niedziela, 15 maja 2016

"Eien ni anata to" - Rozdział 7

Eien ni anata to.


Gatunek: Shounen-Ai, Okruchy życia, Dramat.
Numer rozdziału: 7.
Autor: Chizu Chan. 


~~~

                Sam nie wiem dlaczego, ale kiedy wracałem z domu Satoshiego, coś zaniosło mnie pod wejście do klubu, który brunet odradzał mi tak bardzo. Już na zewnątrz słyszałem głośną muzykę, czyjeś śmiechy, wesołe rozmowy. Aż zapragnąłem tam wejść. Może takich zmian potrzebowałem? Poznać kogoś nowego, nieco się oderwać i wyluzować?
                Nie chciałem się nad tym zastanawiać, więc już po chwili chwyciłem za klamkę, a następnie wszedłem do środka. Od razu poczułem wyraźny zapach spalonego tytoniu. Do moich uszu dotarł dźwięk trzaskającej się szklanki, który w większości został przygłuszony przez głośną, ciężką muzykę. Nawet jeśli nigdy nie byłem w takim miejscu i pozornie wyglądało ono na niezbyt ciekawe, nie chciałem wychodzić. Wszedłem głębiej, rozglądając się na boki. Wtedy ktoś stanął obok mnie.
- Nie zachowuj się jak turysta, bo wezmą cię na celownik. – powiedział dojrzałym głosem.
                Spojrzałem nieco zdezorientowany na chłopaka. Wyglądał na góra dwadzieścia lat. Był wysoki, miał czarne włosy, ciemne oczy, jasną cerę i naprawdę urzekający uśmiech. Cóż to więcej opowiadać, zdecydowanie był przystojny.
- Zakładam, że jesteś tutaj pierwszy raz. – bez problemu nawiązał ze mną kontakt wzrokowy.
- T-tak… – odpowiedziałem niepewnie – Najwyraźniej pomyliłem miejsca. – skłamałem – Nie będę już przeszkadzał.
                Szybko przerwałem kontakt wzrokowy i opuściłem bar. Nigdy wcześniej się tak bardzo nie stresowałem zwykłą rozmową. Ten mężczyzna wyglądał, jakby niczym się nie przejmował, a ja? Myślałem, że serce mi eksploduje z nerwów. Wróciłem do domu i rzuciłem się na łóżko, zostawiając torbę gdzieś przy drzwiach. Nie miałem sił na rozpakowanie jej. Nie chciało mi się nawet przebierać, więc zasnąłem w ubraniach. Z rana obudziło mnie przeciągłe dzwonienie dzwonka. Nikt nie otwierał. Wniosek nasuwał się sam – w domu byłem tylko ja. Podniosłem się z łóżka i już po chwili stałem przed drzwiami. Chwyciłem za klamkę i wpuściłem na korytarz trochę świeżego powietrza. Przez chwilę spoglądałem na twarz gościa, chcąc sobie przypomnieć, skąd go kojarzę, jednak brunet po chwili mnie wyręczył.
- Upuściłeś to wczoraj. – oddał mi mój portfel.
                Zdziwiony spojrzałem na chłopaka.
- Zaskoczony, że randomowy koleś z baru oddaje portfel? – zapytał, uśmiechając się kącikiem ust.
- N-nie, nie o to chodzi… – podrapałem się w tył głowy – Jestem zdziwiony faktem, że nawet tego nie zauważyłem.
- Wyglądałeś na dość nieświadomego, więc może dlatego. Ale cóż, nie moja sprawa. Oddałem zgubę, więc już jestem wolny. Będę lecieć.
- Napijesz się czegoś? – zapytałem – Chociaż tak mogę podziękować.
- Nie masz za co dziękować, nic takiego nie zrobiłem, ale okej. Napiję się kawy.
                Zaprosiłem chłopaka do środka. Od razu poszedłem do kuchni i wstawiłem wodę. Przygotowałem dwa kubki, do jednego nasypałem kawy, natomiast do drugiego wrzuciłem torebkę herbaty. Kiedy woda się zagotowała, zalałem naczynia wrzątkiem, a następnie wróciłem do salonu, gdzie siedział brunet. Postawiłem kubki na stoliku i klapnąłem obok chłopaka.
- Hm? Herbata? Nie pijasz kawy?
- Skąd to pytanie?
- Zwykle ludzie robią sobie to samo, co innym. – odpowiedział krótko.
- Hm... – zaciekawiłem się nieco – Nie mogę pić kawy. Choruję na coś.
- Tym bardziej powinieneś unikać miejsc takich, jak ten bar.
- Sam nie wiem, co tam robiłem. – przyznałem niechętnie – Nim się zorientowałem, stałem przed wejściem.
