niedziela, 8 lutego 2015

"Eien ni anata to." - Rozdział 2.



Eien ni anata to.


Gatunek: Shounen-Ai, Okruchy życia, Dramat.
Numer rozdziału: 2.
Autor: Chizu Chan.
 



* * *

     Rano powitało mnie aż rażące w oczy światło... Dziś będę jechał na badania. Przy odrobinie szczęścia powinienem się dowiedzieć czegoś nowego. Mam nadzieję, że nie zawiodę się na lekarzach i w końcu będę mógł się dowiedzieć, czy jest jakikolwiek sens w leczeniu.
     Dostałem również informację od swojej rodzicielki, iż na godzinę siedemnastą mam umówioną kolejną wizytę u psychologa. Nie wiem, czy ma to jakikolwiek sens. Wczoraj siedziałem u niego raptem dziesięć minut. Ponadto niczego korzystnego mu nie zdradziłem i, szczerze mówiąc, nie zamierzam tego zrobić.
- Ritsuki! – usłyszałem z dołu – Pospiesz się, niedługo musimy jechać!
- Dobra! – krzyknąłem w ramach odpowiedzi.
     Podniosłem się z łóżka z lekkim kaprysem, następnie w trybie natychmiastowym uszykowałem ubranie, przemyłem się, a także zdążyłem coś zjeść. Po wszystkim zszedłem do salonu, gdzie czekała na mnie mama. Brązowowłosa zabrała odpowiednie dokumenty, po czym zgarniając mnie po drodze, opuściła mieszkanie. Wsiedliśmy do samochodu, później z kolei ruszyliśmy do szpitala.
- Pamiętaj, nie stresuj się. – rozpoczęła rozmowę – Jestem pewna, że wszystko się ułoży i podąży tą dobrą ścieżką.
- Za dużo o tym myślisz. – wypaliłem bez chwili namysłu – Nie zadręczaj się tak…
- Jak mogę o tym nie myśleć? To nie jest… takie proste… - poczułem, że sprawiłem jej sporą przykrość – Mój syn jest chory na raka…
- Przepraszam, nie chciałem…
- Nic nie szkodzi. – przetarła oczy.
     Resztę drogi przesiedzieliśmy w ciszy. Nie chciałem się odzywać. Kolejne dobicie jej słowami tego typu byłoby nieuniknione.

* * *

- Wydrukuj jeszcze te papiery. – nakazał jeden z lekarzy.
- Dobrze. – kolejny jedynie skinął łebkiem i zabrał się do pracy.
     Mężczyźni później szeptali coś między sobą, na moje nieszczęście słyszałem tylko urywki tej rozmowy. Intuicja podpowiada mi, że to jest coś aż nazbyt poważnego. Zacząłem się obawiać reakcji mamy… Przecież gdy któryś z nich powie, że nie ma szans na wyleczenie, to ona wpadnie w depresję… Już teraz jest kłębkiem nerwów, widać to na pierwszy rzut oka. W takich chwilach naprawdę nie wiem, co powinienem zrobić…
     Dwaj lekarze zasiedli naprzeciw nas. Ich wyrazy twarzy tylko potwierdzały moje negatywne przypuszczenia. Jeden z nich odchrząknął, po czym zaczął przygotowywać się do ogłoszenia mojego stanu.
- Cóż… Nie wiem, od czego powinienem zacząć. – spoglądał raz to na mnie, raz na niebieskooką – Bardzo ciężko jest mi przyznać, ale… przykro mi. – matka otworzyła szerzej oczy, a ja wstrzymałem oddech – Nowotwór bardzo się rozrósł. Jego cząstki rozprzestrzeniły się po większej części organizmu. Nie chcę was okłamywać, więc powiem wprost… Szansa, że uda się cię wyleczyć jest niesamowicie niska.
     Fumiko zasłoniła dłońmi twarz, a głowę pochyliła w dół. Zaczęła płakać. Patrząc na nią w takim stanie miałem ochotę się dołączyć. Przytuliłem ją do siebie, po czym wyszeptałem parę słów, aby jakoś ją pocieszyć.
- Jestem wszystkiego świadomy. – powiedziałem – Podejmę się leczenia. – postanowiłem.
- Dobrze, że to jest twój wybór. - jeden z lekarzy wstał i odszedł.
- A miałem inny? – zapytałem.
- Zawsze mogłeś zrezygnować i zaakceptować nadchodzącą śmierć.
- Nadchodzącą śmierć, huh... – szepnąłem pod nosem.
- Jednak nie myśl o tym źle. – wtrącił nagle – To wcale nie jest powiedziane, że nie uda ci się wyzdrowieć.
- Chociaż jedna dobra wiadomość. – westchnąłem z ulgą.
- Leczenie będzie odbywało się regularnie w szpitalu. Co dwa tygodnie. Podejmiemy się każdej metody. – spojrzał na matkę – Czy ma pani jakieś pojęcie na temat podawania zastrzyków? – zapytał.
- Tak. – potwierdziła.
- To świetnie. – spojrzał na mnie – Dostaniesz  do domu cztery strzykawki wypełnione lekarstwem. Proszę, aby były one używane raz w tygodniu. Dziś mamy niedzielę, więc pierwszy zastrzyk powinniście zrobić jutro. Najlepiej wieczorem. Należy trzymać się jednej godziny przez cały miesiąc.
- Rozumiem. – powiedziała Fumiko – Czy ma on jakieś skutki uboczne…?
- Zastrzyk może sprawić, że Ritsuki poczuje osłabienie, zawroty głowy i tym podobne. Jednak, gdyby to było zbyt mocne, proszę z nim przyjechać.
- Dobrze.
- Proszę tutaj poczekać, powiem asystentowi, aby przyniósł te lekarstwa.
- W porządku…
     Siedzieliśmy z mamą w ciszy. Żadne z nas nie miało na tyle odwagi, aby cokolwiek powiedzieć. Gdy w końcu lekarz wrócił, wręczył mojej mamie opakowanie zawierające cztery zastrzyki. Powtórzył jeszcze raz to, co powiedział nam wcześniej, po czym pozwolił nam wrócić do domu.
     Wyszliśmy z budynku, a następnie wsiedliśmy do samochodu. Fumiko przez kilka pierwszych minut siedziała w bezruchu. Odchrząknęła dopiero po upływie paru minut. Po tym włożyła kluczyk do stacyjki i przekręciła go w bok. Gdy samochód ruszył, zamknąłem oczy i pogrążyłem się w myślach.

* * *

     Lekarz doradził, aby zastrzyki były wykonywane wieczorem. Niestety wraz z matką postanowiliśmy to zrobić po południu. Według mnie to będzie bardziej komfortowy wybór. Satoshi najczęściej przychodzi pod wieczór, więc to byłoby nieco kłopotliwe, gdyby zobaczył, że przyjmuję lekarstwa.
- No, Ritsu, to będzie tylko chwilowe ukłucie. – pocieszyła mnie matka – To nie będzie długo trwało.
- T-ta… - kiwnąłem łebkiem.
     Niebieskooka wbiła mi w rękę strzykawkę. Uczucie było tak niesamowicie dziwne, że aż się wzdrygnąłem. Sądziłem, iż ból jest znośny, jednak w momencie, gdy kobieta zaczęła wstrzykiwać płyn, przeliczyłem się. To było tak nieprzyjemne uczucie, że miałem ochotę zemdleć. Ranę po ukłuciu zasłoniła nawilżonym wacikiem, po czym szybko poszła do kuchni, ponieważ zadzwonił telefon. Niedługo po tym powiadomiła mnie, że ojciec czeka niedaleko domu z zakupami, ponieważ jedna z siatek się zerwała i nie ma jak wrócić. Wzięła jakąś torbę i wyszła. Zostałem sam. Myślałem, że udało mi się uniknąć tych nieprzyjemnych objawów. Spokój miałem przez pierwsze kilka minut. Dopiero po tym rozpoczęło się prawdziwe piekło. Zaczęło się od niewinnych zawrotów głowy, które zaczęły się przeradzać w niewyraźny, zamazany obraz. Spanikowałem i podniosłem się do pionu. Wszystko zaczęło się wokół mnie kręcić, a ja, nie wiedząc, co się dzieje, zacząłem iść przed siebie. Tak przynajmniej myślałem. W rzeczywistości chodziłem w kółko. W końcu poczułem niesamowicie intensywny przypływ dreszczy. Zacząłem się trząść. Straciłem siłę w nogach i upadłem na kolana. Huk był dość mocny, jakby coś spadło z szafki. Złapałem się za ramiona i wziąłem mocny wdech. Teraz nawet oddychanie sprawiało problemy.
- Ritsu?! – krzyknął ktoś wchodzący do domu – Co się stało?!
     Podniosłem głowę do góry, aby dowiedzieć się, kto wszedł do domu. Obraz był tak zamazany, że nie miałem pojęcia, jak rozpoznać tę osobę. Widziałem jedynie bladą twarz i czarny kolor. W głowie odbijało się echo znajomego głosu.
- Satoshi…? – zapytałem niepewnie.
- Tak! – złapał mnie – Co jest?! Jesteś blady, cholernie blady! – dotknął mojej dłoni – I w dodatku masz lodowate dłonie!
- Aaa… - wydusiłem z siebie, gdy poczułem, że zawroty głowy już nie były tak intensywne – To nic…
- Nic!? Żartujesz sobie?! – krzyknął – Czy ty wiesz, jak przerażająco w tej chwili wyglądasz?!
- Spokojnie, to nic… - kontynuowałem – Za chwilę mi przejdzie, nie martw się…
- Nie wierzę Ci. Zachowujesz się dziwnie już od dłuższego czasu! – zorientował się – Ritsu, co się z Tobą dzieje?!
     Przygryzłem wargę, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Spuściłem łebek w dół, by Satoshi nie mógł dostrzec spływających po mojej twarzy łez. Ja nie chciałem już tego dłużej ukrywać… Nie chciałem mieć przed nim sekretów. Chciałem, aby Satoshi mnie objął i powiedział, że wszystko będzie w porządku.
- Jestem… chory. – powiedziałem łamiącym się już głosem.
- Przecież widzę, że jesteś chory. – nie zrozumiał – Dlatego szybko zadzwonię po pogotowie…
- Satoshi… - spojrzałem prosto w jego oczy.
     Chłopak widząc łzy spływające po mojej twarzy nieco się przeraził.
 – Jestem chory. – powtórzyłem, patrząc prosto w jego oczy – Chory… na raka. – ponownie spojrzałem w dół, jednak tym razem z moich oczu wypłynęło o wiele więcej łez.
     Gdy podniosłem rękę, aby przetrzeć oczy, niespodziewanie zostałem przyciągnięty do ciała Satoshiego. Mocno mnie do siebie przytulił. Zacząłem szlochać. To, czego tak bardzo pragnąłem w końcu się stało.
- Przepraszam… - zaczął – Zostańmy tak przez chwilę. – wtuliłem głowę w jego tors – Czuję się, jakby moje serce miało wystrzelić…
     Dałem odejść masce obojętności ten jeden raz. Satoshi sprawił, że ona zniknęła. Dałem upust emocjom.
- Już dobrze… - szepnął – Spokojnie…
- To jest… - złapałem kolejny oddech – Takie trudne…
- Wiem, wiem. – oddalił mnie od siebie – Nie powinieneś się przemęczać... Gdzie jest pani Fumiko? – rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Za chwilę wróci… Poszła po zakupy… – wyjaśniłem, starając się wyrównać oddech.
- Połóż się i spróbuj przespać. – powiedział, pomagając mi się podnieść – Zostanę przy tobie, więc się nie bój.
     Położyłem się na sofie. Byłem bardzo przerażony. Z trudem zamknąłem oczy i obróciłem się na drugi bok. Przed zaśnięciem poczułem dużą dłoń, która uspokajająco przeczesywała moje włosy.

* * *

     Zbudziły mnie czyjeś głosy dobiegające z kuchni. Rozejrzałem się po salonie. Było ciemno. Zacząłem się zastanawiać, którą mamy godzinę. Bez chwili wahania wstałem, następnie udałem się w stronę kuchni. Po drodze trochę mi się zakręciło w głowie, jednak to szybko minęło. Zatrzymałem się przy samych drzwiach prowadzących do kuchni. Usłyszałem głos należący do mamy oraz do… Satoshiego. Rozmawiali o mnie. A raczej o chorobie. Wysłuchiwanie tych wszystkich rzeczy sprawiło, że znów posmutniałem. Oparłem się o ścianę. Byłem ciekaw, o czym będą dalej rozmawiać. Fumiko powiedziała Satoshiemu, że mój stan jest niesamowicie poważny. Jej głos się trochę załamywał. Musiała płakać. Starałem się wyobrazić sobie, co oni musieli czuć. I to wystarczyło, abym poczuł się niemiło. Osunąłem się po ścianie, a dłońmi zakryłem twarz. Myślałem, że będę w stanie to wszystko ukryć… Myślałem też, że sztuczna maska, którą tworzyłem przez tak długi czas wytrzyma. Niestety ciepłe słowa Satoshiego sprawiły, że to się zmieniło… Trochę się tego obawiałem.
     Nie chciałem, aby matka i przyjaciel mnie zauważyli, więc po cichu udałem się na górę, do swojego pokoju. Starając się zbytnio nie hałasować, przebrałem się w piżamę, a następnie położyłem spać. W gruncie rzeczy nie poszedłem na to spotkanie z psychologiem. Zaśnięcie było trochę trudne, jednak w końcu mi się udało tego dokonać.

* * *

     Obudziłem się przed południem. Poszedłem do łazienki, by się wykąpać. Siedziałem w wannie przez kilkadziesiąt minut i rozmyślałem, co się teraz stanie. Teraz spojrzenie w twarz Satoshiemu będzie trudne. Wczoraj pierwszy raz odsłoniłem przed nim swoje emocje. Nigdy wcześniej tego nie zrobiłem. Jak on na to zareaguje? Wyśmieje mnie? A może zrozumie i to zaakceptuje? Przez to wszystko nie mogę myśleć racjonalnie… Powinienem chociaż wmawiać sobie, że wszystko będzie dobrze.
     Po kąpieli postanowiłem jakoś zbić czas. Z psychologiem powinienem spotkać się po południu, a do tego momentu miałem jeszcze trochę czasu. Zszedłem na dół, do salonu. Na początek postanowiłem obejrzeć coś w telewizji. Włączyłem to pudło, po czym zacząłem przeskakiwać po kanałach w poszukiwaniu czegoś co najmniej interesującego. Mecze, seriale, filmy. Nuda. Przełączyłem na kanał z muzyką zagraniczną, po czym poszedłem do kuchni. Zrobiłem sobie kilka kanapek. Po wzięciu jednego gryza odczułem nieprzyjemne mdłości. Kolejna negatywna objawa?
     Czas mijał w miarę szybko. Przez ten czas zdążyłem się jeszcze raz umyć, ubrać, a także po części pozbyć tych mdłości. Do spotkania pozostała godzina. Jeżeli wyjdę teraz i będę szedł wolnym tempem to dotrę akurat w porę. I tak nie mam siły, by się spieszyć, więc chyba przystąpię na tę opcję. Wyłączyłem wszystkie urządzenia, później z kolei opuściłem mieszkanie, wcześniej zabierając ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy. Zamknąłem dom na klucz, następnie udałem się w stronę parku.
     Dlaczego szedłem do parku? To tam miałem umówioną wizytę z psychologiem. Pewnie myśli, że roślinki i zielony kolor jakoś mi pomogą. Idąc, powoli zacząłem przyspieszać. W wyniku dotarłem na miejsce spotkania przed czasem. Miałem nadzieję, że psycholog też zjawi się przed zamierzonym czasem, bo nie mam ochoty czekać. Ku mojemu zdziwieniu ciemnowłosy przybył po chwili. Zaskoczony podszedł do mnie i przywitał się.
- Widzę, że przybyłeś przede mną.
- Tak wyszło. – odpowiedziałem.
- Więc, co się wydarzyło w ciągu tych dni? – zapytał, jednocześnie siadając na ławkę.
- Nic szczególnego…
- Oh…
- Dlaczego nie spotkaliśmy się w gabinecie? – zapytałem.
- Czasem miło jest porozmawiać na świeżym powietrzu.
- Czyżby?
- Tak. – uśmiechnął się – Chciałbym z tobą porozmawiać i dowiedzieć się o tobie czegoś więcej.
- Dlaczego?
- Niecodziennie spotyka się osobę o podobnym podejściu do Twojego.
- Co do tego… - zacząłem – Myślę, że z tym mogę mieć teraz mały problem.
     Mężczyzna spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
- Sprawy się nieco skomplikowały i…
- Pod wpływem emocji zrobiłeś coś, czego naprawdę się obawiałeś?
     Zamilkłem i zerknąłem na mężczyznę.
- Skąd…
- O tym wiem? – ponownie mi przerwał – Czy nie powiedziałem ci na naszym pierwszym spotkaniu, że twoje podejście niedługo się już zmieni?
     Ma rację…
- Takie coś było nieuniknione. – lekko się uśmiechnął.
- Niesamowite! – podniosłem trochę głos – Wiedział pan o tym bez jakichkolwiek informacji…
- Lata praktyki.

* * *
(Oczami Satoshiego)

     Wracając z treningu przechodziłem przez park. Pogoda sprzyjała, więc nie wiem po co ubrałem się w tak gorące ubrania. Jednak nie musiałem się aż tak bardzo martwić, ponieważ jeszcze troszkę i w końcu znajdę się w swoim domu… A wtedy włączę klimatyzację i się ochłodzę… Tak, to będzie idealne.
- Niesamowite! – nagle usłyszałem głos Ritsu.
     Rozejrzałem się po okolicy. Słuch mnie nie zawiódł, ponieważ po krótszym rozglądaniu się, na ławce, tej obok fontanny, dostrzegłem Ritsu z… jakimś facetem? Honomiya wyglądał na zafascynowanego i rozmawiał z tym facetem bez żadnych oporów. Kim on może być…?
     Przestałem się zastanawiać. Po cichutku zakradłem się w ich stronę. Stanąłem na tyle blisko, aby być w stanie coś usłyszeć. Ciekawość to duży krok w stronę piekła. Jednak już i tak jestem grzesznikiem, więc nie mam nic do stracenia.
- Miłość to piękna rzecz… - usłyszałem.
     Gdy spojrzałem na Ritsu, zaniemówiłem. Szeroko się uśmiechał i patrzał na tego faceta tak, jakby był dla niego kimś ważnym. Czy oni mogą…?
     Po chwili mężczyzna wstał i poszedł odebrać telefon, który zadzwonił ułamek sekundy wcześniej. Postanowiłem wykorzystać tę szansę i się czegoś dowiedzieć.
- Ritsu! – krzyknąłem, podchodząc do niego.
     Chłopak się wzdrygnął, gdy wypowiedziałem jego imię. Spojrzał na mnie z dużym zaskoczeniem w oczach.

* * *

- Ritsu! – ten głos…
     Satoshi?! Obróciłem się zdezorientowany. Czarnowłosy stał obok ławki i wpatrywał się we mnie z zakłopotaniem. Nie mówcie, że usłyszał…?
- Co Ty tutaj robisz…? – zapytałem niepewnie.
- Mógłbym zapytać cię o to samo! – przełknął ślinę – Słyszałem to i owo… - zrobiło mi się słabo – Czy ty…
     Powiedz to w końcu…
- Umawiasz się z tym kolesiem?
     Zamarłem. Spojrzałem na niego jak na skończonego idiotę, po czym wybuchłem śmiechem.
- O czym Ty mówisz? – w dalszym ciągu śmiałem się na głos.
- Nie martw się… Nie przeszkadza mi to… Jesteśmy przyjaciółmi i jeżeli naprawdę go kochasz, to...
     Ponownie przerwałem mu niesamowicie donośnym śmiechem. Łzy zaczęły wypływać mi z kącików oczu.
- O czym ty mówisz? – złapałem się za brzuch – To mój psycholog.
- Psycho…log? – uchylił ze zdziwienia usta.
- Poza tym, jak mógłbym być w nim zakochany? – śmiech w dalszym ciągu nie ustępował – Fakt, wolę facetów, ale…
     I nagle ten wielki banan zniknął z mojej twarzy. Wpatrywałem się w Satoshiego analizując, czy naprawdę to powiedziałem czy to tylko moja wyobraźnia. Chłopak również stał jak wryty. Na twarzy czarnowłosego malowało się zaskoczenie. Odruchowo zasłoniłem dłonią usta. Spojrzałem w dół w obawie o reakcję przyjaciela.
- Mówisz poważnie? – zapytał.
     W ramach odpowiedzi pokiwałem kilkakrotnie łebkiem. Po co miałem dalej kłamać?
- Jej… Zaskoczyłeś mnie.
- Wiem. – szepnąłem załamany.
- Ale… To i tak nic nie zmienia – wywinął kąciki ust w górę – W końcu jesteśmy przyjaciółmi.
     Spojrzałem na niego.
- Serio…? – zapytałem niepewnie.
- Tak. To, że wolisz chłopaków od dziewczyn nie zmienia tego, kim naprawdę jesteś.
     Oh…
- To dobrze…
- W takim razie… - przyciągnął mnie do siebie – Jest ktoś, kogo darzysz „tym” uczuciem? – zapytał, zawadiacko poruszając brwiami.
- Co…?
- Słyszałem urywek tej pogadanki o miłości, więc wiesz…
- Jesteś beznadziejny… - powiedziałem od niechęci.
- No wiesz co… - nadął policzki.
     Po chwili wrócił psycholog i rozmową doszliśmy do wniosku, że to pora na zakończenie spotkania. W drodze do domu towarzyszył mi Satoshi. Dzień chyba mogę zaliczyć do udanych, ponieważ postawiłem jeden krok do przodu, jeżeli chodzi o moje uczucia do chłopaka. Może nie powiedziałem tego bezpośrednio, ale… Teraz Satoshi przynajmniej wie, że nie gustuję w dziewczynach.
- Wiesz… Jedno mnie zastanawia.
- Co takiego? – zapytałem.
- Jak dwójka facetów „to” robi… - zaczął, wyraźnie podkreślając jedno słowo – To jeden musi przecież…
- Zamknij się! – krzyknąłem, uderzając go pięścią w brzuch.

* * *

4 komentarze :

  1. Uwielbiam Twoje opowiadania, a to mi się bardzo podobało! ♥
    Polecam siebie i swój blog: http://hop-do-przodu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne. Kiedy kolejna część?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są wakacje, dużo wolnego, nie muszę się uczyć, więc... Przy dobrych obrotach w przeciągu dwóch tygodni? = D
      Całkowicie zapomniałam o tym opku. XD

      Usuń

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic