sobota, 7 lutego 2015

"Eien ni anta to" - Rozdział 1.



Eien ni anata to.


Gatunek: Shounen-Ai, Okruchy życia, Dramat.
Numer rozdziału: 1.
Autor: Chizu Chan.
 


* * *

  
- To zaawansowany niedrobnokomórkowy rak płuc. – oznajmił bezuczuciowo jeden z lekarzy.
                Siedząc na skórzanej, czarnej sofie niedowierzałem słowom tego mężczyzny. Wpatrywałem się w niego wytrzeszczonymi oczyma, zaczynając powoli odczuwać drżenie własnych dłoni. Moja matka upadła na kolana, a z jej dużych, niebieskich oczu wypłynęło kilka łez. Ojciec złapał się za głowę, jednocześnie podpierając ścianę drugą ręką. Spoglądając na wszystkich obecnych tutaj ludzi, powoli układałem wszystko w swojej głowie. Wczoraj rodzice zabrali mnie na badania do szpitala. Miałem „lekkie” problemy zdrowotne. Kasłanie, a nawet wymiotowanie krwią, zawroty głowy, nienajlepsze samopoczucie. Matka miała dość patrzenia na to, jak się męczę, więc przywiozła mnie tutaj. Zrobiono mi kilka badań, a skoro wyniki miały być dnia następnego, rodzice postanowili zostawić mnie w jednym ze szpitalnych pokoi. Teraz siedzę tutaj i wysłuchuję szlochu własnych rodziców. Mój umysł nie dopuszcza  do siebie informacji, że choruję… na raka.
- Panie doktorze… - zaczęła niebieskooka, zapłakana kobieta – To można wyleczyć, prawda? Po leczeniu mój Ritsu będzie znów zdrowym, szczęśliwym chłopakiem, prawda? – a ona, jak zwykle, robi sobie zbędne nadzieje…
- Eh… - siwowłosy mężczyzna westchnął, po czym podniósł się z siedzenia i stanął przed nią – Ciężko jest mi to powiedzieć, ale niestety… Z danych, jakie obecnie mamy, możemy jedynie wywnioskować, iż nowotwór się rozrósł. Widząc te statystyki, tylko stwierdzam na chwilę obecną, szanse na wyleczenie są nikłe…
                Słuchanie tego wszystkiego tylko sprawiało, że miałem ich serdecznie dość. Gdybyśmy zignorowali te rzeczy, gdybyśmy nie robili tych durnych badań, to nikt by się nie dowiedział o tej chorobie... Szczerze? Byłoby chyba nawet lepiej.
- Ale… Można się podjąć leczenia? – zapytał ojciec.
- Oczywiście, nawet trzeba.
- Więc, kiedy będzie można ustalić tę pierwszą wizytę, doktorze? – brązowowłosa tylko dopytywała.
- Za dwa dni. Wtedy ustalimy dokładny rozmiar nowotworu oraz czy się rozrósł do tego stopnia, aby wykraczał poza granice płuc. – oznajmił.
- W porządku. – w końcu odważyłem się coś powiedzieć.
- Wtedy również ustalimy odpowiednie leczenie. – dodał.
                Nie miałem już siły odpowiadać, więc aby pokazać swoje zrozumienie, kilkakrotnie pokiwałem głową. Rodzice zabrali swoje rzeczy, a następnie razem ze mną opuścili teren szpitalu. Matka starała się na siłę zachować powagę, jednak nawet ja zdołałem dostrzec ten smutek, jak i przerażenie w jej oczach. Nie mówiłem już nic więcej. W ciszy przesiedziałem całą drogę powrotną do domu. Nie chciałem, aby widzieli, jak się tym przejmuję. Żeby widzieli, że jestem przerażony. Nie wiem dlaczego, ale wolę być postrzegany jako obojętna osoba, a zachowywanie się w sposób tak nieadekwatny do tego byłoby nie najlepszym rozwiązaniem. Nie chcę… pokazywać swoich uczuć…


* * *


- Co postanawiasz zrobić z Satoshim, Ritsu? – zapadło kolejne pytanie ze strony matki.
- A co mam zrobić? – odpowiedziałem, dodatkowo zamykając za sobą drzwi wejściowe – Nie chcę go tym dołować, więc na chwilę obecną sprawę swojej „choroby” pozostawię dla siebie…
- Ale Ritsu…
- Mamo, przestań. – przerwałem jej – Chociaż raz nie mieszaj się w to… Gdy będę gotowy, sam mu to wyznam, okej?
- Dobrze, ale wiesz… On jest Twoim przyjacielem. Z pewnością by to zrozumiał.
- O czym Ty teraz…? – uniosłem jedną brew ku górze – Błagam, nie wznawiaj kolejny raz tego tematu… - westchnąłem z zażenowaniem.
- Musisz mu w końcu o tym powiedzieć. – powiedziała – Spokojnie, już Ci dam spokój, bo widzę te iskierki w Twoich oczach. – zachichotała, po czym złożyła na moim czole pocałunek.
- Weeeeź. – odsunąłem się – Nie mam już pięciu lat. – złożyłem ręce, dodatkowo nabierając oburzonego wyrazu twarzy.
- Wiem, wiem, ale dla mnie zawsze pozostaniesz moim małym Ritsukim. – pierwszy raz od tego całego zajścia na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech.
- W końcu się uśmiechnęłaś. – wywinąłem kąciki ust w górę.
                Zamieniłem z nią jeszcze kilka słów, po czym udałem się do kuchni. Z lodówki wyjąłem jagodowy jogurt, natomiast z szafki małą łyżeczkę. Wieczko wyrzuciłem do kosza, następnie zająłem się zjedzeniem jogurtu. Moją głowę cały czas zaprzątały myśli, co będzie dalej… Jakby na to nie patrzeć, rak płuc to poważna choroba. Ale jakim cudem ja mogłem na nią zachorować…
Moje myśli przerwał donośny dzwonek do drzwi. Odłożyłem jogurt na blat, później z kolei podszedłem do drzwi frontowych. Otworzyłem je, a gdy moim oczom ukazała się uśmiechnięta twarz Satoshiego, poczułem nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Chłopak automatycznie wprosił się do mojego mieszkania. W tej chwili ponownie pomyślałem o swojej chorobie oraz o tym, czy Satoshi powinien poznać prawdę. Z jednej strony nie chcę, aby traktował mnie pobłażliwie, a z drugiej, jeśli mu nie powiem, czy to nie będzie źle świadczyło o naszej… przyjaźni? Racja, jesteśmy przyjaciółmi. Tylko przyjaciółmi. On nie wie o tym, że jestem w nim zakochany. Dzięki bogu. To nie tak, że boję się to wyznać. Po prostu obecna sytuacja wystarczy mi w stu procentach. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, spędzamy mnóstwo czasu razem. Jest mi dobrze bez wyznawania mu tego, co czuję. Zawsze istnieje ryzyko, że Satoshi źle to odbierze, że mnie odrzuci… Zaczęlibyśmy się wtedy od siebie oddalać, a ten cały czas, który ze sobą spędziliśmy już by nic nie znaczył.
- Co z Tobą? – zapytał, zbliżając się do mnie – Jakiś niemrawy dziś jesteś. – przechylił głowę na bok – Coś się stało?
- Niee, skąd. – lekko się uśmiechnąłem – Nie wyspałem się i tyle.
- Skoro tak mówisz… - wzruszył ramionami.
                Satoshi oparł się o blat kuchenny, a ja spoglądałem na niego ukradkiem. Czy dobrze robię, że ukrywam przed nim taką rzecz…?
- Wiesz… - zaczął – Dziś pewna dziewczyna wyznała mi uczucia. – spojrzał na mnie.
                Poczułem, jak moje kolana zaczynają się uginać. Aby nie dać nic po sobie znać, usiadłem na pobliskim krześle. Na mojej twarzy zawitał sztuczny, aczkolwiek dobrze wyćwiczony już uśmiech.
- Tak? I jak?
- Nijak… - odgarnął włosy – Na razie wstrzymałem się z odpowiedzią.
- Dlaczego? – zapytałem z pełną ciekawością, ręką podpierając podbródek – Nie podoba Ci się?
- Niee, nie w tym rzecz. Jest bardzo ładna i miła, ale… Nie wiem…
- Oh… - przełknąłem ślinę – I co zadecydujesz? Zgodzisz się na… związek z nią? – lepiej odpowiedz przecząco, nie dołuj mnie bardziej.
- Nie mam pojęcia… - ciemnowłosy spojrzał mi prosto w oczy. Chwilę się tak wpatrywał.
- W-więc… - zacząłem po nieciekawej chwili ciszy – Jak Ci minęła reszta dnia? – zachichotałem z nerwów.
- Zachowujesz się trochę… - ponownie spojrzał na mnie – Czy coś się stało?
- Nie, skąd. – pokręciłem przecząco łebkiem.
- Eh, zresztą nieważne. – przeczesał dłonią czarne włosy.
                Nie wiem co powiedzieć. Zabrakło mi języka w gardle. I to jeszcze w takim momencie…
- Dobra, ja się zbieram, porozmawiamy o tym jutro. – oznajmił, po czym ubrał się i wyszedł.
                Rany… Dlaczego to jest takie trudne.


* * *


                Otworzyłem oczy z nadzieją, że to wszystko jest tylko chorym snem. Na moje nieszczęście, przerosłem własne oczekiwania. Dzisiejszego dnia te wszystkie zdarzenia mnie bardziej przytłaczały. Chciało mi się krzyczeć, a nawet miałem chęć się rozpłakać. Dopiero teraz to do mnie dotarło… Jestem chory na śmiertelną chorobę, a osoba, w której jestem zakochany być może sobie kogoś znalazła. To zbyt wiele jak dla mnie…
- Ritsuki, obudziłeś się już? – zapytała matka, powoli wchodząc do mojego pokoju.
- Mhm. – mruknąłem, szybko przecierając oczy, aby nie dać nic po sobie znać.
- Może Cię to zaskoczyć, ale umówiłam Cię z psychologiem na szesnastą. – oznajmiła.
- Psycholog? – zwróciłem się do niej – Nie potrzebuję psychologa…
- Właśnie, że potrzebujesz. – złapała mnie za rękę – Wiem, że jest Ci ciężko, Ritsu… Więc proszę, nie rób problemów. Pójdź dziś do psychologa, na pewno Ci pomoże…
- Dobrze. – przystałem na prośbę mamy.
                Uśmiechnęła się ostatni raz, a następnie opuściła pomieszczenie. Rozejrzałem się po pokoju, później z kolei wstałem z łóżka. Założyłem na nogi kapcie, a po tym pokierowałem się do łazienki. Zamknąłem za sobą drzwi. Stanąłem przed umywalką, następnie odkręciłem letnią wodę. Przemyłem swoją twarz, dodatkowo odgarniając włosy do tyłu. Szybko umyłem zęby, następnie dłonie. Wyszedłem z łazienki. W momencie, gdy chciałem wrócić do swojego pokoju, by wybrać jakieś ubrania, usłyszałem huk dochodzący z salonu. Pospiesznie zbiegłem do wyznaczonego miejsca, aby się dowiedzieć, co się stało. Zobaczyłem matkę zbierającą coś z podłogi, chyba szkło. Podszedłem do niej.
- Co się stało? – zapytałem.
- Nic takiego, potknęłam się i zrzuciłam wazę z komody.
- Jesteś przemęczona… - spojrzałem na nią litościwie – Spałaś w ogóle w nocy?
- Jakoś nie mogłam zasnąć… - zaśmiała się cicho.
- Nie powinnaś się przemęczać… Po prostu idź się prześpij, ja to pozbieram.
- Ale mam pracę o…
- Weź dzień wolny. Chyba nie myślisz o pójściu do pracy w takim stanie, co? – zwróciłem się do niej.
- Skoro tak nalegasz…
                Wstała i wyciągnęła telefon komórkowy z torebki. Udała się do kuchni, by móc w spokoju porozmawiać. Pozbierałem resztę odłamków szkła, następnie wyrzuciłem je do kosza. Ponownie udałem się na górę, do swojego pokoju. Z szafy wyjąłem ciemne rurki oraz białą, luźną bluzę. Szybko się przebrałem, po czym spojrzałem na zegarek.
- Mam trochę ponad godzinę…
                Wróciłem do kuchni. Na stole czekał na mnie gotowy obiad. Szybko go zjadłem, a brudne naczynia włożyłem do zmywarki. Umyłem ręce, następnie poszedłem do holu. Założyłem ciemne trampki, a do ręki wziąłem pierwszą lepszą torbę. Spakowałem do niej potrzebne rzeczy, po czym wyszedłem z mieszkania. Zamknąłem za sobą drzwi, później z kolei pokierowałem się w stronę niedaleko znajdującego się gabinetu psychologa.
                Nie spieszyłem się. Szedłem dość normalnym tempem. Wiatr powiewał, delikatnie roztrzepując moje włosy. Odczułem lekki chłód, więc włożyłem dłonie do kieszeni bluzy. Idąc do celu, rozglądałem się po budynkach miasta. Pomimo tego, że mieszkam tutaj już dwa lata, a nawet więcej, to nadal czuję się obco. W dalszym ciągu nie rozpoznałem się doskonale w tym mieście, często mylą mi się ulice, drogi, miejsca… Doprawdy.
                Znalazłem się pod ładnie wykonanym budynkiem. Ciemne barwy przeważały, ale zestawienie ich z tymi jaśniejszymi tworzyło milszy klimat. Złapałem większy oddech, po czym wszedłem do środka. Od razu zrobiło mi się cieplej, więc zdjąłem z siebie bluzę, przez co zostałem w szarej bokserce. Wszedłem do pokoju, w którym miałem mieć za chwilę spotkanie z psychologiem. Usiadłem na wygodnej, białej sofie i zacząłem oczekiwać przybycia mężczyzny. Nie musiałem długo czekać, ponieważ psycholog przybył po kilku minutach. Usiadł za biurkiem, tuż przede mną, po czym zaczął sprawdzać coś w notesie. Założył nogę na nogę, a przedmiot, w którym chwilkę temu coś sprawdzał, odłożył na biurko.
- Honomiya Ritsuki? – zapytał, spoglądając prosto w moje oczy.
- Tak. – pokiwałem twierdząco łebkiem.
- W porządku. – ponownie wziął coś do ręki, jednak tym razem był to ogromny segregator.
                Zapadła dłuższa chwila ciszy. Nie miałem pojęcia, co w takiej sytuacji robić.
- No dobrze. – powiedział – Więc, co Cię tutaj sprowadza?
- Matka mnie tu wysłała.
- Hmm, rozumiem. – poprawił okulary – Jaki był powód wysłania Cię tutaj?
- Wczoraj dowiedziałem się, że choruję na raka. – odpowiedziałem obojętnie.
                Mężczyzna uchylił ze zdziwienia usta.
- Mówisz to z taką obojętnością, jakby to było coś normalnego. – stwierdził zaskoczony.
- Być może… - wzruszyłem ramionami.
- Nie powinieneś postępować w taki sposób. – rzekł – Jak złe by nie było Twoje podejście do życia, mówienie o śmiertelnej chorobie z taką łatwością jest kompletną przesadą.  
                Jakbyś w ogóle mógł wiedzieć, co czuję…
- Ritsuki… - westchnął – Coś czuję, że nasze rozmowy nie będą należały do tych łatwiejszych. – uśmiechnął się lekko – Dlatego proszę Cię o współpracę.
- Nie lubię rozmawiać z innymi o tym, co czuję…
- Zdradzisz mi powód?
                Nie odpowiedziałem.
- Rozumiem… - odchrząknął – Koniec końców, łatwe to nie będzie. – oparł się łokciem o biurko – Jednak jednego jestem pewien. – oznajmił.
- Co to takiego? – zapytałem znużonym tonem głosu.
- Już niedługo to się zmieni.
                Mężczyzna lekko się uśmiechnął.
- Skąd pan może o tym wiedzieć?
- Tajemnica zawodowa. – powiedział szczerząc się.
- Mhm.
- Myślę, że tyle wystarczy, jak na pierwszą wizytę. – spojrzał na zegarek – Czy masz jakieś pytania?
- Nie…
- W takim razie możesz iść już do domu.
                Bez słowa podniosłem się z sofy, a następnie opuściłem pomieszczenie, wcześniej zabierając swoje rzeczy.
- Jakbyś w ogóle był w stanie wyobrazić sobie to, co czuję. – szepnąłem do siebie, mając świetliki w oczach.


* * *


                Przed swoim domem dostrzegłem Satoshiego. Podszedłem do chłopaka, by dowiedzieć się, o co tym razem chodzi.
- Cześć. – przywitałem się.
                Czarnowłosy obrócił się na pięcie w moją stronę.
- No więc. – wziął głęboki wdech – Postanowiłem jej nie odrzucać!
                Satoshi widząc mój zdezorientowany wyraz twarzy podrapał się po głowie.
- No wiesz, tę dziewczynę! Doszedłem do wniosku, że nie powinienem tak po prostu jej odrzucić. Postanowiłem rozpocząć to od zwykłej znajomości. Chcę ją lepie poznać...
- Ooh… - od razu poczułem się bardziej dobity.
- Jira była trochę rozczarowana, ale myślę, że w końcu zrozumie, dlaczego tak postąpiłem.
- Więc… - chciałem szybko zmienić temat, by nie musieć tego wszystkiego słuchać - Co teraz postanawiasz…?
- Wrócić do domu i porządnie się wyspać, jestem padnięty. – ziewnął.
- No tak, rozmowa musiała Cię bardzo zmęczyć.
- Hej, rozmowa i przyjęcie wyznania nie należy do łatwych zadań! Nigdy nie wiem, czy powinienem dać komuś szansę czy nie.
- Też masz problemy. – powiedziałem, lekko się przy tym uśmiechając – Jutro jadę do… – urwałem w połowie.
                Przecież nie powiem mu o tej chorobie…
- Do?
- Wybacz, zamyśliłem się – zaśmiałem się nerwowo, po czym zrobiłem kilka kroków w przód – Jadę razem z mamą do jej pracy.
- Po co? – przetarł oczy.
- Jest przemęczona, poprosiła mnie, żebym jej pomógł. Rozumiesz…
- Czaję, czaję.
                Satoshi pożegnał się ze mną, a następnie poszedł do domu. Ta wiadomość o zaakceptowaniu uczuć dziewczyny niesamowicie mnie dobiła. Może teraz nie zdaję sobie z tego sprawy, ale… Czy powinienem nadal ukrywać swoje uczucia…?
Jutro sprawdzanie stanu, oby to nie było coś strasznego.


* * *
                           

 Startuje nawet oryginalna wersja Eien ni, taka, którą zamierzałam napisać na samym początku.. Postać Saito się tutaj niestety nie pojawi. No, może tylko na chwilę, jednak nie odegra jakiejś większej roli. Ponadto fabuła będzie się różniła.

4 komentarze :

  1. Jak się cieszę! Tamta wersja tak strasznie mi się nie podobała ;_;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha szczerze, to jak później to przeczytałam, też mi się nie podobało. xD

      Usuń
  2. *Że co, proszę* dlaczego? czytałam to na tyle dawno ze nie pamiętam dobrze cie się zmieniło... pamiętam tyle ze płakałam na końcu a teraz wchodzę i 2 rozdziały ;__; + dlaczego bez Saito? ;c

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te rozdziały są w dalszym ciągu na blogu, mam na myśli te stare. xD
      A bez Saito, ponieważ mój pierwotny pomysł w ogóle nie brał pod uwagę trzeciej osoby, miał być romans pomiędzy tą główną dwójką. :P

      Usuń

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic