wtorek, 27 grudnia 2016

"Desirable blood" - Rozdział 17



- Dokąd konkretnie jedziemy? – Seth w końcu przemówił.
Nie był tym jakoś specjalnie przejęty. Zadał to pytanie z jednego konkretnego powodu.
- Hmm? – John zerknął w lusterko, namierzając wzrokiem szatyna. – Wybacz, ale zamyśliłem się i nie dosłyszałem.
- Jesteś pewien, że powinieneś prowadzić? – uśmiechnął się kącikiem. – Zapytałem, gdzie mnie tak dokładnie zabierasz.
- Wątpię, że będziesz znał to miejsce. Niewielka wioska położona równolegle do prawej części góry Tai Shan.
- Tai Shan...?
- Znasz to miejsce?
- Nie, ale nazwa brzmi dość... azjatycko.
- Tam też się znajduje. – cicho się zaśmiał.
John z początku wydawał się być nadzwyczajnie przerażający, ale... podczas rozmów sprawiał wrażenie wyluzowanego i z dystansem. Setha najbardziej trapił jego głos. Mężczyzna wyglądał na dobre pięćdziesiąt lat, jednak ton jego głosu brzmiał znacznie młodziej.
- Gdzie konkretnie? – szatyn dopytywał.
- Chiny.
- Przecież to w cholerę daleko. – uniósł brwi.
- Owszem. Lekki kawałek jest.
- Chciało ci się tyle po mnie jechać? – założył ręce na klatce piersiowej, nadal wpatrując się w przelatujące mu przed oczami otoczenie.
- Nic na to nie mogłem poradzić. – wzruszył ramionami. – Jesteś sprawą pierwszorzędną.
Seth lekko zmrużył oczy.
- W tej wiosce jest jakaś wasza mafia lub coś podobnego?
- Powiedzmy. – zaśmiał się w wyjątkowo melodyjny sposób.
Z tym głosem naprawdę coś nie grało.
- W tym miejscu nasza organizacja ma jedną z trzech głównych siedzib. Otoczona barierami na tyle mocnymi, że normalna osoba nie byłaby w stanie niczego dostrzec. W sumie większość nic nie zobaczy.
- Jesteście dość dobrze zabezpieczeni, co?
- A jakżeby inaczej. – uniósł do góry dłonie, odrywając je tym sposobem od kierownicy, czego na szczęście nie zauważył Seth, gdyż nadal wpatrywał się w szybę. – W świecie, w którym przyszło nam istnieć, trzeba być nad wyraz ostrożnym.
- Mhm. – mruknął pod nosem.
John na nowo złapał za kierownicę, gdyż zaczął zjeżdżać na lewy pas.
- Będziemy może przejeżdżać przez X?
- X...? – zastanowił się przez chwilę. – Bezpośrednio to nie, ale miasto, z którego będziemy odlatywać jest całkiem niedaleko.
- Odlatywać? – powtórzył, marszcząc brwi.
- No, samolotem. Chyba nie sądziłeś, że całą tą drogę damy radę przejechać samochodem?
Chłopak nic nie odpowiedział.
- No cóż, teraz już wiesz. – zaśmiał się.
- Tylko nie samolot... – westchnął ciężko.
- Co, boisz się?
- Powiedzmy, że nie przepadam za tego typu transportem.
- Czyli się boisz.
Seth nadął policzki.
- Jak to możliwe, że przeraża cię takie coś, ale fakt, że zostałeś tak jakby porwany przez szalonego faceta z nożem już nie? – John nie przestawał się śmiać.
- Dobre pytanie.
- Ale nie martw się, na miejscu spotkasz kilka znajomych twarzy.
To o dziwo zaciekawiło chłopaka. Jednak ta informacja nie była jego obecnym priorytetem.
- Jest szansa, że na chwilę zatrzymamy się w X?
- Dlaczego pytasz?
- Cóż... – zawahał się.
- Jeśli mi nie powiesz, nie będę mógł tego zrobić.
Seth przygryzł dolną wargę.
- Chciałbym pójść na cmentarz.
- Aa, chcesz odwiedzić czyjś grób?
- A skąd, mam chęć tylko pospacerować pomiędzy truposzami. – przewrócił oczami. – Tak, na tym cmentarzu leży ktoś, komu bardzo chciałbym złożyć wizytę.
- No wiesz, ludzie mają różne odchyły. Ale w porządku, możemy tam podjechać, skoro to dla ciebie takie ważne.
Szatyn odetchnął z ulgą.
Całe szczęście, pomyślał.
- Ale co miałeś na myśli mówiąc... – zaczął, jednak nie zdołał skończyć, gdyż John wydał z siebie dziwny dźwięk.
- Biiiing.
Seth uniósł brwi, przenosząc wzrok na mężczyznę. A raczej tył jego głowy, ponieważ tylko tyle widział, siedząc z tyłu.
- Wyczerpałeś dzisiejszy limit pytań.
- No daj spokój.
- Nie ma mowy. To męczące. – machnął dłonią. – O resztę spytasz mnie w samolocie, kiedy nie będę musiał przeznaczać znacznej części energii na operowanie wozem.
- Tsk. – fuknął. – Zaleta wieku, jak mniemam.
John jedynie zaśmiał się w wyjątkowo... tajemniczy sposób.
Seth w końcu się zdrzemnął. Skoro i tak niczego by się nie dowiedział od mężczyzny, jedyną sensowną opcją pozostał sen.
W pewnym momencie otworzył oczy, jednak przez wzgląd na sporą ilość światła zmuszony był na nowo je zamknąć. Po chwili zaczął powoli uchylać powieki, stopniowo przyzwyczajając się do jasnego otoczenia. Kiedy w końcu obraz w pełni stał się wyraźny, Seth podniósł się do siadu i rozejrzał wokół siebie. Otaczała go łąka, rozchodząca się aż za linię horyzontu. Wokół niego nie było kompletnie nic, co pomogłoby mu stwierdzić, gdzie tak konkretnie się znajdował. Widział jedynie mnóstwo zieleni.
To zapewne jeden z tych pokręconych snów, pomyślał.
Tak też było. Jednak nawet po stanięciu na nogach i przejściu niewielkiej odległości, nic nie uległo zmianie. Jak z początku znajdował się na polanie, tak nadal na niej był.
Nie, jednak coś się zmieniło. Po wykonaniu piątego obrotu wokół własnej osi, Seth w końcu spotkał się ze swoją własną twarzą. Ale... ten widok trochę różnił się od tego, jaki miał okazję zazwyczaj widywać, na przykład w lustrze. W tej osobie było coś innego. Wyglądał jak Seth, ale nim nie był i chłopak doskonale o tym wiedział.
- Zastanawiasz się kim jestem? – przemówił moment później, uśmiechając się.
Seth ściągnął brwi.
- Zapewne jakąś zwariowaną iluzją. Zaraz pojawią się te śmieszne światełka, które przeniosą mnie w zupełnie inne miejsce. Później stanie się coś, co po czasie wydarzy się w rzeczywistości.
Odbicie Setha uśmiechnęło się w dziwny sposób.
- Nah, nigdzie się nie przeniesiesz. Tym samym ja nie zniknę.
- Czyżby? – chłopak przechylił głowę na bok.
- Yep. – zmrużył oczy. – W końcu się przebudziłem, więc nie ma mowy, że zniknę.
Seth uniósł brwi.
- Nie patrz tak na mnie. – posmutniał. – Powinieneś się cieszyć.
- Niby dlaczego?
- Bo wiesz... jestem jedynym bytem, który będzie w stanie przekazać ci szczerą prawdę. – spoważniał. – Tę prawdę, której tak bardzo pożądasz.
Seth zaciągnął spory haust powietrza, po czym wstrzymał oddech na dłuższą chwilę.
- I doskonale wiesz, że możesz mi zaufać, ponieważ... jestem tobą. – łagodnie położył dłoń na ramieniu Setha. – A ty jesteś mną.
Szatyn trochę się uspokoił. Od dłoni tego kogoś biło znajome ciepło, dlatego... choć trochę zdołał się wyluzować.
- Znaczy... jeszcze nie, ale wkrótce staniemy się jednością.
- Jednością?
- Kiedy poznasz prawdę, zrozumiesz. – uśmiechnął się pokrzepiająco, co wywołało w chłopaku dość... dziwne uczucie.
- W takim razie powiedz mi, co powinienem wiedzieć. – rzekł stanowczo.
Nieznajomy jedynie pokręcił głową.
- To będzie musiało teraz poczekać.
- Dlaczego?
- Masz teraz ważniejszą sprawę do załatwienia, czyż nie? – skinął łebkiem, wzrok kierując na widok znajdujący się za Sethem.
Szatyn zerknął za siebie. W oddali dostrzegł znajome miejsce. Cmentarz, który tak bardzo pragnął odwiedzić już jakiś czas.
- Znam twoje pragnienia doskonale. W końcu są to też moje pragnienia. – zaśmiał się.
- Kiedy znów cię... – na nowo spojrzał przed siebie, jednak teraz już nikogo tutaj nie było. – Zobaczę... – zmrużył oczy.
Nawet jeśli ten ktoś zniknął, ciepło, które stworzył, dziwnym trafem pozostało.
Seth zamknął oczy na dłużej. Po upływie określonej ilości czasu je otworzył.
- Wstawaj już, księżniczko. – powiedział John.
- Hm? – przetarł patrzałki, jednocześnie ziewając.
- Jesteśmy na miejscu.
Szatyn wyjrzał przez szybę. To było to miejsce. Nareszcie.
W tempie błyskawicznym odpiął pasy i wyparował z samochodu. John pozostał w środku niewzruszony. Wiedział, że chłopak wróci.
Ile czasu już minęło, odkąd ostatni raz tutaj byłem? Pomyślał, kierując się zapamiętaną drogą.
Dwie alejki naprzód, następnie skręt w lewo i podążanie przed siebie do momentu napotkania ściętego drzewa. Za pieńkiem skręcić w prawo i minąć dwa nagrobki pokryte bluszczem. Później z kolei iść w stronę grobu z kolumnami. Po tym pozostało jedynie przejść parę metrów i... było się na miejscu.
Z powagą wypisaną na twarzy, Seth spoglądał na krótki napis wyryty na marmurowej powierzchni.
Noah Cane.
- Ile to już minęło, co? – zapytał szatyn, uśmiechając się pod nosem. – Mimo że nie wierzę w takie coś, to rozmowa z tobą jest jedynym okresem, kiedy rzeczywiście mam nadzieję, iż gdzieś tam jesteś i mnie naprawdę słyszysz. – uśmiech nabrał dość smutnego wyrazu. – Bo słyszysz, prawda...?
Oczy chłopaka nieco się zaszkliły. W przeciągu ułamku sekundy przetarł je rękawem, cicho pociągając noskiem.
- Ale ze mnie mazgaj. – wymusił śmiech. – Co poradzę, że nie potrafię się powstrzymać...?
Zamknął patrzałki, nabierając spory wdech. Pozostał przez chwilę w kompletnej ciszy. W końcu poczuł łagodne klepnięcie w plecy.
- To się nie powstrzymuj, głupku. – zachichotał.
Ten charakterystyczny śmiech przyprawił Setha o zawroty głowy. Chłopak niemal od razu spojrzał w bok, wytrzeszczając ślepia. Otworzył buzię, chcąc coś powiedzieć, jednak żadne słowo nie chciało wypłynąć z jego ust. Zatkało go.
- Zaskoczony? – ciepły wyraz twarzy jasnowłosego rozgrzał szatyna od środka.
Seth nadal ślepo wpatrywał się w doskonale znajomą mu osobę, stojącą tuż obok niego.
- Weź coś powiedz, bo jeszcze pomyślę, że mój widok ani trochę cię nie zadowala. – zaśmiał się nerwowo.
- N-nie... ja...
Zmarszczył brwi.
- Tylko... nie wiem... co...
- Powiedzieć? – dokończył za Setha.
Szatyn skinął łebkiem, przełykając ślinę.
- Hmm... – przyłożył palec do ust, patrząc w górę. – Szczerze to nie wiem. Może to, co ci leży na sercu? – przechylił głowę na bok. – Albo coś w tym stylu? – z uśmiechem spojrzał na szatyna, który teraz wyglądał, jakby analizował mnóstwo kwestii w głowie. – No już, już, nie myśl tak nad tym.
Seth przez chwilę wpatrywał się w blondyna.
- Jesteś... prawdziwy?
Nastolatek jedynie przechylił głowę na bok.
- A jak myślisz?
Szatyn westchnął.
- Nawet jeśli bardzo bym tego chciał, to chyba niemożliwe, co? – zmrużył oczy, które nagle przepełnił smutek.
Blondyn poklepał przyjaciela po głowie.
- Nie zastanawiaj się teraz nad tym. – nawiązał z nim kontakt wzrokowy. – Bo przecież masz teraz o wiele ważniejsze rzeczy na głowie.
- Czy ja wiem, czy powinienem je nazywać jakimiś wyjątkowo ważnymi? – wzruszył ramionami. – Jedynie jestem... zagubiony. – zawahał się. – Skoro jesteś moim... wyobrażeniem... – powiedzenie tego bardzo go zabolało i w sumie nie tylko jego. – To musisz wiedzieć, co jest grane.
- Zgadza się, wiem o wszystkim, co wydarzyło się w twoim życiu przez cały ten czas.
- Jakaś rada? – zapytał od niechcenia.
- Ufaj sobie i tylko sobie. – zabrzmiał niezwykle poważnie.
Seth chciał zapytać dlaczego, jednak coś mu przerwało. Chłopak usłyszał zza siebie parę kobiecych głosów, w związku z czym odwrócił się w stronę, z której owe głosy dobiegały. Chwilę później przez alejkę przeszły trzy kobiety w średnim wieku, prowadząca żwawą konwersację na temat jakiegoś wypadku. Szatyn westchnął i wrócił do przyjaciela, jednak... jego już przy nim nie było.
- Pff. – uśmiechnął się w przykry sposób. – Ależ oczywiście. – złapał się za głowę. – Jak mogłoby być inaczej...
Czuł, że jego oczy zalewały się łzami.
- Mogłem się domyślić, że to się tak skończy. – westchnął ciężko. – A miałem nadzieję, że to nie było tylko wyobrażenie.
Ale... skoro mam ufać tylko sobie, jakim niby cudem mam poznać prawdę? Pomyślał, mocno marszcząc brwi.
Wiesz, że możesz mi zaufać, ponieważ... jestem tobą, a ty jesteś mną.
Te słowa postawiły Setha w zupełnie nowym położeniu.


1 komentarz :

  1. Nieeeeeeee
    Nieeeeeeeeeee
    Nieeeeeeeeeeeeee
    Co tu robi Akashi?
    Brakowało mi tylko: "Ore wa Bokushi - Boku wa Oreshi".
    No i jeszcze go John z kraju wywozi. No ja nie mogę. Jestem prawie pewna, że to jego stare ciało to tylko materia służąca za przebranie. Tak...
    Nooooah ty chamie. Szo ty robisz na cmentarzu. Obok swojego grobu.
    A może ty jesteś wampirem? Hmm.
    Nah, ciekawi mnie jaki będzie tutaj paring.
    Oby Seth był ukę. Oby Seth był ukę. *Powtarza niczym mantrę z zaciśniętymi palcami*
    Wiiiięc
    Już niedługo Sylwester, zatem życzę Ci:
    ^Zdrówka
    ^Szczęścia
    ^Weny
    ^Hajsów
    ^Nieskończonego Internetu
    ^I czego sobie życzysz

    Pozdrawiam 😉

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic