środa, 25 czerwca 2014

Rozdział 2.



* * *




                Rano powitało mnie rażące aż w oczy światło. No, może nie tak rano, ponieważ mamy już czternastą. Niedługo jadę na kolejne badania, na szczęście tym razem się dowiem tych większych szczegółów. Pewnie też rozpocznę leczenie. Trochę się boję, nie zaprzeczę… Psycholog miał rację. Ukrywanie tego wszystkiego przed Satoshim jest dla mnie ciężkie, jak i bolesne. Chcę mu to wyznać, ale… Boję się. Boję się jego reakcji. Boję się, że odbierze to źle. Boję się tego, co może się z nami stać. Ta rozmowa po części na mnie podziałała. Jego słowa dotarły do mnie, ale… W dalszym ciągu nie jestem na tyle przekonany, aby móc to wszystko powiedzieć. Cieszę się, że w końcu udało mi się przed kimś otworzyć. Powiedziałem o tych najcięższych rzeczach i od razu zrobiło mi się lżej na sercu. Chyba powinienem podziękować matce za to, że mnie wysłała do psychologa.

- Ritsuki! – usłyszałem z dołu – Pospiesz się, niedługo musimy jechać!
- Dobra! – krzyknąłem w ramach odpowiedzi.

                Podniosłem się z łóżka z lekkim kaprysem, następnie w trybie natychmiastowym uszykowałem ubranie, przemyłem się, a także zdążyłem coś zjeść. Dokładnie uszykowany zszedłem do salonu, gdzie czekała na mnie mama. Brązowowłosa zabrała odpowiednie dokumenty, po czym zgarniając mnie po drodze opuściła mieszkanie. Wsiedliśmy do samochodu, później z kolei ruszyliśmy do szpitala.

- Pamiętaj, nie stresuj się. – rozpoczęła rozmowę – Jestem pewna, że wszystko się ułoży i podąży tą dobrą ścieżką.
- Za dużo o tym myślisz. – powiedziałem – Nie zadręczaj się tak…
- Jak mogę o tym nie myśleć? To nie jest… takie proste… - poczułem, że sprawiłem jej lekką przykrość – Mój syn jest chory na raka…
- Przepraszam, nie chciałem…
- Nic nie szkodzi. – przetarła oczy.

                Resztę drogi przesiedzieliśmy w ciszy. Nie chciałem się odzywać. Kolejne dobicie jej słowami tego typu byłoby nieuniknione. W końcu nie pozbyłem się jeszcze całkowicie tej maski obojętności.




* * *




- Tak młody chłopak… - szepnął jeden z lekarzy.
- Naprawdę współczuję mu oraz jego rodzicom…

                Mężczyźni szeptali coś między sobą, na moje nieszczęście słyszałem tylko urywki tej rozmowy. Intuicja podpowiada mi, że to jest coś aż nazbyt poważnego. Obawiam się reakcji mamy… Przecież, gdy któryś z nich powie, że chociażby nie ma szans na wyleczenie, to ona wpadnie w depresję… Już teraz jest kłębkiem nerwów, widać to od razu. Bardzo mi jej szkoda…
                Dwaj lekarze zasiedli naprzeciw nas. Ich wyrazy twarzy tylko potwierdzały moje negatywne przypuszczenia. Jeden z nich odchrząknął, po czym zaczął przygotowywać się do ogłoszenia mojego stanu.

- Nigdy bym nie przypuszczał, że to wyjdzie w ten sposób. – spoglądał raz to na mnie, raz na niebieskooką – Bardzo ciężko jest mi o tym mówić, ale przykro mi. – matka otworzyła szerzej oczy – Nowotwór rozprzestrzenił się poza płuca. Do tego jest to tak silne, że szanse na wyleczenie są… niemożliwe. Musiałby się zdarzyć cud, abyś zdołał z tego wyjść.

                Fumiko zasłoniła dłońmi twarz, a głowę pochyliła w dół. Zaczęła płakać. Bardzo płakać. Patrząc na nią w takim stanie miałem ochotę się dołączyć. Przytuliłem ją do siebie, po czym wyszeptałem parę słów, aby jakoś pocieszyć matkę.

- Nie szkodzi, że potrzeba na to cudu. – powiedziałem – Podejmę się leczenia. – postanowiłem.
- Imponujące… - jeden z lekarzy wstał i odszedł – Większość ludzi w Twoim przypadku od razu rezygnuje.
- Być może mnie przydarzy się ten cud. – lekko się uśmiechnąłem – Kto wie.
- Ależ naturalnie. Powinieneś myśleć pozytywnie. – wstał – W tym wypadku należy rozpocząć natychmiastowe leczenie chemioterapii.
- Spodziewałem się tego… - przyznałem niechętnie.
- Pewnie martwisz się o swoje włosy. – zaśmiał się – To normalne u młodych ludzi. Ale pocieszę Cię, leki nie zawsze działają negatywnie na owłosienie. Może być tak, że objawy wypadania włosów pojawią się po tygodniu, może być tak, że po kilku miesiącach, a może być też tak, że nigdy.
- Chociaż jedna dobra wiadomość. – westchnąłem z ulgą.
- Proponuję cisplatynę z docetakselem. Jedno to normalny lek, drugie natomiast jest zastrzykiem. Zastrzyk może być trochę nieprzyjemny, ale przyzwyczaisz się… No i objawy. Z tym może być problem.
- To znaczy? – zapytałem z wahaniem.
- Zastrzyk może sprawić, że poczujesz osłabienie, zawroty głowy i tym podobne. Jednak, gdyby to było zbyt mocne, przyjedź.
- Dobrze.
- Lekarstwa zostaną dostarczone jutro przed południem. Musimy przygotować specjalną serię.
- W porządku…

                Nic więcej nie chciałem wiedzieć. Bardziej chyba zdołować mnie nie można. Cud powiadacie? Potrzeba mi cudu, abym zdołał z tego wyjść? To ja dziękuję. Zastanawia mnie fakt, jak zachorowałem na raka płuc. Tak zaawansowany nowotwór z byle czego się nie bierze. A ja… Nie byłem w przeszłości na nic chory. Rak płuc najczęściej bierze się z palenia. To też odpada, nigdy w życiu nie tykałem się papierosów. Geny? Czy ktoś w mojej rodzinie mógł chorować na tę samą chorobę? Na razie nie zapytam o to matki. Nie mam serca sprawiać jej więcej bólu.
                Wyszliśmy z budynku, po czym wsiedliśmy do samochodu. Fumiko przez kilka pierwszych minut siedziała w bezruchu. Odchrząknęła dopiero po jakimś czasie. Później ruszyła  do domu. Gdy tylko tam dotrę, od razu pójdę spać. Nie mam najmniejszej ochoty na nic.




* * *




                Lekarstwa dostarczono niecałe dziesięć minut temu. Od rana siedziałem i oczekiwałem na ich przywiezienie. Z początku podchodziłem do tego w miarę normalnie, ale teraz, gdy widzę te strzykawki… Dlaczego te igły są takie wielkie?!

- No, Ritsu, to będzie tylko chwilowe ukłucie. – pocieszyła mnie matka – Wziąłeś już tabletkę, teraz czas na tę drugą, gorszą formę lekarstwa.
- T-ta… - kiwnąłem łebkiem.

                Niebieskooka wbiła mi w rękę tę strzykawkę. Aż się wzdrygnąłem. Myślałem, że ten ból jest przesadny, ale gdy kobieta zaczęła wstrzykiwać płyn to myślałem, że zemdleję. To tak niekomfortowe, a jednocześnie ciekawe uczucie. Ranę po ukłuciu zasłoniła nawilżonym wacikiem, po czym wyszła z mieszkania, by coś szybko załatwić. Zostałem sam. Pierwsze minuty były spoko. Dopiero później rozpoczęło się piekło. Zaczęło się od zawrotów głowy. Obraz rozmazywał mi się natychmiastowo, a ja panikując podniosłem się i poszedłem kawałek w stronę drzwi. Upadłem na kolana, ponieważ poczułem nagły przypływ dreszczy. Złapałem się za głowę, którą niebawem potrząsnąłem. Czuję tak ogromny chłód, że…

- Ritsu?! – krzyknął ktoś wchodzący do domu – Co się stało?!

                Podniosłem głowę do góry, aby zobaczyć, kto to. Nie poznawałem głosu, byłem tak odurzony, że rozpoznanie tej osoby było nie lada wyzwaniem.

- Satoshi…? – zapytałem niepewnie.
- Tak! – złapał mnie – Co jest?! Jesteś blady, cholernie blady! – dotknął mojej dłoni – I w dodatku masz lodowate dłonie!
- Aaa… - wydusiłem z siebie, gdy poczułem, że zawroty głowy powoli mijają – To nic…
- Nic? To jest dla Ciebie nic? – zdziwił się – Poczekaj, zadzwonię po pogotowie.
- Nie, nie musisz. – złapałem go, by nie odszedł – Przecież Ci mówię, że to nic…
- Nie wierzę Ci. Zachowujesz się dziwnie już od dłuższego czasu! – zorientował się – Ritsu, co się z Tobą dzieje?!

                Przygryzłem wargę, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Dobrze, że w tej chwili grzywka zasłaniała moje oczy. Gdyby nie ona, Satoshi by dostrzegł te łzy. Spoglądając w podłogę, złapałem większy oddech.

- Jestem chory. – powiedziałem, po czym poczułem, jak po moim poliku spływa łza.
- Przecież widzę, że jesteś chory. – nie zrozumiał – Dlatego szybko zadzwonię po pogotowie…
- Satoshi… - spojrzałem prosto w jego oczy, chłopak widząc łzy spływające po mojej twarzy nieco się przeraził – Jestem chory. – powtórzyłem wyraźnie załamującym się głosem – Chory… na raka. – ponownie spojrzałem w dół, jednak tym razem z moich oczu wypłynęło o wiele więcej łez.

                Gdy podniosłem rękę, aby przetrzeć oczy, niespodziewanie zostałem przyciągnięty do ciała Satoshiego. Mocno mnie do siebie przytulił.

- Przepraszam… - zaczął – Po prostu miałem nagłą potrzebę, aby Cię przytulić – wtuliłem głowę w jego tors – To uczucie… To tak, jakby moje serce miało pęknąć, ale… Jestem szczęśliwy. Jestem szczęśliwy, ponieważ mi to wyznałeś.

                Dałem odejść masce obojętności. Satoshi sprawił, że ona zniknęła. Dałem upust emocjom.

- Już dobrze… - szepnął – Spokojnie…
- To jest… - złapałem kolejny oddech – Takie trudne…
- Wiem, wiem. – oddalił mnie od siebie – Połóż się spać.
- Mhm. – kiwnąłem łebkiem.

                Położyłem się na sofie. Byłem tak zmęczony tym wszystkim, że zasnąłem bardzo szybko. Ostatnie, co zdołałem zapamiętać, to to, jak Satoshi dłonią przeczesał moje włosy.




* * *




                Zbudziły mnie czyjeś głosy dobiegające z kuchni. Rozejrzałem się po salonie. Ciemno. Którą mamy godzinę? Jak długo spałem? Bez chwili wahania wstałem, następnie udałem się w stronę kuchni. Zatrzymałem się przy samych drzwiach. Moja matka rozmawiała tam z Satoshim. Rozmawiali o mnie. Słuchanie tych wszystkich rzeczy sprawiło, że znów posmutniałem. Oparłem się o ścianę. Byłem ciekaw, o czym będą dalej rozmawiać. Fumiko powiedziała Satoshiemu, że potrzebuję cudu, aby się wyleczyć. Gdy wyobraziłem sobie reakcję, co oni czują w tej chwili, poczułem się niemiło. Osunąłem się po ścianie, a dłońmi zakryłem twarz. Nie jestem na tyle silny, aby gromadzić w sobie te uczucia. Sztuczna maska, którą tworzyłem przez tak długi czas zniknęła. Teraz jestem tylko sobą. Jednak, czy oby na pewno jest to dobre?
                Nie chciałem, aby matka i przyjaciel mnie zauważyli, więc po cichu udałem się na górę, do swojego pokoju. Starając się zbytnio nie hałasować, przebrałem się w piżamę, a następnie położyłem spać. To chyba jutro wypada dzień, w którym powinienem spotkać się z psychologiem. Pomyślę o tym rano…




* * *




                Standardowo obudziłem się następnego dnia, jednakże tym razem musiałem zrobić to nieco wcześniej. Muszę zażyć te nieprzyjemne leki. Nie chcąc zawracać głowy matce, samodzielnie odkaziłem rękę, po czym wstrzyknąłem sobie kolejną dawkę docetakselu. Ból nadal nie ustępował, jednak dało się to przeżyć. Po kilku minutach miałem przed oczami różne światełka. Na całe szczęście tym razem nie miałem zawrotów głowy. Takiego czegoś jak wczoraj to ja nie chciałbym przeżyć ponownie.
                Postanowiłem jakoś zbić czas. W końcu do spotkania z psychologiem jeszcze trochę mi zostało, a nie mam żadnych pomysłów co teraz robić. Zszedłem na dół, do salonu. Zacznę od obejrzenia czegoś w telewizji. Włączyłem to pudło, po czym zacząłem przeskakiwać po kanałach w poszukiwaniu czegoś co najmniej interesującego. Mecze, seriale, filmy. Nuda. Przełączyłem na kanał z muzyką kpopową, po czym poszedłem do kuchni. Zrobiłem sobie kilka kanapek. Po wzięciu jednego gryza odczułem nieprzyjemne mdłości. Kolejna negatywna objawa?
                Czas mijał w miarę szybko. Przez ten czas zdążyłem się umyć, ubrać, a także po części pozbyć tych mdłości. Do spotkania pozostała godzina. Jeżeli wyjdę teraz i będę szedł wolnym tempem to dotrę akurat w porę. I tak nie mam siły, by się spieszyć, więc chyba przystąpię na tę opcję. Wyłączyłem wszystkie urządzenia, później z kolei opuściłem mieszkanie, wcześniej zabierając ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy. Zamknąłem dom na klucz, następnie udałem się w stronę parku.
                Przez to, że idąc tak powolnie bardzo się nudziłem, to przyspieszyłem. No i wynikiem tego było dotarcie na miejsce spotkania przed czasem. Z jednej strony dobrze, pomyśli, że jestem punktualny. Tylko żeby ten psycholog się nie spóźnił, bo nie mam ochoty czekać. Ku mojemu zdziwieniu ciemnowłosy przybył także przed czasem. Zaskoczony podszedł do mnie i przywitał się.

- Widzę, że przybyłeś przede mną.
- Tak wyszło. – odpowiedziałem.
- Więc, co się wydarzyło w ciągu tych dni? – zapytał, jednocześnie siadając na ławkę.
- Nie wiem, czy powinienem Panu dziękować, czy też obwiniać… - dołączyłem do mężczyzny – Ale po naszej ostatniej rozmowie nie jestem już w stanie udawać obojętnej osoby…
- Oh…
- Tak w ogóle, dlaczego chciał się Pan dziś ze mną spotkać?
- Powiedzmy, że mnie bardzo zainteresowałeś. – uśmiechnął się – Niecodziennie spotyka się osobę o podobnym podejściu do Twojego. Ale nie zaprzeczę, cieszy mnie fakt, że zacząłeś pokazywać swoje prawdziwe uczucia.
- Wczoraj pokazałem ich aż za dużo…
- To znaczy?
- Nie wytrzymałem i powiedziałem Satoshiemu o swojej chorobie…
- A Satoshi to?
- Osoba, którą kocham. – spojrzałem na niego – Kocham go, ale naprawdę… nie chcę mu o tym mówić.
- Ale wiesz, Ritsu… - westchnął – Co zrobisz, jeżeli on sobie kogoś znajdzie? – moje serce zabiło mocniej – Czy nie będzie Ci wtedy źle? Nie będzie dla Ciebie trudnym zadaniem spędzać czas z nim oraz jego dziewczyną?
- Oczywiście, że będzie! – podniosłem głos – To byłoby bardzo bolesne, ale… To, że go kocham już sprawia, że nie mogę mu tego wyznać. – lekko się uśmiechnąłem.




* * *
(Oczami Satoshiego)




                Przechodziłem przez park wracając z treningu. Pogoda mi sprzyjała, więc nie wiem po co ubrałem się w tak gorące ubrania. Ale spokojnie, niebawem dotrzemy do domu…

- Oczywiście, że będzie! – nagle usłyszałem głos Ritsu.

                Rozejrzałem się po okolicy. Słuch mnie nie zawodził, ponieważ na ławce obok fontanny dostrzegłem Ritsu z… jakimś facetem? Honomiya wygląda na lekko zdenerwowanego, a ten koleś rozmawia z nim w najlepsze. Randka? Niee, Ritsu nie może być…
                Przestałem się zastanawiać. Po cichutku zakradłem się w ich stronę. Stanąłem na tyle blisko, aby być w stanie coś usłyszeć. Ciekawość to duży krok w stronę piekła. Rany, gdyby to nie był Ritsu, to już dawno odszedłbym. Po prostu… Chcę wiedzieć o co chodzi. Muszę potwierdzić swoje przypuszczenia!

- Kocham… - to słowo bardzo przykuło moją uwagę.

Gdy spojrzałem na Ritsu, zaniemówiłem. Spoglądał w oczy tego gościa oraz uśmiechał się w taki niezwykły sposób. Czy on wyznaje mu miłość? Jeśli tak, to czemu nic mi nie powiedział? Że kogoś ma? Ale ten koleś wygląda trochę staro… O, wstał! Chyba poszedł zadzwonić. To moja chwila!

- Ritsu! – krzyknąłem podchodząc do niego.

                Chłopak się wzdrygnął, gdy wypowiedziałem jego imię. Zaskoczony spojrzał na mnie.




* * *




- Ritsu! – Satoshi?!

                Obróciłem się zdezorientowany. Co, jeśli usłyszał? Mógł to usłyszeć?

- Co Ty tutaj robisz…? – zapytałem niepewnie.
- Mógłbym o to samo Ciebie zapytać! – przełknął ślinę – Słyszałem to i owo… - zrobiło mi się słabo – Mogłeś mi powiedzieć, że się umawiasz z tym kolesiem!

                Zaaraz, co?! Hahahaha! Nie mogłem się powstrzymać, więc wybuchłem śmiechem.

- O czym Ty mówisz? – w dalszym ciągu śmiałem się na głos.
- Ale nie musisz udawać! Nie przeszkadza mi to ani trochę! Jeśli go kochasz to...
- Co? Nie! – podkręciłem swój śmiech, aż łzy zaczęły mi wypływać z oczu – Głupi jesteś? – spojrzałem na niego jak na skończonego idiotę – To nie jego kocham, to Ciebie ko…

                I nagle ten wielki banan zniknął z mojej twarzy. Wpatrywałem się w Satoshiego analizując, czy naprawdę to powiedziałem, czy to tylko moja wyobraźnia. Chłopak również stał jak wryty. Czarnowłosy ma zaskoczoną minę… Błagam, nie powiedziałem tego! Odruchowo zasłoniłem dłonią usta. Na moją twarz wdarł się zdradliwy rumieniec. Spojrzałem w dół w obawie o reakcję przyjaciela.

- Mówisz poważnie? – zapytał.

                W ramach odpowiedzi pokiwałem kilkakrotnie łebkiem.

- Jej… Zaskoczyłeś mnie.
- Wiem. – szepnąłem załamany.
- Ale… Dziękuję. – wywinął kąciki ust w górę – To mnie cieszy.
- Serio…? – zapytałem niepewnie.
- Tak. Jesteśmy przyjaciółmi, a to, że coś do mnie czujesz w ogóle mi nie przeszkadza.

                Oh… Przyjaciele.

- To dobrze…
- Właśnie! – przyciągnął mnie do siebie – A ten koleś to kto?
- To mój psycholog…
- Słyszałem coś podobnego do wyznania mu miłości… - spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Rany, jesteś beznadziejny! – obróciłem się, udając oburznie.

                Gdy tylko odszedłem kawałek, uśmiechnąłem się pod nosem. Cieszę się, że Satoshi wie o tym, co do niego czuję. Dobrze, że nie zmieniło to relacji między nami.

- No poczekaj no! – zaczął mnie doganiać.

                Co z tego wyjdzie dalej? Niedługo się dowiem.



* * *
___________________________

Tu też jeszcze lipa z akcją XD W 3 będzie taki surprajs. No i nie wiem, czy się nie spóźnię z dodaniem, jeśli chodzi o godzinę. Zakończenie roku mam o 12 (chyba) i znając życie to się przeciągnie, także rozdział może opóźnić się do 17 (bo może gdzieś później pójdę). Lub po prostu dodam z fona. :P

6 komentarzy :

  1. No no Ritsu w końcu się zupełnie otworzył xD Dopadł go słowotok no i masz! Ale ważne, że powiedział Satoshi co czuje. Spodziewałam się tylko odrobinę innej reakcji tego drugiego - wiesz coś w stylu ,,Oszalałeś? hahahah Geeeeej!" Ale rozdział i tak bardzo mi sie spodobał ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh:) Za granicą troszkę się różnią poglądy niż tutaj, w Polsce. Tam ludzie są bardziej tolerancyjni. :D I też raczej najlepszy przyjaciel nie byłby w stanie powiedzieć czegoś takiego do najlepszego przyjaciela XD

      Usuń
  2. Ciekawie piszesz ,tych rodziałów jest bardzo bardzo dużo więc jak przeczytam wszystkie to dam ci znać i wyrażę swoją opinie ,oczywiście dodaje do obserwacji i liczę na rewanż :)
    http://modakosmetykiopisy.blogspot.com/ ZAPRASZAM DO SIEBIE !

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejny blog z inną ciekawą tematyką. Ostatnio nie trafiłam na dwa o takiej samej. Kapitalnie piszesz i fajnie jest przeczytać coś w japońskim klimacie. Dawno nie miałam styczności z tą tematyką.

    Pozdrawiam i zapraszam do mnie: http://siewca-smierci.blogspot.com
    N.Baggins

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba żartujesz z tą akcją?!
    Jest genialnie! Dzieje się dzieje :D
    Oby tak dalej :D
    Satoshi w końcu się dowiedział i jest supcio :]
    Ale przy fragmencie gdzie Ritsu wyznał mu, że jest chory, poleciała mi łezka :C

    Nie wchodziłam parę dni na Twojego bloga, bo miałam problemy z Internetem, a tu tyle się wydarzyło, doszły nowe rozdziały :D
    Fajnie, że tak szybko dodajesz kolejne części oby tak dalej i oby dalej były takie ciekawe :]

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    och no i Satoshi dowiedział się o chorobi przyjaciela... jak i o uczuciu jakik Ritsu go darzy...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic