niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 1.



* * *




- To zaawansowany niedrobnokomórkowy rak płuc. – oznajmił bezuczuciowo jeden z lekarzy.

                Siedząc na skórzanej, czarnej sofie niedowierzałem słowom tego mężczyzny. Wpatrywałem się w niego wytrzeszczonymi oczyma, zaczynając powoli odczuwać drżenie własnych dłoni. Moja matka upadła na kolana, a z jej dużych, niebieskich oczu wypłynęło kilka łez. Ojciec złapał się za głowę, jednocześnie podpierając ścianę drugą ręką. Spoglądając na wszystkich obecnych tutaj ludzi, powoli układałem wszystko w swojej głowie. Wczoraj rodzice zabrali mnie na badania do szpitala. Miałem „lekkie” problemy zdrowotne. Kasłanie, a nawet wymiotowanie krwią, zawroty głowy, nienajlepsze samopoczucie. Matka miała dość patrzenia na to, jak się męczę, więc przywiozła mnie tutaj. Zrobiono mi kilka badań, a skoro wyniki miały być dnia następnego, postanowili zostawić mnie w jednym ze szpitalnych pokoi. Teraz siedzę tutaj i wysłuchuję szlochu własnych rodziców. Mój umysł nie dopuszcza  do siebie informacji, że choruję… na raka.

- Panie doktorze… - zaczęła niebieskooka, zapłakana kobieta – To można wyleczyć, prawda? Po leczeniu mój Ritsu będzie znów zdrowym, szczęśliwym chłopakiem, prawda? – a ona, jak zwykle, robi sobie zbędne nadzieje…
- Eh… - siwowłosy mężczyzna westchnął, po czym podniósł się z siedzenia i stanął przed nią – Ciężko jest mi to powiedzieć, ale niestety… Z danych, jakie obecnie mamy, możemy jedynie wywnioskować, iż nowotwór się rozrósł. Widząc te statystyki, tylko stwierdzam na chwilę obecną, szanse na wyleczenie są nikłe…

                Słuchanie tego wszystkiego tylko sprawiało, że miałem ich serdecznie dość. Gdybyśmy zignorowali te rzeczy, gdybyśmy nie robili tych durnych badań, to nikt by się nie dowiedział o tej chorobie... Szczerze? Byłoby chyba nawet lepiej.

- Ale… Można się podjąć leczenia? – zapytał ojciec.
- Oczywiście, nawet trzeba.
- Więc, kiedy będzie można ustalić tę pierwszą wizytę, doktorze? – brązowowłosa tylko dopytywała.
- Za dwa dni. Wtedy ustalimy dokładny rozmiar nowotworu oraz czy się rozrósł do tego stopnia, aby wykraczał poza granice płuc. – oznajmił.
- W porządku. – w końcu odważyłem się coś powiedzieć.
- Wtedy również ustalimy odpowiednie leczenie. – dodał.

                Nie miałem już siły odpowiadać, więc jedynie pokiwałem twierdząco głową, aby pokazać swoje zrozumienie. Rodzice zabrali swoje rzeczy, po czym razem opuściliśmy teren szpitalu. Matka starała się na siłę zachować powagę, jednak nawet ja zdołałem dostrzec ten smutek, jak i przerażenie w jej oczach. Nie mówiłem już nic więcej. W ciszy przesiedziałem całą drogę powrotną do domu. Nie chciałem, aby widzieli, jak się tym przejmuję. Żeby widzieli, że jestem przerażony. Nie wiem dlaczego, ale wolę być postrzegany jako obojętna osoba, a zachowywanie się w sposób tak nieadekwatny do tego byłoby nienajlepszym rozwiązaniem. Nie chcę… pokazywać swoich uczuć…




* * *




- Co postanawiasz zrobić z Satoshim, Ritsu? – zapadło kolejne pytanie ze strony matki.
- A co mam zrobić? – odpowiedziałem, dodatkowo zamykając za sobą drzwi wejściowe – Nie chcę go tym dołować, więc na chwilę obecną sprawę swojej „choroby” pozostawię dla siebie…
- Ale Ritsu…
- Mamo, przestań. – przerwałem jej – Chociaż raz nie mieszaj się w to… Gdy będę gotowy, sam mu to wyznam, okej?
- Dobrze, ale wiesz… On jest Twoim przyjacielem. Z pewnością by to zrozumiał.
- O czym Ty teraz…? – uniosłem jedną brew ku górze – Błagam, nie wznawiaj kolejny raz tego tematu… - westchnąłem z zażenowaniem.
- Musisz mu w końcu o tym powiedzieć. – powiedziała – Spokojnie, już Ci dam spokój, bo widzę te iskierki w Twoich oczach. – zachichotała, po czym złożyła na moim czole pocałunek.
- Weeeeź. – odsunąłem się – Nie mam już pięciu lat. – złożyłem ręce, dodatkowo nabierając oburzonego wyrazu twarzy.
- Wiem, wiem, ale dla mnie zawsze pozostaniesz moim, małym Ritsukim. – uśmiechnęła się szczerze pierwszy raz od tego całego zajścia.
- W końcu się uśmiechnęłaś. – wywinąłem kąciki ust w górę.

                Zamieniłem z nią jeszcze kilka słów, po czym udałem się do kuchni. Z lodówki wyjąłem jagodowy jogurt, natomiast z szafki małą łyżeczkę. Wieczko wyrzuciłem do kosza, następnie zająłem się zjedzeniem jogurtu. Moją głowę cały czas zaprzątały myśli, co będzie dalej… Jakby na to nie patrzeć, rak płuc to poważna choroba. Ale jakim cudem ja ją mam… Moje myśli przerwał donośny dzwonek do drzwi. Odłożyłem jogurt na blat, później z kolei podszedłem do drzwi frontowych. Otworzyłem je, a moim oczom ukazała się uśmiechnięta twarz Satoshiego. Automatycznie wprosił się do mojego mieszkania. W tej chwili ponownie pomyślałem o swojej chorobie oraz o tym, czy powinienem mówić o tym Satoshiemu. Z jednej strony, nie chcę, aby traktował mnie pobłażliwie, a z drugiej, jeśli mu nie powiem, czy to nie będzie źle świadczyło o naszej… przyjaźni? Racja, jesteśmy przyjaciółmi. Tylko przyjaciółmi. On nie wie o tym, że jestem w nim zakochany. Dzięki bogu. To nie tak, że boję się to wyznać. Po prostu obecna sytuacja wystarczy mi w stu procentach. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, spędzamy mnóstwo czasu razem. Jest mi dobrze bez wyznawania mu tego. Zawsze istnieje ryzyko, że Satoshi źle to odbierze, że mnie odrzuci… Zaczęlibyśmy się wtedy od siebie oddalać, a ten cały czas, który ze sobą spędziliśmy już by nic nie znaczył. Myśląc w ten sposób wolę pozostać przy tej przyjaźni.

- Co z Tobą? – zapytał, zbliżając się do mnie – Jakiś niemrawy dziś jesteś. – przechylił głowę na bok – Coś się stało?
- Niee, skąd. – lekko się uśmiechnąłem – Nie wyspałem się i tyle.
- Skoro tak mówisz… - wzruszył ramionami.

                Satoshi oparł się o blat kuchenny, a ja spoglądałem na niego ukradkiem. Czy dobrze robię, że ukrywam przed nim taką rzecz…?

- Wiesz… - zaczął – Dziś pewna dziewczyna wyznała mi uczucia. – spojrzał na mnie.

                Poczułem, jak moje kolana zaczynają się uginać. Aby nie dać nic po sobie znać, usiadłem na pobliskim krześle. Na mojej twarzy zawitał sztuczny, aczkolwiek dobrze wyćwiczony już uśmiech.

- Tak? I jak?
- Nijak… - odgarnął włosy – Na razie wstrzymałem się z odpowiedzią.
- Dlaczego? – zapytałem z pełną ciekawością, ręką podpierając podbródek – Nie podoba Ci się?
- Niee, nie w tym rzecz. Jest bardzo ładna i miła, ale… Nie wiem…
- Oh… - przełknąłem ślinę – I co zadecydujesz? Zgodzisz się na… związek z nią? – lepiej odpowiedz przecząco, nie dołuj mnie bardziej.
- Nie mam pojęcia… - ciemnowłosy spojrzał mi prosto w oczy. Chwilę się tak wpatrywał.
- W-więc… - zacząłem po nieciekawej chwili ciszy – Jak Ci minęła reszta dnia? – zachichotałem z nerwów.
- Zachowujesz się… - ponownie spojrzał na mnie – Czy coś się stało?
- Nie, skąd. – pokręciłem przecząco łebkiem.
- Eh, zresztą nieważne. – przeczesał dłonią czarne włosy.

                Nie wiem co powiedzieć. Zabrakło mi języka w gardle. I to jeszcze w takim momencie…

- Dobra, ja się zbieram, porozmawiamy o tym jutro. – oznajmił, po czym ubrał się i wyszedł.

                Rany… Dlaczego to jest takie trudne.




* * *




                Otworzyłem oczy z nadzieją, że to wszystko jest tylko chorym snem. Na moje nieszczęście, przerosłem własne oczekiwania. Dzisiejszego dnia te wszystkie zdarzenia mnie bardziej przytłaczały. Chciało mi się krzyczeć, a nawet miałem chęć się rozpłakać. Dopiero teraz to do mnie dotarło… Jestem chory na śmiertelną chorobę, a osoba, w której jestem zakochany być może sobie kogoś znalazła. To zbyt wiele jak dla mnie…

- Ritsuki, obudziłeś się już? – zapytała matka, powoli wchodząc do mojego pokoju.
- Mhm. – mruknąłem, szybko przecierając oczy, aby nie dać nic po sobie znać.
- Może Cię to zaskoczyć, ale umówiłam Cię z psychologiem na szesnastą. – oznajmiła.
- Psycholog? – zwróciłem się do niej – Nie potrzebuję psychologa…
- Właśnie, że potrzebujesz. – złapała mnie za rękę – Wiem, że jest Ci ciężko, Ritsu… Więc proszę, nie rób problemów. Pójdź dziś do psychologa, na pewno Ci pomoże…
- Dobrze. – przystałem na prośbę mamy.

                Uśmiechnęła się ostatni raz, po czym opuściła pomieszczenie. Rozejrzałem się po pokoju, następnie wstałem z łóżka. Zaścieliłem kołdrę, aby to jakoś wyglądało. Założyłem na nogi kapcie, później z kolei pokierowałem się do łazienki. Zamknąłem za sobą drzwi. Stanąłem przed umywalką, następnie odkręciłem letnią wodę. Przemyłem swoją twarz, dodatkowo odgarniając włosy do tyłu. Szybko umyłem zęby, następnie dłonie. Wyszedłem z łazienki. W momencie, gdy chciałem wrócić do swojego pokoju, by wybrać jakieś ubrania, usłyszałem huk dochodzący z salonu. Pospiesznie zbiegłem do wyznaczonego miejsca, aby się dowiedzieć, co się stało. Zobaczyłem matkę zbierającą coś z podłogi, chyba szkło. Podszedłem do niej.

- Co się stało? – zapytałem.
- Nic takiego, potknęłam się i zrzuciłam wazę z komody.
- Jesteś przemęczona… - spojrzałem na nią litościwie – Spałaś w ogóle w nocy?
- Jakoś nie mogłam zasnąć… - zaśmiała się cicho.
- Nie powinnaś się przemęczać… Po prostu idź się prześpij, ja to pozbieram.
- Ale mam pracę o…
- Weź dzień wolny. Chyba nie myślisz o pójściu do pracy w takim stanie, co? – zwróciłem się do niej.
- Skoro tak nalegasz…

                Wstała i wyciągnęła telefon komórkowy z torebki. Udała się do kuchni, by móc w spokoju porozmawiać. Pozbierałem resztę odłamków szkła, następnie wyrzuciłem je do kosza. Ponownie udałem się na górę, do swojego pokoju. Z szafy wyjąłem ciemne rurki oraz białą, luźną bluzę. Szybko się przebrałem, po czym spojrzałem na zegarek.

- Mam trochę ponad godzinę…

                Wróciłem do kuchni. Na stole czekał na mnie gotowy obiad. Szybko go zjadłem, a brudne naczynia włożyłem do zmywarki. Umyłem ręce, następnie poszedłem do holu. Założyłem ciemne trampki, a do ręki wziąłem pierwszą lepszą torbę. Spakowałem do niej potrzebne rzeczy, po czym wyszedłem z mieszkania. Zamknąłem za sobą drzwi, później z kolei pokierowałem się w stronę niedaleko znajdującego się gabinetu psychologa.
                Nie spieszyłem się. Szedłem dość normalnym tempem. Wiatr powiewał, delikatnie roztrzepując moje włosy. Odczułem lekki chłód, więc włożyłem dłonie do kieszeni bluzy. Idąc do celu, rozglądałem się po budynkach miasta. Pomimo tego, że mieszkam tutaj już dwa lata, a nawet więcej, to nadal czuję się obco. W dalszym ciągu nie rozpoznałem się doskonale w tym mieście, często mylą mi się ulice, drogi, miejsca… Doprawdy.
                Znalazłem się pod ładnie wykonanym budynkiem. Ciemne barwy przeważały, ale zestawienie ich z tymi jaśniejszymi tworzyło taki milszy klimat. Złapałem większy oddech, po czym wszedłem do środka. Od razu zrobiło mi się cieplej, więc zdjąłem z siebie bluzę, przez co zostałem w szarej bokserce. Wszedłem do pokoju, w którym miałem mieć za chwilę spotkanie z psychologiem. Usiadłem na wygodnej, białej sofie i zacząłem oczekiwać tego mężczyzny. Nie musiałem długo czekać, ponieważ psycholog przybył po kilku minutach. Usiadł za biurkiem, tuż przede mną, po czym zaczął sprawdzać coś w notesie. Założył nogę na nogę, a przedmiot, w którym chwilkę temu coś sprawdzał, odłożył na biurko.

- Honomiya Ritsuki? – zapytał, spoglądając prosto w moje oczy.
- Tak. – pokiwałem twierdząco łebkiem.
- W porządku. – ponownie wziął coś do ręki, tym razem był to ogromny segregator.

                Zapadła dłuższa chwila ciszy, nie miałem pojęcia, co w takiej sytuacji robić.

- No dobrze. – powiedział – Więc co Cię tutaj sprowadza?
- Matka mnie tu wysłała.
- Hmm, rozumiem. – poprawił okulary – Jaki był powód wysłania Cię tutaj?
- Wczoraj dowiedziałem się, że choruję na raka. – odpowiedziałem obojętnie.

                Mężczyzna uchylił ze zdziwienia usta.

- Mówisz to z taką obojętnością, jakby to było coś normalnego.
- Być może… - wzruszyłem ramionami.
- Rozumiem... – spojrzał na mnie – Tworzysz wokół siebie taką aurę tajemniczości, maskę obojętności. Chcesz, aby każdy postrzegał Cię jako osobę obojętną, nie chcesz, by ludzie poznali Twoje prawdziwe uczucia.

                Skąd on, do cholery, o tym wszystkim wie?!

- Ale, Ritsu, działanie w taki sposób szkodzi jedynie Tobie. Czy ukrywając swoje prawdziwe emocje nie sprawiasz, że ranisz siebie? Gdy chcesz płakać, powinieneś płakać, a nie gromadzić to wszystko w sobie. To Cię tylko bardziej dołuje. Powinieneś bardziej otworzyć się na ludzi. Nie powinieneś w sobie tego wszystkiego trzymać. Czasem należy ujawnić prawdziwego siebie. Z pewnością masz kogoś, kto by Cię wysłuchał, pocieszył Cię.
- No tak… - zrobiło mi się tak… lepiej.
- Więc dlaczego nawet przed tą osobą ukrywasz takie rzeczy?
- Ponieważ…
- Ponieważ? – dopytał – Nie martw się, ta rozmowa pozostanie tylko między nami. Nikt z zewnątrz nie ma prawa się o tym dowiedzieć.
- Nie chcę mu o tym powiedzieć, ponieważ… - zawahałem się – Kocham go… - powiedziałem to tak cicho, że nie jestem pewien, czy on mógł to usłyszeć.

                Mężczyzna lekko się uśmiechnął.

- Więc dlaczego mu tego nie wyznasz?
- Nie chcę…
- Dlaczego?
- Jesteśmy przyjaciółmi. Nie chcę niszczyć tego, co jest między nami… - odpowiedziałem już lekko załamującym się głosem.
- Więc przyjaźń Ci w zupełności wystarcza?
- Tak! – podniosłem głos, a w moich oczach pojawiły się świetliki.

                Usatysfakcjonowany mężczyzna oparł podbródek na dłoni.

- Bardzo się cieszę, że się przede mną otworzyłeś.

                A niech go… Udało mu się sprawić, że wyznałem to, co starałem się przez cały czas ukryć.

- Chciałbym się z Tobą spotkać za pięć dni w parku, o szesnastej. Co Ty na to?
- Ale dlaczego?
- Powiedzmy, że mnie zainteresowałeś. Chcę Ci pomóc.
- Nie potrzebuję… - zastanowiłem się chwilę – A z resztą… Gdzie dokładnie?
- Spotkajmy się przy tej dużej fontannie. Znajdę Cię bez problemu.
- W porządku…

                Zebrałem wszystkie swoje rzeczy i wyszedłem.




* * *




                Przed swoim domem dostrzegłem Satoshiego. Podszedłem do chłopaka, by dowiedzieć się, o co tym razem chodzi.

- Cześć. – przywitałem się.

                Czarnowłosy obrócił się na pięcie w moją stronę.

- No więc. – wziął głęboki wdech – Odrzuciłem ją!

                He? Kogo, co? Satoshi widząc mój zdezorientowany wyraz twarzy podrapał się po głowie.

- No wiesz, tę dziewczynę! Doszedłem do wniosku, że nie jestem jeszcze gotów na związek.
- Ooh… - zrobiło mi się jakoś tak… lepiej.
- Jirze było przykro, ale myślę, że się pogodziła z moją decyzją.
- Więc co teraz postanawiasz?
- Wrócić do domu i porządnie się wyspać, jestem padnięty. – ziewnął.
- No tak, rozmowa musiała Cię bardzo zmęczyć.
- Hej, odrzucenie takiej dziewczyny nie należy do łatwych zadań! Nie lubię, gdy ktoś z mojego powodu płacze…
- Oh jakiś Ty dobry. – zaśmiałem się – Jutro jadę do… – chwila moment, przecież nie powiem mu, że jadę do szpitala!
- Do?
- Aa, przerwałem w połowie. – zaśmiałem się – Jadę razem z mamą do jej pracy.
- Po co? – przetarł oczy.
- Jest przemęczona, poprosiła mnie, żebym jej pomógł. Rozumiesz…
- Czaję, czaję.

                Satoshi pożegnał się ze mną, następnie udał się do swojego domu. Ta wiadomość, że nie zdecydował się na związek podniosła mnie na duchu. Ciekawe tylko, na jak długo pozostanę w tym dobrym humorze. Jutro sprawdzanie stanu, oby to nie było coś strasznego.




* * *
                           
 _________________________________________________

Heej kochani! W końcu dodałam pierwszy rozdział, wiem, że może jeszcze zalatywać nudą, ale obiecuję, że to się zmieni! :D Pierwszy rozdział, jak to pierwszy rozdział – nie mogłam do niego wciskać zbyt wiele. ;D Myślę, że wyszło całkiem całkiem. No cóż, za 3 dni doczekacie się rozdziału 2. :p

16 komentarzy :

  1. Zapowiada się świetnie! Jestem ciekawa co dalej,będę śledzić dalsze rozdziały :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem tak, dobrze piszesz, dobrze się to czyta. Ogólnie mi się podoba, ale mam taką traumę z dzieciństwa i nienawidzę wszystkiego co związane z Japończykami i Chińczykami. Wygląd super. Tylko ta choroba, normalnie smutne... ale ja lubię takie dramaty ;) ode mnie dostajesz 8/ 10

    OdpowiedzUsuń
  3. wspaniały cytat tu z boku ;) * http://zogniem.blogujaca.pl/

    OdpowiedzUsuń
  4. Chce tylko wiedzieć jedno. Czy planujesz 'uśmiercić' Ritsu? Zaspoileruje sobie, a co mi tam, ale muszę wiedzieć, bo nie będę mogła spać. I jeszcze to imię z mojego kochanego Sekaiichi Hatsukoi, podobny harakter, już kocham tą postać ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, tak troszkę wzorowałam się na charakterze Onodery z SH :D
      Wybacz, ale obiecałam sobie nikomu nie spojlerować zakończenia :< Ale nie martw się, będę dodawała szybko rozdziały, więc szybko dojdziesz do własnego wniosku. :P

      Usuń
    2. Dobrze, że się wzorowałaś, bo to moja ulubiona postać męska, z chyba wszystkich jakie znam XD. Dobra, nie zdradzaj zakończenia, tylko go nie uśmiercaj, nie daruje ci :D

      Usuń
  5. ekstra mi się podoba jak piszesz i mam nadzieję, że szybko wstawisz kolejny rozdział bo zaintrygowała mnie sytuacja Ritsu
    zapraszam do mnie http://nieznane-szczescie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Zakochałam się w szablonie, który wprost oczarował mnie od pierwszego wejrzenia :*
    Ciekawie piszesz i całkiem nieźle się zapowiada.
    Tematyka na razie trochę smutna, bo przypomina mi sytuację z moim kolegą (minimalnie), więc może dlatego już teraz zżyłam się z twoim opowiadaniem.
    Życzę sukcesów.
    + Obserwuję.
    _______________
    Zapraszam do mnie
    cordragon.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Pierwszy rozdział tego opowiadania podoba mi się o wiele bardziej niż tego pierwszego, chyba wciągnie mnie na maxa :D
    Czuję, że nie bd miała serca uśmiercić Ritsu, ale kto wie, może jednak? Nigdy nie wiadomo co siedzi w umyśle autora :p
    Dawaj jak najszybciej 2 rozdział, bo
    strasznie mnie ciekawi czy Ritsu wyzna przyjacielowi swoje uczucia. :]

    OdpowiedzUsuń
  8. No wkońcu sie doczekałam.;DD zaje*** piszesz <3 czekam na następny rozdział :3

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciekawi na pisane, długo, ale przy czytaniu nie męczyłam się ;)
    Wydaje mi się, że zanosi się na jakiś dramat, albo tragedię.
    Rak jakaś skrywana tajemnica, chyba uczucie, no, no ciekawie się zapowiada...
    Życzę weny!

    P.S. Ładny szablo zwłaszcza ten obrazek po lewo ^.^

    http://klaracelmer.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Nooo Powiem ci szczerze, że historia Ritsu zaczyna się smutno ale ciekawie... No i intryguje mnie bardzo wątek przyjaźni Ritsu i Satoshi ;) Opowiadanie bardzo fajne, zarówno pod względem fabuły jak i sprawy gramatycznej nie mam nic do zarzucenia ;) Dodaję bloga do obserwowanych ;)

    PS. Zapraszam do siebie ;) Tematyka jest zupełnie inna niż u ciebie, ale mam nadzieję, że się spodoba ;) www.rosewood-life.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiem, wiem komentarz trochę późno, ale najpierw chciałam przeczytać całe ,,Keichi-kun" ^^ Szkoda mi strasznie Ritsu. Jestem strasznie ciekawa jak jego choroba wpłynie na rozwój dalszych wydarzeń.
    Muszę się wziąć za kolejne rozdziały i nadrobić zaległości. Chcę być na bieżąco z akcją :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Jest fajne.Długie.Zajebiste :) Ładny blog :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Po pierwszym zdaniu zrobiło mi się słabo. Musiałam przerwać czytanie. Oj, coś czuję, że to nie będzie łatwe opo dla mnie.
    Pomysł ciekawy. Mam nadzieję, że uśmiercisz Ritsu. Sorry, life is brutal xd

    OdpowiedzUsuń
  14. Hej,
    o nie, biedny rak płuc, oby dało się wyleczyć całkowicie i czemu nie powie Satoshiemu o chorobie? przecież to przyjaciel powinien wiedzieć...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Hope Land of Grafic