- Chęć odstresowania się?
- Całkiem możliwe. Pokłóciłem się z przyjacielem i tak wyszło.
- Kłótnie są słabe. – napił się kawy – Dlatego zawsze doradzam ludziom, aby mieli spory dystans do siebie, jak i otoczenia, nie przejmowali się zbytnio różnymi drobnostkami i tak dalej.
- Nie wiem, czy mogę nazwać drobnostką powód, przez który się pokłóciliśmy.
- Rzecz jasna. Bo przyjaciele chyba nie kłóciliby się o byle co, nie wiem. – wzruszył ramionami.
- Nie masz żadnych?
- Nie. – odpowiedział bezpośrednio – Mam zwykłych znajomych. Dla mnie, osoby dość nieufnej, tak jest najlepiej. Brak zwierzeń, tęczy, jednorożców. Nie pytamy się o prywatne rzeczy, nikt nie wchodzi sobie w drogę.
                Zdziwiłem się nieco wypowiedzią mężczyzny.
- Zaskoczony? – uśmiechnął się.
- Trochę. – przyznałem mu rację – Byłem kiedyś samotnikiem i opcja posiadania przyjaciela jest o wiele lepsza.
- Ale ja nie jestem samotnikiem. – zaznaczył – Można mnie raczej nazwać zdystansowaną osobą, która posiada grupę znajomych, jednak nie czuje potrzeby, aby jakoś szczególnie się do nich zbliżać.
                Brunet był naprawdę interesujący.
- Nie jest to ciężkie?
- Dla mnie nie. – zmrużył oczka – A co, chciałbyś zobaczyć, jak to wygląda?
                Zawahałem się.
- Sam nie wiem. Z jednej strony byłoby to bardzo pomocne.
- A z drugiej?
- Obawiam się, że temu nie podołam. – westchnąłem – To po prostu nie pasuje do mojego charakteru.
- Ano, tak też bywa. – dopił kawę do końca – Chociaż nawet największy wrażliwiec na siłę jest w stanie zmienić się w zimnego drania. – puścił mi oczko – Będę już leciał. – podniósł się z sofy.
- W porządku. – posłałem mu lekki uśmiech – Tak w ogóle, jestem Ritsu.
- Saito. Miło poznać. Tak trochę po czasie, ale nie szkodzi.
- Haha, prawda.
                Odprowadziłem bruneta do drzwi. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, znajomy ton głosu wypowiedział moje imię. Spojrzałem niechętnie na chłopaka. Naprawdę nie miałem ochoty na rozmowę z nim. Satoshi zerknął badawczo na mojego nowego znajomego, a po chwili przeniósł wzrok na mnie.
- Kto to jest?
- Nie musisz tego wiedzieć.
                Saito uśmiechnął się kącikiem ust. Pożegnał się ze mną, a następnie poszedł w swoją stronę, zostawiając mnie samego z Satoshim.
- Skoro nie chcesz mówić, to nie mów. – westchnął – Ale możemy chociaż porozmawiać o wczorajszym wieczorze?
- Po co? Dla większego niezrozumienia?
- Ritsu. – zmarszczył brwi.
                Tak. To było to. Uczucia nadal się mnie trzymały, więc nie byłem w stanie zbyt długo udawać obojętnego. Wpuściłem bruneta do środka. Usiadłem na sofie i dopiłem herbatę.
- Chcesz coś do picia? – zapytałem od niechcenia.
- Nie.
                Satoshi nawet nie usiadł. Stał przy mnie z założonymi rękoma i jakby czegoś ode mnie oczekiwał.
- Nie rozumiem twojego zachowania, Ritsu. Przecież ona nic ci nie zrobiła, więc skąd te fochy?
                Że co?
- Żeby nie było, rozmawiałem z nią, ale wszystkiemu zaprzeczyła.
                Zdenerwowałem się.
- To już nie mój problem. Jeśli chcesz stawać po jej stronie, to proszę bardzo. Nie dbam już o to.
- I znowu to robisz! Unikasz tematu.
- Wcale nie. – spojrzałem zdenerwowany na czarnowłosego – Po prostu nie mam ochoty się denerwować.
- Mógłbyś mi przynajmniej wyjaśnić, o co chodzi.
- Już mówiłem, a to, że kupujesz jej wersję, nie jest moją winą.
                Nie rozumiem go. Nigdy wcześniej się tak zachowywał. Czy naprawdę jedna dziewczyna mogłaby mieć na niego tak beznadziejny wpływ? Czy te dwa lata przyjaźni były niczym?
                Satoshi nie dodał nic więcej. Bez słowa opuścił mój dom. Nie powiem, zrobiło mi się trochę przykro. Koniec końców zależy mi na nim, ale skoro sprawa tak wygląda… chyba nie mam już co się w to mieszać. Jakieś pół godziny później przyszła moja mama. Wyglądała na całkiem podekscytowaną. Usiadła obok mnie i zaczęła mówić coś o leczeniu.
- Kilka dni po ostatnim zastrzyku czeka cię jedna wizyta w szpitalu. Niezależnie od wyników, przeniesiemy leczenie ciebie w inne miejsce.
- Co tak nagle?
- Wraz z twoim tatą znaleźliśmy bardzo dobrego lekarza, który zaoferował nam swoją pomoc.
- Skoro tak, to chyba nie mogę narzekać. – lekko się uśmiechnąłem.
- Minus jest taki, że będziemy musieli przenieść cię do innego miejsca.
                Kobieta zmieniła mimikę.
- To nie będzie problem.
- Cieszę się, że tak mówisz.
                Zapadła chwila ciszy. Włączyłem telewizję i skupiłem się na programie. Wtedy jednak mama postanowiła poruszyć temat Satoshiego. Zapytała, co się stało między naszą dwójką.
- Skąd pomysł, że coś się stało?
- Miałeś zostać u niego na noc, a jednak przyszedłeś w nocy do domu... – wyglądała na zmartwioną.
- Ah, więc zauważyłaś... – uśmiechnąłem się w przygnebiający sposób – Masz rację, trochę się posprzeczaliśmy.
                Kobieta wyglądała na dość przejętą, jednak nie spytała o żadne szczegóły. Prawdopodobnie zrobiła to, abym nie musiał myśleć o brunecie. Miło z jej strony.
                Wieczorem postanowiłem znów przejść się do tego baru. To miejsce miało w sobie coś wyjątkowego, no i… ten chłopak, Saito, bardzo zaciekawił mnie swoją osobą. Zanim dotarłem na miejsce, zdążyło minąć dobre pół godziny, ponieważ po drodze zatrzymałem się jeszcze w sklepie. Kiedy wszedłem do baru, zauważyłem, że dziś było o wiele więcej osób, niż wczoraj. Wszedłem w głąb i dorwałem jakieś wolne miejsce. Dyskretnie się rozejrzałem. Dostrzegłem grupę ludzi w specyficznych przebraniach. Jakiś występ? To by wyjaśniało te tłumy. Po chwili ktoś przyniósł mi kufel piwa. Położył go na stole i poszedł dalej. Nie sądzę, abym mógł…
- O, znowu tutaj?
                To był nie kto inny, jak Saito. Mężczyzna dosiadł się do mnie. Miał ze sobą małą saszetkę, którą położył na stole.
- Chyba ta chęć odstresowania nie daje za wygraną.
- Nieźle trafiłeś, dziś jest koncert.
- To by wyjaśniało tych ludzi w kostiumach.
                Chłopak uśmiechnął się, odwracając wzrok.
- Kostiumy, co? – zaśmiał się – Niech ci będzie.
                Brunet spojrzał na kufel.
- Hmm, nie wiedziałem, że pijasz alkohol.
- Nie piję, naprawdę. Usiadłem i ktoś mi to przyniósł.
- Może i nawet lepiej, że nie pijesz. – zmrużył oczy – Różne substancje mogą tam dosypywać tacy przypadkowi ludzie.
                Nieco się zraziłem.
- No i nawet, jeśli bym chciał, to nie mogę pić. Biorę dość mocne leki.
- Aa no tak, wspominałeś o jakiejś chorobie. To aż takie poważne.
- Niestety… – przygryzłem dolną wargę – Choruję na raka.
                Brunet spoważniał.
- Wybacz, nie powinienem pytać…
- To nic, naprawdę. – machnąłem dłonią.
                Saito był naprawdę miły. Rozmowa z nim mi pomagała.
- Po części przez chorobę tu przychodzę.
- To trochę niebezpieczne, wiesz?
- Domyślam się.
- Plus jest taki, że już kogoś stąd znasz.
- Racja. – przytaknąłem – Chociaż gdyby coś mi się stało, to rzeczywiście miałbym niemały problem. Z pewnością przyspieszyliby operację, a tego się niesamowicie obawiam…
- Operacje nie są takie straszne, na jakie wyglądają. – uśmiechnął się – Miałem już parę, więc wiem, o czym mówię.
- Trochę mi ulżyło. – westchnąłem.
                Po chwili dosiadła się do nas pewna grupka ludzi. Nie znałem nikogo, jednak Saito wyglądał, jakby wiedział, kim oni są. Dwie dziewczyny i trzech chłopaków. Z pewnością nie byli w podobnym wieku, jeden z mężczyzn wyglądał na „trochę” starszego. Dowiedziałem się po kilku minutach, że mężczyzna ten jest pracownikiem biurowym i jest z zupełnie innego pokolenia, niż my. Zdziwiłem się, że ktoś taki przychodził do takich miejsc. Prócz niego towarzyszyła nam studentka prawa, bliźniaki uczęszczające do liceum i… gimnazjalista, który w ogóle nie wyglądał na swój wiek. Z pozoru było to całkiem przyjazne grono. Wyglądali na bardzo zdystansowanych. To chyba to, o czym wspominał Saito. Jeden z bliźniaków, chłopak, sprawiał wrażenie, jakby przez cały czas mnie obserwował. Jego siostra raczej była skupiona na rozmowie z tą studentką. W pewnej chwili zaczynałem odczuwać lekki dyskomfort. Cóż, nic dziwnego, nie byłem przyzwyczajony do takich sytuacji.
- Dobra, Saito, to już chyba odpowiednia pora. – powiedział starszy mężczyzna.
- Tak myślisz?
                Pozostali się zgodzili. Brunet wyjął z saszetki pięć fiolek i dał po jednej każdemu z niedawno przybyłych. Cała piątka jednocześnie wypiła ich zawartość. Nie wiedziałem, co się działo.
- Od razu lepiej. – gimnazjalista odetchnął z ulgą.
                Zerknąłem badawczo na Saito. Chłopak nachylił się i powiedział:
- Odprowadzić cię? Wyglądasz, jakbyś już miał dość.
                Przystałem na propozycję bruneta. I nawet, jeśli już wychodziłem, do samego końca czułem na sobie wzrok jednego z chłopaków. Jednak tym razem bliźniak wyglądał już na nieco bardziej rozluźnionego, niż przedtem.
- To byli właśnie ci znajomi, o których wcześniej wspominałem. – powiedział, kiedy znaleźliśmy się na świeżym powietrzu.
- Wydają się w porządku.
- Nawet, jeśli brali? – uśmiechnął się w specyficzny sposób, uważnie przyglądając się mojej twarzy.
- Ah… Więc to były…
- Narkotyki. – dokończył za mnie – Chociaż nie takie, o jakich każdy mówi. Działają podobnie, jak leki uspokajające czy alkohol. Wyraźnie rozluźniają i dają upust frustracji. Największym plusem jest fakt, że nie są szkodliwe. – zmrużył oczy – Niestety ciężko jest je dorwać.
- Ty też… je bierzesz?
- Nie. – zaprzeczył – Nie mam ku temu żadnych powodów.
- W takim razie oni wszyscy mają jakieś problemy, przez które muszą je brać?
- Nie do końca. Nikt nie musi tego brać. Oni chcą. – spojrzał na ciemne niebo – Znam powód każdego z nich. Ten starszy facet nie wyrabia ze swoim szefem. Biedak ma naprawdę ciężko. Bliźniaki nie mają nawet chwili spokoju, wieczna frustracja ze strony rodziców i ciągłe zmuszanie do nauki im wszystko komplikują. Gimnazjalista ma spore problemy w domu. Studentka miała prywatne problemy z pewnym z nauczycieli z jej uniwerku. Teraz jest szykanowana przez sporą część uczniów, jak i nauczycieli. – westchnął – Gdyby nie te rzeczy, nawet nie powiedziałbym im o istnieniu tego narkotyku.
- Skoro jest tak, jak mówisz, to czemu ten płyn nazywany jest narkotykiem, a nie jakoś bardziej pozytywnie?
- Uzależnia jak cholera. – uśmiechnął się, patrząc na mnie.
- Rozumiem... – spojrzałem w dół.
- Zniechęcony? – zapytał w taki sposób, jakby już znał odpowiedź.
                Chwilę się nad tym zastanowiłem.
- Może to dziwne, ale nie. – zatrzymałem się – Nie mam zamiaru przekreślać osób, których nawet nie znam przez jeden mały minus, który jest w pewien sposób usprawiedliwiony.
                Saito zaśmiał się pod nosem.
- Jesteś naprawdę interesujący. Jesteśmy na miejscu.
- Oh, naprawdę? – spojrzałem na swój dom – Nawet nie zauważyłem…
- To nic. – uśmiechnął się – Jeśli będziesz chciał jeszcze porozmawiać, wiesz, gdzie mnie szukać.
                Odwzajemniłem gest.
- Pewnie.
- W takim razie do zobaczenia.
                Brunet zaczął iść w swoją stronę.
- Tak, do zobaczenia, Saito.
                Z pewnością się jeszcze tam spotkamy.

~~~

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic