czwartek, 27 sierpnia 2015

"Eien ni anata to" - Rozdział 5

Eien ni anata to.


Gatunek: Shounen-Ai, Okruchy życia, Dramat.
Numer rozdziału: 5.
Autor: Chizu Chan. 


~~~

                Satoshi poszedł do domu chwilę przed dziesiątą. Złe samopoczucie trzymało się mnie przez cały czas. To naprawdę było przykre, ale nie wiedziałem, jak sobie z tym poradzić. Sądziłem, iż będę w stanie rano wstawać z dobrym humorem i myśleć pozytywnie nad tym, co wkrótce może nadejść. Myliłem się. To wcale nie jest takie proste. Jest tak wiele spraw, które mnie przytłaczają…
                Położyłem się na łóżku i westchnąłem. Z obecnego miejsca przez okno mogłem dostrzec gwiazdy. To było naprawdę rzadkie. W mieście, gdzie jest tak wiele świateł nie można zobaczyć czegoś tak wspaniałego. Gwiazdy fascynowały mnie od dziecka. Gdy nim byłem, wraz z rodzina pojechałem na wycieczkę w góry. Pewnej nocy wyszedłem na zewnątrz, a kiedy spojrzałem w górę, znieruchomiałem. Czegoś tak pięknego nigdy nie widziałem. Być może przesadzam, w końcu jestem facetem. Ale to nie ma znaczenia.
                Zbudziłem się, gdy zaczęło świtać. Zerknąłem na zegarek. Wskazywał on szóstą raną. Dość wcześnie. Podniosłem się z łóżka, po czym podszedłem do lustra. Trochę się przeraziłem. Od zawsze byłem niesamowicie blady, ale teraz…
- Nie sądziłem, że można mieć aż tak jasną karnację.
                Z tego powodu fioletowe sińce pod oczami były jeszcze bardziej widoczne. Westchnąłem cicho, a następnie wyszedłem z pokoju, by po chwili znaleźć się w salonie. Rodzice pewnie jeszcze spali, więc będę musiał sam sobie coś przyrządzić. Jeśli mówiąc o śnie… Kiedy ja tak właściwie zasnąłem?
                Włączyłem piekarnik i oczekiwałem, aż się odpowiednio nagrzeje. Na blasze poukładałem pokryte panierką kawałki kurczaka, a kiedy jedna z lampek na piekarniku zgasła, wstawiłem rzecz do środka. Niezbyt zdrowy posiłek na śniadanie, ale właśnie na to miałem ochotę. W międzyczasie włączyłem tv, przełączając standardowo na kanał z muzyką, jednak tym razem odpowiednio przyciszyłem, by nie zbudzić rodziców. Usiadłem na wygodnej sofie i przymknąłem oczy. Pół godziny zleciało mi bardzo szybko. Wyjąłem z piekarnika gorące przekąski, a następnie poukładałem je na talerzu. Zjadłem wszystkie błyskawicznie, co lepsze, w dalszym ciągu odczuwałem głód. Jednak nie chciałem jeszcze bardziej przeciążać żołądka. Później z pewnością nie czułbym się najlepiej.
                Ku mojemu zdziwieniu, czas zlatywał wyjątkowo szybko. Nim zdążyłem się obejrzeć, wybiła trzynasta. Ojciec już pojechał do pracy, natomiast mama zajmowała się jakimiś porządkami. Postanowiłem jej trochę pomóc, i tak nie miałem nic lepszego do roboty.
- Dlaczego gdzieś nie wyjdziesz? – zapytała, kiedy skończyliśmy polerować naczynia – W mieście jest tak mnóstwo atrakcji, a ty tylko siedzisz w domu.
- Dobrze wiesz, że średnio przepadam za jakimikolwiek wypadami.
- Zauważyłam. – westchnęła – Ale chociaż mógłbyś spróbować. Pójść do jakiegoś miejsca, gdzie przychodzi mnóstwo nastolatków. Może poznałbyś kogoś o podobnych zainteresowaniach.
- Raczej nie skorzystam. – przymrużył oczy – Ale dzięki za troskę, doceniam.
- Cieszę się, że tak dobrze się trzymasz. – lekko się uśmiechnęła – Obawiałam się, że możesz sobie nie poradzić ze stresem…
                Położyłem łagodnie dłoń na ramieniu rodzicielki. Przybrałem pogodny wyraz twarzy, aby rozwiać jej wątpliwości.
- Wszystko jest w należytym porządku. – powiedziałem pewnie – Rozmowy z psychologiem są kojące i dają do myślenia. No i mam Satoshiego.
- Skoro tak mówisz…
- Zapewniam, że czuję się dobrze.
                To było kłamstwo, rzecz jasna. Nie chciałem nikomu o tym mówić, bo po co ktoś miałby się dowiadywać o mojej zazdrości? To nie było nic ważnego, więc nie chciałem kłopotać innych, tym bardziej swojej mamy, która miała już wystarczająco dużo rzeczy na głowie. Jestem prawie pewien, że to mi minie. Wystarczy, że będę wszystko w sobie tłumił. Robiłem tak dotychczas i działało, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej?
                O dziewiętnastej wyszedłem z domu. Chwilę przed tym zadzwonił Satoshi pytając, czy się z nim spotkam. Nie chcąc kazać mu czekać, zarzuciłem jedynie cieplejszą bluzę i opuściłem mieszkanie. Znajdował się jakiś kilometr od mojego domu. Nieco przyspieszyłem, gdy zobaczyłem siedzącego na ławce bruneta. Kiedy mnie zobaczył, podniósł się z miejsca i lekko uśmiechnął.
- Wyjątkowo szybko.
- Może trochę się pospieszyłem…
                Poszliśmy do parku. Było tam dużo ludzi, więc wraz z Satoshim postanowiłem się dowiedzieć, co się dzieje. Większa część osób ubrana była w jakieś dziwne peleryny. Praktycznie każdy trzymał lampion w dłoni, co mnie jeszcze bardziej zaciekawiło. Z ust jakiejś starszej pani padło hasło „Festiwal Zapomnienia”. Gdzieś już to słyszałem, tylko…
- Ah, no przecież! – krzyknął, pukając się w łebek – Dziś jest ten festiwal.
- No wiem, przed chwilą ta pani… – podążyłem wzrokiem za kobietą.
- Nie o to mi chodzi. – przerwał mi, po czym westchnął – Zawaliłem.
                Zmarszczyłem lekko brwi, nie rozumiejąc zachowania chłopaka.
- Chciałem cię tu zabrać, zrobić małą niespodziankę. – powiedział łagodnie – Ale oczywiście skleroza dała się we znaki…
- Nie szkodzi, ale… – uniosłem brwi do góry – Niespodziankę? Co masz na myśli?
- Festiwal Zapomnienia, jak sama nazwa wskazuje, ma na celu odesłanie w zapomnienie wszystkich myśli, które cię dręczą, obaw, złych doświadczeń, jak i wspomnień. Poprzez puszczenie lampionu odsyłasz te wszystkie przykre rzeczy jak najdalej.
                Chyba rozumiem…
- Chciałem, żebyś tu przyszedł i puścił w niepamięć wszystkie obawy dotyczące twojej choroby. – uśmiechnął się pogodnie – Fakt faktem, zapomniałem o tym, ale jakimś dziwnym trafem znaleźliśmy się tutaj o właściwej porze…
- Przeznaczenie? – zapytałem żartobliwie.
                Chłopak wyprostował się.
- Być może.
                Satoshi był optymistą. Lubił marzyć, myśleć o dobrych rzeczach. Dlatego też wierzył w rzeczy takie, jak przeznaczenie czy różnorodne zabobony. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Każdy ma prawo do wiary w to, co chce. Po prostu… Jestem pozytywnie zaskoczony tym wszystkim.
- Dziękuję.
                Czarnowłosy objął mnie jednym ramieniem.
- Nie ma za co. Jesteś moim najważniejszym przyjacielem. – przymknął oczy – Dla ciebie mógłbym zrobić wszystko.
                Zatkało mnie. Te słowa słyszałem już wcześniej od Satoshiego, ale tym razem… było w nich coś innego. Moją twarz pokrył lekki rumieniec, jednak dzięki temu, iż nie było zbyt jasno, nikt nic nie dostrzegł. Z uśmiechem na twarzy szedłem obok bruneta, zmierzając do miejsca, gdzie zbierali się wszyscy. Chłopak zdobył po drodze jeden lampion.
- Mnóstwo tu ludzi. – powiedział, gdy znaleźliśmy się na placu.
- I jeszcze więcej lampionów. – dodałem, zafascynowany tym wszystkim.
                Było wspaniałe. Przez cały czas towarzyszyła nam spokojna muzyka, dodająca klimatu. Kiedy wszyscy puścili lampiony, wraz z Satoshim dołączyliśmy do nich. Obserwując te wszystkie zmierzające ku górze świecidełka, poczułem się niebywale szczęśliwy.


~~~

- Co wczoraj robiłeś, Ritsu? – zapytała brązowowłosa, siadając obok mnie na sofie.
- Satoshi zabrał mnie na Festiwal Zapomnienia. – powiedziałem z uśmiechem, który od wczoraj nie schodził mi z twarzy.
- Oh, sąsiadki coś o tym mówiły…
                Ziewnąłem. Nie starałem się nawet ukryć swojego zmęczenia. Do domu wróciłem dość późno, po tym miałem jeszcze lekkie problemy z zaśnięciem. W końcu wyszło na to, że spałem przez jakieś trzy godziny, bo z rana zostałem obudzony przez dzwonek do drzwi. To był znowu ten mężczyzna ze związanymi włosami. Jak mu było… Sakimoto?
- O czym myślisz, skarbie?
- Wiesz… zastanawia mnie ten facet z rana. – powiedziałem bezpośrednio, na co mama wytrzeszczyła oczy.
                Wprawdzie trwało to jakąś sekundę, jednak zdołałem zauważyć.
- Ostatnio też tutaj był i zareagowaliście podobnie. – zmarszczyłem brwi – O co chodzi? Chyba niczego nie ukrywacie, prawda?
- Skąd. – zaśmiała się nerwowo – Ten pan pomaga nam w znalezieniu odpowiednich lekarzy dla ciebie…
- Po co? – zdziwiłem się – Przecież jestem już leczony…
- Tak, ale… chcę mieć pewność, że wszystko pójdzie dobrze.
                Zamilkłem.
- Nie rozumiem…
- Pan Sakimoto bardzo nam pomaga. – zacisnęła dłonie w pięści – Wszystkie formalności zostały już prawie zakończone…
                W dalszym ciągu tego nie rozumiem. Formalności? I co z tą podejrzaną powagą? Mówi to tak niejasno, że naprawdę zaczynam podejrzewać ją, jak i ojca o jakąś tajemnicę.
- Na razie nie musisz się niczym przejmować. – uśmiechnęła się niepewnie – Spędzaj czas z Satoshim, wychodź na miasto. Rób to, co do tej pory.
                Ta rozmowa zmierza na dziwny tor…
- Kiedy ujmujesz to w taki sposób, ja… naprawdę nie wiem, co myśleć. – wyznałem zakłopotany.
- Więc nie staraj się na siłę niczego wymyślać. – podniosła się z miejsca – Powiemy ci o wszystkim, kiedy będziemy mieć pewność, że się udało.
- Dobra… – zmarszczyłem czoło.
- Pójdę zrobić nam herbaty.
                Kiedy zniknęła z mojego pola widzenia, schowałem twarz w dłoniach i głośno odetchnąłem.
- Nic już nie rozumiem.

~~~


2 komentarze :

  1. Ja też nic nie rozumiem XD Więcej, Więcej i jeszcze raz więcej! :) Bardzo mi się podobało i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy ^_^ Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie mi się spodobało opowiadanie, ale moim zdaniem jest za mało o samopoczuciu Ritsu... jakieś kłopoty z oddychaniem czy inne bóle. Mogę się na tym nie znać, ale głowę dam sobie uciąć, iż przy tym raku samopoczucie nie może być dobre. Ah ale się rozpisałam! Czekam na dalsze rozdziały!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic