak wyglądała ich siła i tym podobne. Ale nie na to była teraz pora.
- Już prawie, Seth! – krzyknęła.
- Nie jest ci ciężko? – spytał dla pewności.
- Ani trochę. – zaśmiała się.
                Bolesne zetknięcie z pniem drzewa sprowadziło chłopaka na ziemię. Niczego nieświadomy poniósł wzrok. Lydia leżała kawałek dalej, z trudem podnosząc się z piachu. Jej lewa noga była dziwnie wykrzywiona, jakby złamana. Przez ciało szatyna momentalnie przeszły dreszcze. Po chwili zauważył zbliżających się do nich trzech członków Uroboros. To definitywnie były wampiry. Lydia szybko się pozbierała i zerwała na nogi. Nie zważała na to, że jedna była złamana. Zacisnęła zęby i skierowała się w stronę wrogów.
                Niech się tylko nie przelicza. – chłopak podparł się rękami i podniósł, co było trochę bolesne, ale nie narzekał, bo w końcu Lydia miała o wiele gorzej – Co teraz? – zmarszczył brwi – W takim stanie rzeczy mamy niemałe kłopoty.
- Uspokój się, ruda. – powiedział jeden z wampirów – Jeśli pójdziesz z nami grzecznie, może darują ci zbrodnie, kto wie. – wyszczerzył się.
- Chyba śnisz. – zacisnęła dłonie w pięści.
- Okeeej. – wzruszył ramionami – W takim razie zginiesz tu i teraz.
                Facet rzucił się na Lydię, jednak nie była ona wcale tak słaba, jak wampir podejrzewał, dlatego z łatwością uniknęła ataku i oddała ze zdwojoną siłą. Przebiła się przez jego brzuch, raz jeszcze brudząc się krwią. Niestety prócz nich był tu ktoś jeszcze. Dziewczyna nawet nie zdążyła zareagować, jak straciła rękę. Kończyna poleciała gdzieś na bok, brudząc krwią wszystko na swojej drodze. Seth momentalnie wytrzeszczył oczy i zerwał się na nogi. Krzyk koleżanki przyprawił go o dreszcze.
                Bez żartów… to się nie może dziać naprawdę… – pomyślał, niedowierzając w to, co widzi.
                Lydia dostała mocno w twarz, w związku z czym lekko się wykręciła i upadła. Przyłożyła dłoń do świeżej rany, posyłając sprawcy pełne nienawiści spojrzenie.
                Muszę jej jakoś pomóc, tylko jak…? – przełknął ślinę – Nienawidzę tej bezsilności!
                Już ci mówiłem. Musisz ich po prostu zabić. Wtedy problemy miną, czyż nie?
                Seth znieruchomiał. Znowu ten głos.
                Dlaczego się wahasz? Czy nie chcesz jej uratować?
                Spojrzał na leżącą kawałek dalej Lydię. Ten widok go bolał.
                Możesz ją ocalić. To byłoby fair. W końcu ona wygląda tak teraz przez ciebie. Gdyby nie musiała cię chronić i mogła uciec sama, nic takiego nie miałoby nawet miejsca.
                Wampir zbliżył się do dziewczyny i wziął spory zamach.
                Czas ucieka. Lepiej podejmij decyzje.
- Giń, suko.
                Seth zamknął oczy, już mając powiedzieć jedno.            
                Przerwano mu.
- K-kim do diabła je…! – nie zdołał skończyć.
                Szatyn otworzył oczy. Nie wiedział, czy to, co widzi, jest jedynie złudnym wyobrażeniem czy też nie.
- Vior… – rozdziawił buzię, nie mogąc się nawet ruszyć.
                Mężczyzna podnosił z ziemi Lydię, która zdążyła już stracić przytomność. Zaraz po tym zaczął czegoś szukać wzrokiem. Kiedy natrafił na odciętą rękę, lekko się uśmiechnął i ruszył w tamtym kierunku.
                Jak może być taki spokojny, przecież… – z rozmyślań wyrwała go nieznajoma osoba.
                Był to wyższy od Setha o głowę chłopak. Nie było widać jego twarzy ani sylwetki. Miał na sobie czarną pelerynę, która momentami swobodnie powiewała na wietrze, kiedy wampir szybko się poruszał, wybijając wrogów.
                Kto to…? – wytrzeszczył oczy – Jest z Viorem?
                Vior już po ciebie wyruszył. Jedzie do ciebie z pewnym chłopakiem. Z pewnością cię odbiją. Tylko wytrzymaj do tego czasu.
                No tak, Susan coś o tym wspominała. – nie mógł oderwać oczu od nieznajomego – Tylko… kim on jest…?
- Misja ratunkowa zakończona powodzeniem. – powiedział Vior, szeroko się uśmiechając – Tęskniłeś?
                Seth poczuł wyraźną ulgę. Prawie zrobił coś głupiego. Był bliski od przyjęcia propozycji Sartaela. Całe szczęście, że zjawił się Vior. Ale nie był on sam. Szatyn raz jeszcze niepewnie spojrzał w stronę osoby w pelerynie.
- Nie masz się czego obawiać, jest po naszej stronie. Czy może raczej powinienem powiedzieć: twojej stronie.
                Seth uniósł brwi. Nie rozumiał, co wampir miał na myśli.
                Zawiał wiatr. Szatyn zasłonił twarz, bo dostawał po oczach paprochami. Podmuch był na tyle mocny, że strącił z głowy kaptur nieznajomemu. Kiedy wszystko się uspokoiło i Seth odsłonił buzię, momentalnie zamarł. Przez chwilę wpatrywał się w nieznajomego, mając wrażenie, jakby miał zaraz zemdleć. Bezwładnie opuścił ręce. Nie mógł nic z siebie wydusić.
                Vior zaśmiał się na głos, wprawiając Setha w jeszcze większe osłupienie.
                Co tu jest grane…? – pomyślał, rozdziawiając buzię.
                Kiedy stojący naprzeciw chłopak się uśmiechnął, serce szatyna zabiło mocniej.
- To naprawdę ty…? – wydusił z siebie w końcu, jednocześnie marszcząc brwi, zaraz po tym zrobił krok do przodu – …Noah?

1 komentarz :

  1. Trolololololol
    *Tańczy taniec tańczenia*
    Wiedziałam, o tak. Wiedziałam, wiedziałam, O yeah.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic